Białe świadectwo dla firm obniżających energochłonność
MAREK KULESA: Minusem projektu ustawy o efektywności energetycznej, na który zwraca uwagę wiele przedsiębiorstw, jest to, że nie bierze pod uwagę działań efektywnościowych i oszczędności zrealizowanych wcześniej
Akcent na efektywność, oszczędzanie energii i jej nośników został w polityce energetycznej UE podniesiony do rangi jednego z jej priorytetów i głównych filarów. W ostatnich latach w wielu naszych przedsiębiorstwach, zwłaszcza tych energochłonnych, zrobiono dużo dla poprawy gospodarowania energią. Ale i tak wciąż mamy rezerwy. W kontekście prac nad ustawą efektywnościową można odnieść wrażenie, że wiele firm czeka z przedsięwzięciami oszczędnościowymi na jej uchwalenie i wdrożenie. Stoi w blokach startowych, chcąc skorzystać z profitów, którymi ustawa premiować będzie projekty poprawiające efektywność energetyczną.
Oprócz zaoszczędzonej energii, a więc wymiernej obniżki kosztów mają to być przewidziane w ustawie tzw. białe certyfikaty, z którymi wiązać się będą określone środki i przepływy finansowe do odbiorców oszczędzających energię. Prace nad ustawą trwają długo. Dopiero 12 października jej projekt został przyjęty przez rząd. A nastroje firm się zmieniają. Początkowy optymizm ustąpił miejsca wątpliwościom. Pojawiły też głosy krytyczne.
Sam model systemu wsparcia projektów oszczędnościowych oparty na białych certyfikatach nie jest rozwiązaniem trudnym, bo jest analogią do znanych już certyfikatów - zielonych i czerwonych - wspierających źródła energii odnawialnej i kogenerację. Model jest klarowny pod warunkiem, że nośniki energii podlegające oszczędzaniu, a więc prąd elektryczny, ciepło i gaz traktuje się rozłącznie. Nie wrzuca się tego do jednego worka. I tu autorzy projektu poszli w dobrą stronę, wskazując na możliwość uzyskania certyfikatów w tych trzech podsektorach. Pewne komplikacje powstają w związku z systemem ciepłowniczym, gdzie możliwości oszczędzania są bardzo duże, może nawet większe niż w elektroenergetyce. Kłopotliwy może być rozkład oszczędności pomiędzy różnymi nośnikami, podział obowiązku pomiędzy podsektory, a także ewentualne dodatkowe przeliczniki wskaźnikowe.
Dyskusyjny jest też katalog inwestycji, które w ogóle mogą uzyskać certyfikat. Wątpliwości budzi także poziom obowiązków, czyli podział oszczędności na poszczególne nośniki. Procent oszczędności może być taki sam dla wszystkich i taki model przyświeca autorom projektu ustawy. Ale czy rzeczywiście powinno być po równo? Ten obowiązek określony w rozporządzeniu Ministerstwa Gospodarki może być zapisany np. jako 3 proc., albo 6 proc. i w zależności właśnie od tego procentu będzie miał mniejszy lub większy wpływ na cenę energii.
Jako istotna trudność wymieniane są także komplikacje w uzyskaniu certyfikatu związane z przetargami. Okazuje się, że nie wystarczy zrealizować przedsięwzięcia, które daje oszczędności. Trzeba je zgłosić do przetargu i wygrać z innymi projektami. Dopiero wtedy otrzyma się certyfikat.
Uważa się, że w pierwszym okresie po wejściu ustawy w życie certyfikatów może być za dużo. Poszukano więc ogranicznika, który pozwala odsiać projekty słabsze, mniej efektywne. Przetarg ma być rodzajem bariery, która odcina część mniej efektywnych przedsięwzięć, mimo że one dają konkretne oszczędności. To zaciemnia całościowy obraz, utrudnia symulacje.
Minusem projektu, na który zwraca uwagę wiele przedsiębiorstw, jest to, że nie bierze pod uwagę działań efektywnościowych i oszczędności zrealizowanych wcześniej. Firmom, które obniżają energochłonność od dawna, teraz trudniej będzie się wykazać i uzyskać białe świadectwo. Z tego powodu często się mówi, że jest to ustawa premiująca tych, którzy wcześniej nic dla oszczędzania energii nie zrobili.
Na sprzedawcach energii, którzy mają wykazać się certyfikatami dokumentującymi określone oszczędności, spółkach obrotu lub wytwórcach sprzedających energię do odbiorców końcowych. Dla przykładu: spółka sprzedaje 100 GWh i załóżmy, że zobowiązana zostanie do tego, by na 5 proc. swojej sprzedaży (czyli 5 GWh) znaleźć pokrycie w białych certyfikatach. Mechanizm jest taki, że spółka obrotu zgłasza się do odbiorców, którzy wypracowali oszczędności i dostali certyfikaty; od jednego kupuje np. równowartość (tzw. toe) 2 GWh od drugiego też 2, a od trzeciego 1 GWh. Sprzedawca energii wykazuje się tym przed prezesem Urzędu Regulacji Energetyki (URE), urząd regulatora weryfikuje świadectwa na koniec roku i orzeka, czy obowiązek został wykonany; jeśli nie - to spółka obrotu musi wnieść tzw. opłatę zastępczą, a później jeszcze uiścić karę.
Odbiorca, który zaoszczędzi energię dostanie certyfikat i zyska na jego sprzedaży, ale ci którzy zajmują się sprzedażą prądu, ciepła czy gazu, i będą musieli kupić certyfikaty, będą mieli dodatkowy koszt. A więc trudno, żeby przy marżach rzędu 1 - 1,5 proc. nie uwzględnili sobie tego w cenach energii. Tak więc ceny prądu powinny wzrosnąć o prawie tyle, ile sprzedawca będzie musiał wydać na certyfikaty. I tu tworzy się taki zaklęty krąg: odbiorca, który wcześniej zaoszczędził, teraz zapłaci więcej w cenie energii. Resort gospodarki tłumaczy ten paradoks w ten sposób: za energię więcej płacić będą wszyscy, ale ci, którzy oszczędzając, obniżają koszty i jeszcze dostają środki finansowe ze sprzedaży certyfikatów będą w trochę lepszej sytuacji.
Jak to wgląda z punktu widzenia spółki obrotu? Przykładowo: do ceny 200 zł /MWh, po której spółka kupuje energię, dojdzie jeszcze koszt zakupu certyfikatów np. po 6 zł/MWh. Ostatecznie sprzedawcę prądu 1 MWh kosztować będzie 206 zł. Użytkownik, który zaoszczędził i dostał certyfikat, otrzyma te 6 zł, a spółka obrotu przerzuci ten koszt na cenę prądu dla wszystkich odbiorców końcowych.
Certyfikaty mogę kupić od różnych firm, z każdą negocjując inną cenę. Ale nie jest to do końca model rynkowy. Cenę certyfikatu narzuca opłata zastępcza. Kiedy jest niedobór produktu (w tym przypadku certyfikatów) to wszyscy z ich ceną dążą do opłaty zastępczej Tak stało się w przypadku zielonych i czerwonych certyfikatów. Wyliczenie tej ceny dla skuteczności ustawy będzie sprawą kluczową.
@RY1@i02/2010/211/i02.2010.211.167.004a.001.jpg@RY2@
Fot. Wojciech Górski
Marek Kulesa, dyrektor biura Towarzystwa Obrotu Energią
Rozmawiał BOGDAN MIKOŁAJCZYK
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu