Odczujemy zielone przyspieszenie w Berlinie
Zamiast 65 proc. 80 proc. energii ze źródeł odnawialnych, rezygnacja z węgla do końca dekady, co najmniej 60 euro za tonę dwutlenku węgla w systemie handlu emisjami ETS, eliminacja aut spalinowych przed 2035 r., dekarbonizacja ciepłownictwa. Do tego przełamanie zastoju w energetyce wiatrowej (na jej potrzeby ma zostać przekazane 2 proc. powierzchni kraju). Cel na 2030 r. w fotowoltaice to 200 GW, w offshorze – 30 GW, a 10 GW mają sięgnąć moce produkcyjne zielonego wodoru.
Zarys programu rządu Olafa Scholza zapowiada skok transformacyjnych ambicji za Odrą. Pewnie nie wszystkie punkty umowy koalicyjnej będą możliwe do zrealizowania. Partiom niełatwo będzie się porozumieć co do narzędzi. Aspiracje Zielonych, którzy w nowym rozdaniu dostaną kluczowe resorty z punktu widzenia energetyki, w tym superresort gospodarczo-klimatyczny, mogą też ograniczać pieniądze. Mobilizacja setek miliardów euro będzie trudna z konserwatywnym fiskalnie liderem Wolnej Partii Demokratycznej Christianem Lindnerem, sprawującym pieczę nad budżetem.
Mimo to naiwnością byłoby sądzić, że szarpnięcie cuglami przez czołowego partnera Polski i największy rynek w UE na nas nie wpłynie. Zmaleją szanse Warszawy na poskromienie wzrostu cen emisji CO2. O ile Berlin już wcześniej chciał uczynić z handlu emisjami najważniejszy instrument polityki klimatycznej UE, pod rządami koalicji świateł drogowych czeka nas zaostrzenie tego kursu. A szybsze odejście od węgla będzie oznaczać, że nasi sąsiedzi, w liczbach bezwzględnych wciąż będący największym jego konsumentem w Europie, przestaną być dla Polski wygodnym alibi.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.