Lasy prywatne muszą mieć zarządcę
STEFAN TRACZYK: My nie wyważamy otwartych drzwi, tylko proponujemy wprowadzenie rozwiązań, które już funkcjonują w innych krajach. Można zaryzykować zmianę, aby skorzystali wszyscy właściciele lasów
Stowarzyszenie Leśników i Właścicieli Lasów wyszło z inicjatywą utworzenia w Polsce izb leśnych, wzorowanych na izbach rolniczych. Sprawa zaczęła się rozkręcać: w Sejmie ma się odbyć konferencja naukowa na ten temat, zainteresowane są Lasy Państwowe, podobnie resort środowiska. Tylko czy to nie byłaby kolejna czapa, kolejna instytucja zatrudniająca ludzi i generująca koszty?
Oprócz kosztów, bo te są w przypadku każdej działalności, izby leśne generowałyby przede wszystkim dochody - pieniądze płynęłyby zarówno do kieszeni właścicieli lasów prywatnych, jak i budżetu państwa.
Pomysł na utworzenie stowarzyszenia skupiającego leśników i właścicieli lasów powstał pięć lat temu. Byłem wtedy wójtem Celestynowa, gminy wiejskiej w województwie mazowieckim, która charakteryzuje się bardzo dużą lesistością. Lasy w tej gminie są własnością nie tylko Skarbu Państwa, lecz także osób prywatnych oraz lokalnego samorządu. Wówczas zwróciłem uwagę, że kompleksowym zagospodarowaniem lasów prywatnych oraz gminnych tak naprawdę nikt się nie zajmuje. Nie prowadzi się tam praktycznie żadnych czynności hodowlanych i zabiegów pielęgnacyjnych. Poza tym osoby fizyczne i jednostki samorządu terytorialnego, choć są właścicielami takiego dobra, nie mają z niego faktycznie żadnych korzyści. Mało tego - zwykle tracą, bo ponoszą koszty związane choćby z koniecznością opłacania podatku leśnego. Jeśli jednak samorząd terytorialny - w jego posiadaniu jest 84 tys. ha lasów w Polsce - jakoś sobie radzi, to prywatni właściciele są bezsilni. W Polsce mamy 1774 tys. ha lasów prywatnych. To 19,2 proc. wszystkich terenów leśnych. Można więc powiedzieć, że co piąte drzewo rosnące w lesie w Polsce jest prywatną własnością. Albo jeszcze inaczej - biorąc pod uwagę dane ze spisu rolnego z 2010 r. - mamy w kraju 896 tys. prywatnych gospodarstw leśnych, które są własnością i współwłasnością, lekko licząc, ponad 2 mln obywateli.
Znam osoby, które wiedzą, że mają jakieś drzewa, ale na tym się kończy. Bo wyznaczenie granic ich majątku jest trudne.
Przede wszystkim drogie, bo trzeba zatrudnić geodetę, który wyznaczy granicę, a to koszt przynajmniej tysiąca złotych. A większość tych prywatnych kawałków lasu jest maleńka, to są spłachetki po pół hektara albo i mniej. Zdarzają się często wąskie paski gruntu, np. 3 m szerokości na 800 m długości, wszystkiego 24 ary. Ale podatek płacić trzeba. W tym roku jest to 43,35 zł za 1 ha. Tak się składa, że sam mam pół hektara lasu, kupiłem go, kiedy zacząłem badania w ramach pracy doktorskiej dotyczącej właśnie lasów prywatnych. I co ja mam z mojego lasu, poza podatkiem? Prawdę mówiąc, nic. Ostatniej zimy pojechałem na moje "włości", żeby wyciąć trochę posuszu na opał. Musiałem wynająć przyczepę do samochodu, wlać paliwo do baku, narobić się piłą. Jak zsumowałem poniesione wydatki, to koszty pozyskania metra sześciennego drewna były o 20 zł wyższe niż cena rynkowa.
Ale za to miał pan satysfakcję z własnej pracy oraz spalił kilkaset kalorii na łonie natury, a nie na siłowni - bezcenne!
