Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Energetyka

Więcej asertywności atomowi nie zaszkodzi

Piotr Naimski oraz sekretarz energii USA Rick Perry po podpisaniu Porozumienia o współpracy w dziedzinie cywilnego wykorzystania energii jądrowej (czerwiec 2019 r.)
Piotr Naimski oraz sekretarz energii USA Rick Perry po podpisaniu Porozumienia o współpracy w dziedzinie cywilnego wykorzystania energii jądrowej (czerwiec 2019 r.)fot. KPRM/Materiały prasowe
26 września 2024
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

P i erwsza faza prac nad rządowym projektem jądrowym, która na dobre zaczęła się w drugiej kadencji rządów PiS pod kierunkiem Piotra Naimskiego, miała prostą i pragmatyczną filozofię. Bezwzględnym priorytetem było przełamanie unoszącej się przez lata nad planami atomowymi aury imposybilizmu. Mówiąc w pewnym uproszczeniu, zakładano, że jeśli kolejne podejście do atomu ma skończyć się inaczej niż poprzednie, nie można sobie pozwolić na ugrzęźnięcie w dywagacjach i skomplikowanych procedurach. Trzeba za wszelką cenę przeć do przodu, by wprowadzić projekt na ścieżkę, z której nie będzie łatwego odwrotu. Działać konsekwentnie i bezkompromisowo, nie zaprzątając sobie nadmiernie głowy niuansami. To w tego rodzaju diagnozie źródło miała kluczowa dla kształtu przedsięwzięcia decyzja, by partnera inwestycji wskazać bez zabawy w konkurencyjne postępowanie. Z pesymistycznej oceny stanu publicznych instytucji wyrastają też inne cechy, które charakteryzują projekt, m.in. specyficzny sposób działania i oszczędność gospodarowania informacją – przypominający, jak mówi mi jeden z dawnych współpracowników Naimskiego – „operację specjalną”. Duch wieloletniego pełnomocnika do dziś unosi się nad projektem do tego stopnia, że niemal rok po wyborach nawet od wysoko postawionych przedstawicieli nowej ekipy można usłyszeć sugestie, że poprzez dawnych współpracowników pociąga za sznurki z tylnego siedzenia.

Ambitnego harmonogramu i tak nie udało się zrealizować – w momencie zmiany władzy „obsuwa” w stosunku do rządowego programu z 2020 r. sięgała dwóch lat – co nie zmienia faktu, że zrekonstruowanej powyżej logiki nie sposób łatwo zanegować. Stworzenie polskiej energetyki jądrowej od zera, w umiarkowanie dla niej sprzyjających europejskich realiach regulacyjnych i pod presją czasu, biorąc pod uwagę słabości polskiego państwa i brak doświadczeń z atomem, naprawdę graniczyło z niemożliwością. Naiwnością byłoby sądzić, że w naszych realiach, z wysokim poziomem polaryzacji i ze skłonnością do anarchii, projekt można było od początku do końca przeprowadzić na modłę skandynawską, z pełną otwartością. Puszczając jeszcze bardziej wodze spekulacji, można się zaś zastanawiać, czy bez takich, a nie innych założeń nie bylibyśmy jeszcze dalej od celu.

Patrząc na to, jak prezentuje się sytuacja w projekcie niemal rok po politycznej sukcesji, można odnieść wrażenie, że przyjęte podejście dowiodło niemałej skuteczności. Nowy rząd, nawet jeśli chciał, ba, nawet jeśli miał argumenty, nie mógł zrobić w programie rewolucji. Mógł albo całkowicie zanegować program jądrowy – na co nie miał społecznego przyzwolenia – albo przyjąć dziedzictwo pozostawione przez poprzedników z dobrodziejstwem inwentarza, ewentualne korekty kursu odkładając na później.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.