Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Technologie

Na serwisach społecznościowych da się osiągać zyski

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 33 minuty

Dzięki portalom z wgrywanymi przez użytkowników filmikami każdy w przestrzeni wirtualnej może spróbować zarabiać na reklamach umieszczanych w sąsiedztwie jego oferty

Wirtualny handel w Polsce wciąż raczkuje. Jego obroty w ubiegłym roku wyniosły ok. 5 proc. zsumowanych przychodów sprzedaży detalicznej. Zdaniem specjalistów nie należy jednak do tego zjawiska podchodzić nieufnie. Według szacunków Stowarzyszenia Marketingu Bezpośredniego, Kelkoo i Forrester Reasearch na zakupy w sieci w zeszłym roku Polacy wydali i tak astronomiczną sumę 21,5 mld zł, co oznaczało wzrost o ok. 23 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Dziesięć lat temu e-commerce w Polsce miał wartość 330 mln zł, co stanowiło zaledwie 1,5 proc. kwoty wydatków konsumenckich w sieci z 2012 roku. Pięć lat temu natomiast był wart 5 mld zł, czyli ok. 23 proc. ubiegłorocznej wartości. W tym roku, jak prognozują analitycy ankietowani przez portal Interaktywnie.pl, rynek wirtualnych zakupów może wzrosnąć o 21,4 proc., w wyniku czego będzie wart 26,1 mld zł.

Razem z zakupami do sieci www przenosi się reklama. Jednak, jak zauważają specjaliści, wirtualne zakupy wymagają innego przekazu niż tradycyjne. Z badań przeprowadzonych przez Interaktywny Instytut Badań Rynkowych na zlecenie Interactive Intelligence wynika, że około połowy internautów (49 proc.) w ogóle nie akceptuje działalności komercyjnej w internecie. Duży odsetek reaguje nieufnością na nachalność znanego choćby z emisji telewizyjnych przekazu. Dobra wiadomość jest jednak taka, że mimo narzekań konsumenci kupować muszą.

- W sieci poszukują jednak towarów w niższych cenach, okazji, niedostępnych dla przeciętnego konsumenta ofert specjalnych - zauważa Paulina Stępień, szefowa spółki PACI, która zarządza jednym z serwisów multimedialnych. - Przestrzeń wirtualna nie jest miejscem, gdzie sprawdza się tradycyjna reklama. Sztuczne rozbudzanie apetytów i efektowne ich zaspokajanie gorzej działa w przestrzeni wirtualnej. Osoby robiące zakupy w internecie cenią sobie faktycznie, albo przynajmniej pozornie, bezstronne informacje. Do innych podchodzą nieufnie, lekceważą je, a nawet reagują w sposób przeciwny do intencji ich autora.

Do takich konsumentów właśnie kierowane są prezentacje wideo - krótkie materiały filmowe pokazujące zalety i wady omawianego produktu. - To klasyczna sytuacja win-win, kiedy reklamodawca w klarowny i nienachalny sposób opowiada o produkcie, decyzję pozostawiając konsumentowi - twierdzi Stępień. - Z kolei klient ma poczucie, że nie dokonuje zakupów w ciemno, ale do funkcji i użyteczności produktu został fachowo przekonany.

Milionowa widownia

Tego rodzaju produkcje może w zasadzie robić każdy. Właściciele omawiającego sprzęty kuchenne serwisu Kotlet.tv pierwsze materiały wykonywali zwykłym aparatem fotograficznym z funkcją nagrywania. Dzisiaj mają profesjonalne studio, ale wcześniej wstawili do sieci około tysiąca tego rodzaju prezentacji.

Pierwsze produkcje, które pojawiły się w internecie trzy lata temu, dotyczyły drobnego sprzętu elektronicznego i komputerowego (słuchawek, mp3, telefonów komórkowych). Dzisiaj nadal najpopularniejsze są filmy oceniające elektronikę użytkową, ale coraz więcej jest kierowanych głównie do kobiet prezentacji pokazujących wady i zalety sprzętów kuchennych (roboty, miksery, piekarniki itp.), mebli i drobnych elementów wystroju wnętrz, a także odzieży.

Ponieważ większość tego rodzaju materiałów publikowana jest w sieciach społecznościowych, dochody z tego rodzaju działalności pochodzą z opłat za umieszczanie w ich otoczeniu różnego rodzaju reklam. Najpopularniejsze filmy koncentrują nie mniejszą uwagę niż wyświetlane w telewizji dobre hollywoodzkie produkcje. Niektóre mają widownię liczoną w milionach odsłon. Zgromadzenie dwumilionowej widowni przed telewizorem natomiast uważane jest za ogromny sukces.

Zastrzeżony interfejs

Emisja filmów w serwisach społecznościowych wymaga umowy. W najpopularniejszym serwisie You Tube wystarczy zaakceptowanie stawianych warunków poprzez wdrożenie ich w życie. Serwis działa pod jurysdykcją prawa Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Jego wewnętrzne zasady zostały opracowane z uwzględnieniem Digital Millennium Copyright Act (DMCA) z 1998 roku, zabraniającego tworzenia i rozpowszechniania technologii, przy użyciu których mogą być naruszone cyfrowe mechanizmy ograniczeń kopiowania. Na terenie Polski współpraca podlega regulacjom prawa krajowego. Korzystanie z usług jest uzależnione od założenia konta AdSense i jego zatwierdzenia przez koncern Google, właściciela serwisu. Firma zastrzega sobie prawo odmówienia lub ograniczenia dostępu. Składając wniosek, użytkownik (osoba fizyczna) musi złożyć oświadczenie, że jest pełnoletni. Zgodnie z polityką serwisu jednemu odbiorcy usługi przysługuje tylko jedno konto.

Przystępując do AdSense, należy wyrazić zgodę na obsługę reklam i innych treści, pól oraz wyników wyszukiwania, powiązanych haseł i innych linków do witryn użytkownika, aplikacji mobilnych, odtwarzaczy multimedialnych, treści mobilnych itp. Ponadto Google zachowuje prawo dostępu do indeksowania i przechowywania treści w pamięci podręcznej, w tym również automatycznie. Może przy tym odmówić świadczenia usług w odniesieniu do dowolnego składnika majątku. Z serwisu można korzystać wyłącznie za pośrednictwem zapewnionego przez koncern interfejsu. Wolno zrezygnować z usługi w dowolnym momencie, usuwając odpowiedni kod ze składników majątku na swojej stacji roboczej.

Udostępnienie licencji

Wszelkie udostępnione przez Google w związku ze świadczonymi usługami oprogramowanie jest objęte niewyłączną licencją bez prawa sublicencjonowania. Jest ona udzielana wyłącznie w celu umożliwienia korzystania z owych usług. Poza rozpowszechnianiem treści przez tzw. AdMob SDK użytkownikowi nie wolno kopiować, modyfikować, rozpowszechniać, sprzedawać, wydzierżawiać lub wynajmować usług bądź związanego z nimi oprogramowania w całości ani w części, badać ich z wykorzystaniem tzw. inżynierii wstecznej ani podejmować prób pobierania kodu źródłowego (chyba że ograniczenia wyłączają obowiązujące przepisy prawa lokalnego lub użytkownik uzyskał pisemną zgodę koncernu). Zabronione jest także usuwanie, zaciemnianie lub modyfikacja informacji o prawach autorskich koncernu, cechach jego marki lub innych, dołączonych do usługi informacji, w szczególności dotyczących praw majątkowych koncernu.

Google udziela też niewyłącznej licencji bez prawa do udzielania sublicencji na korzystanie z nazw handlowych, znaków towarowych, logotypów, nazw domen i innych wyróżniających cech jego marki wyłącznie w związku z korzystaniem zgodnie z umową z jego usług. Zwiększona w wyniku korzystania z jej cech wartość marki pozostaje własnością koncernu. Serwis zastrzega sobie przy tym prawo do umieszczania nazwy lub nazwiska użytkownika i cech jego marki w swoich prezentacjach, materiałach marketingowych, wykazach klientów oraz sprawozdaniach.

Dane i tajemnica handlowa

Akceptując umowę, należy wyrazić zgodę na przetwarzanie danych osobowych. Trzeba przy tym samemu zadbać o oznakowanie polityki prywatności i prosty dostęp do niej, tak aby można było uzyskać informacje na temat plików, danego urządzenia, lokalizacji i innych danych przechowywanych na urządzeniach użytkowników końcowych, czytanych lub pobieranych z nich w związku z usługami.

- Obejmuje to na przykład informacje na temat wybranych przez użytkowników końcowych ustawień w zakresie zarządzania plikami cookie - mówi radca prawny Jarosław Jerszyński, partner w kancelarii Doktór, Jerszyński, Pietras. - Należy zadbać, aby wyrazili zgodę na dostęp do nich, udostępnili informacje związane z urządzeniem, przypisaną do niego lokalizacją oraz przechowywaniem tych informacji, jeżeli rzecz jasna, takiej zgody nie zabraniają przepisy lokalnego prawa. Uregulowania te, na szczeblu Komisji Europejskiej, budzą największe wątpliwości.

Umowa zobowiązuje użytkownika do zachowania w poufności informacji. Chodzi przede wszystkim o cechy oprogramowania, technologie i dokumentację związaną z usługami, wskaźniki klikalności (CTR) lub inne dane związane głównie ze skalą dotarcia do użytkowników końcowych. Ograniczenie to dotyczy także innych informacji udostępnionych przez koncern i oznaczonych jako poufne lub które w normalnym obrocie uznano by za takie. - Ograniczenie to nie obejmuje danych, w których posiadanie użytkownik wszedł wcześniej, upublicznionych z przyczyn, za które nie ponosi odpowiedzialności lub które zostały przez niego opracowane bądź przekazane mu zgodnie z prawem przez osobę trzecią. Nie ma także ograniczeń w ujawnianiu kwoty płatności dokonanych przez Google - precyzuje Jerszyński.

Wynagrodzenie z podatkiem

Publikowanie treści za pośrednictwem serwisu kosztuje. Wysokość należności związana jest z liczbą ważnych kliknięć w reklamy ze strony użytkowników końcowych, wyświetleń lub innych czynności wykonywanych w związku z ich wyświetlaniem. Wynagrodzenie płatne jest do końca miesiąca kalendarzowego następującego po tym, gdy saldo użytkownika osiągnęło lub przekroczyło próg płatności (czyli poziom, poniżej którego udostępnianie w serwisie treści jest darmowe). Określające wysokość opłaty parametry ustalane są przez koncern. Bez pisemnego upoważnienia użytkownikowi nie wolno zawierać z innymi osobami porozumień, w ramach których otrzymać ma on wynagrodzenie lub w związku z zamieszczeniem treści na stronach serwisu czerpać będzie inne korzyści majątkowe. - Zamieszczanie na stronie serwisu opłacanych przez inny podmiot reklam czy rekomendacji bez pisemnej zgody koncernu jest zatem zabronione - tłumaczy Jarosław Jerszyński.

W zakresie swobodnego uznania koncernu pozostaje przy tym wstrzymanie lub zmniejszenie wynagrodzenia w celu potrącenia kwot zwróconych reklamodawcom lub zapisanych na ich rachunek oraz wynikających z działań zabronionych lub nieprawidłowych. Te ostatnie w każdym przypadku klasyfikowane są przez Google. Obejmują między innymi spam, nieprawidłowe zapytania, nieważne wyświetlenia lub nieprawidłowe kliknięcia reklam, generowane przez inną osobę, bota (wykonującego czynności automatyczne informatycznego robota), program komputerowy lub podobne urządzenie, w tym kliknięcia lub wyświetlenia pochodzące z adresów IP należących do użytkownika lub komputerów znajdujących się pod jego kontrolą. Niedozwolone jest także klikanie lub wyświetlenia generowane za wynagrodzeniem, wskutek fałszywego oświadczenia lub żądań kierowanych do użytkowników końcowych. Nie zgodne z zasadami umowy są także kliknięcia w reklamy lub podejmowanie innych tego rodzaju działań, a także klikanie w komunikaty marketingowe kierowane do użytkowników końcowych, w których wyszukiwarkach wyłączona jest obsługa JavaScript. - Nie wolno zatem sztucznie, własnoręczne lub poprzez wynajęte osoby lub firmy generować ruchu w odniesieniu do zamieszczonej treści - precyzuje Jerszyński.

Treści obłożone embargiem

W serwisie YouTube nie wolno publikować materiałów:

przeznaczonych tylko dla osób dorosłych (pornografia);

związanych z przemocą;

głoszących nietolerancję rasową lub nawołujących do nienawiści;

zawierających przesadne wulgaryzmy;

związanych z łamaniem zabezpieczeń lub usuwaniem blokad oprogramowania (tzw. hacking lub cracking);

o niedozwolonych narkotykach i związanych z nimi akcesoriach;

związanych z programami wynagradzającymi użytkowników za klikanie reklam lub ofert, przeprowadzanie wyszukiwań, odwiedzanie witryn internetowych lub czytanie e-maili;

treści, które naruszają przepisy prawa, propagują czyny z nim niezgodne lub naruszają prawa innych osób;

dotyczących sprzedaży:

- piwa lub mocnych alkoholi,

- tytoniu lub produktów z nim związanych,

- leków na receptę,

- broni i amunicji,

- produktów stanowiących podróbki lub imitacje,

- wypracowań lub prac zaliczeniowych.

Źródło: YouTube

Aleksandra Puch

dgp@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.