Oczywiście (śmiech), tyle że mówimy tu nie o rekreacji, ale o ekonomii. Przy okazji można by poruszyć kolejny aspekt tego problemu: na takich niewielkich kawałkach gruntu nie da się prowadzić racjonalnej gospodarki leśnej. W swojej pracy doktorskiej skupiłem się na powiecie radomskim, dlatego że jest on dość charakterystyczny dla całego Mazowsza. Jest to powiat rolniczy, ale jednocześnie położony w sąsiedztwie miasta Radomia, które również oddziałuje na sposób użytkowania okolicznych lasów. Tu należy się przekazanie informacji, że województwa: mazowieckie, lubelskie i małopolskie cechują się największym udziałem lasów prywatnych. Na Mazowszu jest to niemal 45 proc., w Małopolsce niemal 44 proc., a na Lubelszczyźnie ponad 41 proc. Wiem, mogę zostać uznany za maniaka, który wszystko przelicza, ale dla mnie to niezwykle istotna sprawa - bo proszę sobie uzmysłowić, że 29,5 proc. terenów naszego kraju to lasy. Jedna trzecia Polski jest nimi pokryta, dlatego jestem przekonany, że to istotne zagadnienie dla nas wszystkich. A tym bardziej, kiedy weźmiemy pod uwagę badania wykonane przez Instytut Geodezji i Kartografii na zlecenie Lasów Państwowych. Otóż wynika z nich, że tych prywatnych lasów jest co najmniej o 800 tys. ha więcej, niż się oficjalnie przyjmuje. Dlaczego? Z powodu tzw. naturalnej sukcesji, a mówiąc obrazowo, jeśli 10 arów łąki czy nieużytku zarosło drzewami, a zarastają, kiedy ludzie przestają na nich prowadzić uprawy rolne, to mamy już do czynienia z lasem. Dlatego jeśli dodamy te powierzchnie zadrzewione jeszcze niezakwalifikowane do oficjalnych statystyk, wyjdzie nam 25,7 proc., czyli ponad jedna czwarta wszystkich drzew w Polsce!
Skąd te różnice regionalne w lesistości oraz w udziale lasów prywatnych? Mazowsze, gdzie udział prywatnych właścicieli jest duży, napotyka na barierę małej lesistości - zaledwie 23,3 proc. w odniesieniu do całej powierzchni. Z kolei Lubuskie, gdzie lesistość to 49 proc. powierzchni, jeśli chodzi o udział prywatnych lasów jest w ogonie - niecałe 2 proc.
Historia się kłania. Po II wojnie światowej mieliśmy w Polsce 6,5 mln ha lasów. Dziś jest to 9,2 mln ha. Więc, jak łatwo zauważyć, leśnicy wykonali w tym okresie ogromna pracę, zalesiając nieużytki na terenach nieuprawianych rolniczo i opuszczonych przez przesiedleńców. Jednocześnie na terenach centralnej i wschodniej Polski pozostał nadal bardzo duży udział nieruchomości w rękach prywatnych, w tym także gruntów leśnych. Z tego względu dziś mamy tak ogromne zróżnicowanie w udziale lasów prywatnych.
Lasy Państwowe zarabiają na siebie, w tym roku ich przychody mają sięgnąć 9 mld zł, a wynik finansowy jest dodatni. Tak samo miałoby być z lasami prywatnymi? I czemu utworzenie izb leśnych miałoby być opłacalne dla wszystkich?
Co roku w lasach prywatnych - według oficjalnych danych - pozyskuje się ok. 1,4 mln m. sześc. drewna. Ale to mocno niedoszacowane wielkości. Z moich badań wynika, że może to być nawet drugie tyle drewna. W swych badaniach przy użyciu ankiety przepytałem co sześćdziesiątego właściciela lasów prywatnych na terenie powiatu radomskiego. Okazuje się, że do oficjalnych statystyk nie trafiają naprawdę spore ilości pozyskiwanego drewna. Na przykład tego, które jest przeznaczane na cele opałowe, często nikt nie zgłasza. O świadectwa legalności pochodzenia drewna występuje się wtedy, gdy trzeba pozyskać większe ilości drewna, w szczególności gdy przeznacza się go na sprzedaż. Dla większości właścicieli niewielkich powierzchni leśnych użeranie się z urzędowymi sprawami jest większym problemem, niż to wszystko warte. Generowanie dochodów - jeśli ma się niewielkie grunty leśne - jest po prostu niemożliwe. Dodatkowo mamy tu również problem z upilnowaniem prywatnego lasu przed kradzieżami. Tego drewna, które jest wycinane z lasów prywatnych przez złodziei, także nikt nie liczy. Dlatego jedynym racjonalnym rozwiązaniem narastającego problemu zagospodarowania lasów prywatnych jest stworzenie czegoś na wzór grup producenckich. Izby leśne mogłyby spełniać taką rolę, a pozyskanie drewna w lasach prywatnych mogłoby osiągnąć wielkość kilku milionów metrów sześciennych. Dodatkowo jeśliby to drewno było wycinane i wprowadzane oficjalnie na rynek, to dawałoby dochody właścicielom lasów, ale również do budżetu państwa byłby odprowadzany VAT. Także PIT i CIT, bo powstawałyby nowe miejsca pracy, tworzyłyby się nowe firmy.
Dlaczego w przypadku właścicieli niewielkich kawałków lasu jego pielęgnacja i użytkowanie są nieopłacalne?
Ja, kiedy chciałem zawieźć do domu pozyskane drewno opałowe, musiałem wynająć przyczepkę. Nie opłaca mi się jej kupować. Podobnie jest z innymi sprawami. Las trzeba pielęgnować, prowadzić zręby i nasadzenia. Potrzeba do tego sprzętu, środków i fachowej siły roboczej. Przychody z maleńkiego kawałka lasu są zbyt niskie, żeby właściciela było na to stać. Przyjmuje się, że dochodową gospodarkę leśną można prowadzić na obszarze od 300 ha. Lasy trzeba przez cały okres produkcji pielęgnować, począwszy od nasadzeń do dojrzałego stuletniego drzewostanu.
Ekolodzy by się obruszyli, że drzewa to nie marchewka.
No, marchewkami nie są, ale marchewkę też trzeba przerywać, żeby dała plon. Nie znam się na marchewkach, ale na drzewach ¬owszem. I wiem, że dobrze gospodarując na odpowiednim obszarze, planując długofalowo, można osiągnąć co roku 400 zł przychodu z hektara prywatnego lasu. Tymczasem mali właściciele nie są w stanie ani zainwestować, ani dobrze zająć się swoim lasem, dlatego zamiast dochodu mają same koszty. Wartości gruntów leśnych nie są zbyt wysokie, przyjmuje się, że przeciętna rynkowa wartość 1 mkw. gruntu leśnego w Polsce wynosi 2,5 zł. Tak więc, właściciele nie specjalnie są skłonni je sprzedawać, a jednocześnie nie osiągają żadnych przychodów ze swego lasu. Jedynie płacą podatek leśny.
Przekonał mnie pan co do celowości jednoczenia się właścicieli lasów prywatnych w większe grupy, żeby sprawniej gospodarować majątkiem. Ale nie bardzo rozumiem, dlaczego miałoby się to odbywać pod egidą izb leśnych. Można przecież tworzyć stowarzyszenia, spółdzielnie, grupy producenckie... Izby oznaczają konieczność zatrudnienia kolejnych osób, a więc będą droższe niż inne rozwiązania.
Opłacalność jest kwestią skali. Oczywiście, jeśli w jakiejś grupie producenckiej czy spółdzielni zejdzie się grupa 50 czy 100 osób, które połączą swoje areały i siły, to będą gospodarowały sprawniej i z większym zyskiem niż pojedynczy właściciele. Jednak jeśli ludzie mający lasy mogliby się grupować w izbach leśnych, jak rolnicy w izbach rolniczych, byłoby to przedsięwzięcie na dużo większą skalę i dające dużo większe możliwości. Kiedy zsumujemy te wszystkie prywatne lasy, zarówno ujęte w oficjalnych statystykach GUS, jak i te, które są na dziś jeszcze nieprzeklasyfikowane, wyjdzie nam powierzchnia ponad 2,5 mln ha. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy właściciele chcieliby się dołączyć, ale niech będzie to tylko połowa - jest moc. Poza tym rozwiązanie w postaci izb leśnych daje także większe pole manewru z powodu rozwiązań prawnych. Na przykład na utrzymanie i funkcjonowanie izb rolniczych idzie 2 proc. podatku rolnego. Tak samo można by było przeznaczyć część podatku leśnego na izby leśne. Są jeszcze opłaty za wyłączenie gruntów z produkcji leśnej, z których można byłoby coś uszczknąć. To by były już całkiem konkretne pieniądze, które pozwoliłyby na funkcjonowanie, zakup sprzętu etc. Poza tym, gdyby izby leśne wprowadzić do porządku prawnego, mogłyby one liczyć na dotacje, choćby z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej czy z UE.
Pozostaje pytanie, czy rządzącym będzie się chciało i opłacało robić kolejną rewolucję, porównywalną np. do utworzenia Wód Polskich. Na razie wyrażają pełne aprobaty wyczekiwanie.
Można nic nie robić, więc nic się nie zmieni, będzie jak jest, czyli byle jak. Bo nikt nie odczuje żadnej zmiany - ani na plus, ani na minus. Natomiast drewno w lasach prywatnych, a można szacować, że jest tego ponad 5 mln m. sześc., nadal będzie gniło lub padało łupem złodziei. Można też zaryzykować zmianę, aby wszyscy właściciele lasów skorzystali. My nie wyważamy otwartych drzwi, tylko proponujemy wprowadzenie rozwiązań, które już z powodzeniem funkcjonują.
W Austrii np. zrobiono to tak, że każdy właściciel prywatnego lasu ma obowiązek przynależności do izby leśnej (Forstkammern). My nie chcemy, aby ludzi przymuszać do uczestnictwa w takich organizacjach, za bardzo to by się Polakom kojarzyło z komuną i państwowymi gospodarstwami rolnymi. Wolelibyśmy pójść śladem Norwegii czy Szwecji, gdzie członkostwo w organizacjach skupiających właścicieli lasów jest dobrowolne, ale powszechne (bo się opłaca). Europa zna różne sposoby racjonalnego zarządzania lasami prywatnymi. W Niemczech np. w wielu landach właściciele oddają zarząd nad swoimi lasami niemieckim Lasom Państwowym.
W Polsce Lasy Państwowe mają ostatnimi czasy zły PR, więc to ostatnie rozwiązanie byłoby trudne do przeprowadzenia.
Zdajemy sobie z tego sprawę, ale coś trzeba zrobić, bo trudno patrzeć, jak tyle pieniędzy wyrzucanych jest w błoto. Dla nas własność prywatna jest świętością, tym większą, że nam jej odmawiano przez tyle lat. Nie mamy zaufania do organów państwowych, dlatego optujemy za izbami, które są organizacjami samorządowymi. To krok w stronę obywatelskich społeczeństw Skandynawii.
Żeby izby leśne powstały, trzeba by zrobić rewolucję w prawie.
To by była nie rewolucja, ale - powiedzmy - kosmetyczna zmiana. Bo to, co musiałoby się zmienić, to przede wszystkim ustawa o lasach, do której należałoby wprowadzić pojęcie izb leśnych jako instytucji samorządu właścicieli i zarządcy lasów prywatnych. Trzeba by było także wprowadzić korekty do ustawy o podatku leśnym (żeby część z niego mogła być przekierowana na izby leśne) oraz do prawa ochrony środowiska (żeby można było starać się o dotacje celowe). Tylko tyle i aż tyle. ⒸⓅ
@RY1@i02/2018/096/i02.2018.096.18300130b.801.jpg@RY2@
fot. Materiały prasowe
Stefan Traczyk prezes Stowarzyszenia Leśników i Właścicieli Lasów, nadleśniczy Nadleśnictwa Jabłonna
Rozmawiał Mira Suchodolska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu