Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Energetyka

Kapitaliści z Bogdanki

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Górnicy z Łęcznej dostali akcje warte 60 tys. zł. Dziś czują się współwłaścicielami kopalni i zamiast premii domagają się inwestycji. A ci, którzy odchodzą z zawodu, decydują się na założenie własnych biznesów

Górnicy z Budryka czy Halemby o tych z Bogdanki mówią "kapitaliści". Bo kto to słyszał, żeby prosty wiertacz czy strzałowy, zamiast solidarnie walczyć o podwyżki, codziennie sprawdzał kursy akcji i gadał jak makler? Jeszcze kilka miesięcy temu większość pracowników Bogdanki nie miała zielonego pojęcia, jak działa giełda. Dziś swobodnie posługują się żargonem maklerów. Gdy w szatni rano ktoś powie, że "byki przełamały barierę 2600 punktów", to kopalnia wie, że dzień należy do udanych. A gdy usłyszą, że " wzrosły ceny węgla na giełdach światowych i ING podniósł rekomendacje dla spółek węglowych", oczyma wyobraźni widzą, jak ich konta puchną. Tak jest od kwietnia tego roku, gdy prawie 4 tys. byłych i obecnych pracowników Bogdanki dostało prawo do 15 proc. akcji swojej kopalni wartych wówczas ok. 225 mln zł. Na każdego uprawnionego przypadło średnio po 850 akcji, czyli po ok. 60 tys. zł. Pakiet 46,7 proc. kupiły otwarte fundusze emerytalne, płacąc do państwowej kasy 1,1 mld zł. Reszta jest w portfelach giełdowych graczy.

Górnicy sami się dziwią metamorfozie, którą przeszli w ostatnim czasie. W latach 90. tak samo jak ich koledzy ze Śląska strajkowali i rzucali petardy. Wszystkim wtedy hasło "prywatyzacja" kojarzyło się z zamykaniem kopalń, redukcjami zatrudnienia oraz nieuchronną biedą. Tylko kilka procent z liczącej ponad 110 tys. rzeszy zwolnionych w latach 90. polskich górników zmieniło zawód albo zainwestowało wypłacone przez rząd kilkudziesięciotysięczne odprawy we własne biznesy. Większość nawet nie próbowała. Zarówno tych z podlubelskiej Łęcznej, jak i tych ze Śląska profesor Marek Szczepański, socjolog z AGH, który badał losy byłych górników, nazwał "desperados", bo jak desperaci pozbywali się pieniędzy: wyjeżdżali na Karaiby lub kupowali telewizory i używane mercedesy. A potem klepali biedę, przeklinali kapitalizm i palili opony na górniczych manifestacjach. Dzisiaj drogi górników z Łęcznej i ze Śląska rozeszły się. Ci pierwsi poparli prywatyzację i dziś liczą zyski z akcji i zakładają własne firmy. Drudzy dalej boją się przekształceń i biznesu, a o pieniądze walczą, strajkując.

Dla Czesława Brzyskiego, wiceprzewodniczącego NSZZ "Solidarność" z Bogdanki, powód do wyjścia na ulice będzie dopiero wtedy, gdy główni akcjonariusze spółki, czyli OFE, zgodzą się sprzedać swoje udziały koncernowi węglowemu New World Resources. Czesi na początku października ogłosili wezwanie do sprzedaży 100 proc. akcji kopalni. Górnicy swoich papierów nie chcą sprzedać. Boją się jednak, że ich akcje po przejęciu stracą na wartości. Nie wierzą, że NWR będzie w stanie zainwestować w Bogdankę ok. 700 mln zł. Na tyle bowiem zarząd oszacował koszty inwestycji w ciągu najbliższych 2 - 3 lat.

Bogdanka to już dziś najbardziej rentowna kopalnia w Polsce. W tym roku zysk netto spółki przekroczy 200 mln zł (wobec 190 mln zł w 2009 r. i 155 mln zł w 2008 r.). Rośnie też wartość akacji. Jedna kosztuje ponad 103 zł, podczas gdy w dniu debiutu giełdowego trzeba było zapłacić za nią 48 zł. Górnicy - świeżo upieczeni kapitaliści - wierzą, że jak spółka zakończy inwestycje, wartość jej akcji wzrośnie co najmniej dwukrotnie. Dlatego rezygnowali w tym roku z dywidendy od zysku, bo spółce potrzebne są pieniądze na nowe pola wydobywcze, nowoczesne maszyny i technologie. - Im więcej teraz wyłożymy, tym będziemy bogatsi w przyszłości - mówi Brzyski.

On sam dostał za darmo 903 akcje. Szybko wylicza, że jego kapitalik wart jest dziś prawie 950 tys. zł, czyli prawie dwa razy więcej niż pół roku temu. Mógłby być większy, gdyby tak jak inni inwestorzy, dokupił akcje na rynku. Nie miał jednak wolnej gotówki, a kredytu bał się brać. Ci, którzy się nie bali, dziś są bogaczami. Taki na przykład Boguś Kander mógłby za pieniądze z akcji wybudować co najmniej dwa domy. Dokumenty potwierdzające prawo do akcji górnicy trzymają w sejfach jak skarby. Brzyski za trzy lata idzie na emeryturę i chciałby pieniądze ulokować w jakimś biznesie. Marzy mu się niewielki sklep albo myjnia samochodowa.

W Łęcznej z roku na rok przybywa przedsiębiorstw prowadzonych przez byłych górników. Nie powstają one jeszcze z kapitału akcyjnego, bo pracownicy swoje walory będą mogli sprzedać dopiero za dwa lata, ale głównie z odpraw emerytalnych. Średnia to blisko 15 tys. zł. Jeśli do tego doliczy się drugie tyle tzw. jubileuszowego, jest z czym startować. Górnicy są też nie w ciemię bici: wiedzą, że jak przedstawią dobry biznesplan, mogą dostać jeszcze kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy złotych z dotacji unijnych. I chętnie z tego korzystają. W ubiegłym roku dofinansowanie na własne biznesy zdobyło ok. 40 byłych górników.

Jednym z beneficjentów jest Józef Przybysz, którzy wspólnie z żoną założył firmę Wera-Max nagrywającą filmy wideo ze ślubów. Dostał na to 40 tys. zł dotacji. Za te pieniądze kupił już niezbędny sprzęt, urządził biuro. Z funduszy pomocowych skorzystał również m.in. Stanisław Barszcz, który kilka lat temu z pieniędzy z odprawy założył niewielki bar piwny. Teraz dzięki unijnemu wsparciu przekształcił go w elegancką restaurację Emocja. Do elity miejscowego biznesu należy też Janusz Wiedro, dziś właściciel apteki, Jan Andrzejkiewicz, obecnie prowadzący tartak, oraz Piotr Hukaluk, który założył sieć sklepów spożywczych. W Łęcznej są też hurtownia budowlana i wytwórnia makaronu. Ich właściciele wyszli z kopalni.

Inaczej jest na Śląsku. Tam górniczych biznesów jak na lekarstwo. Z danych Agencji Rozwoju Przemysłu wynika, że na ponad 100 tys. zwolnionych w ostatnich latach pracowników kopalni z pomocy na rozwój własnej przedsiębiorczości skorzystało kilka tysięcy. Np. w ubiegłym roku ok. 200 osób dostało dotacje na rozkręcenie mikrofirm, 63 skorzystały z preferencyjnych pożyczek, a 120 poszło na szkolenia pozwalające zdobyć nowe kwalifikacje. Większość jeździ fedrować w czeskich kopalniach albo powiększyła rzesze bezrobotnych.

Naukowcy z Głównego Instytutu Górnictwa w ramach projektu współfinansowanego z unijnych środków przebadali ostatnio dwie śląskie gminy, w których w roku 2000 zlikwidowano kopalnie: Czerwionkę-Leszczyny oraz Wodzisław Śląski. Bezrobocie w tych gminach przekracza 25 proc. Biznesów nikt tam nie prowadzi. Część górników nie ma nawet dostępu do świadczeń społecznych. Plagą są ubóstwo, nałogi, rozpad rodziny.

Łęczna i Śląsk to dwa różne światy. Łęczna to kopalnia nowa, powstała w latach 70. Miała być pomnikiem Edwarda Gierka i PRL-u. Zatrudniono tam ludzi z całej Polski: byłych rolników, rzemieślników, absolwentów różnych szkół zawodowych. Kończyli kursy i szli pod ziemię. Gdy nastał wolny rynek, skończyły się dotacje, a kopalnia okazała się nierentowna, 700 osób poszło na bruk. Większość po prostu wyjechała z Łęcznej albo zmieniła zawód.

Ci ze Śląska nie mieli dokąd wyjechać, bo tu były ich domy, rodziny. Nie byli też w stanie zmienić zawodu, bo nic innego nie umieli. - Górnik to profesja dziedziczona z pokolenia na pokolenie - tłumaczy socjolog prof. Marek Szczepański z Uniwersytetu Śląskiego. - Młodzi chłopcy szli do szkoły, a potem do kopalni. Jak ich ojcowie i dziadkowe. Nie wyobrażali sobie, że można inaczej.

Balastem dla Śląska okazał się też obowiązujący tam model rodziny: ciężko pracujący mąż i kobieta siedząca w domu. Gdy mężczyzna został bez roboty, trwający od dziesiątek lat porządek rodzinny i społeczny walił się. Procesy degeneracji na Śląsku rozpoczęły się krótko po zamknięciu kopalń i nasiliły się w ciągu minionych 10 lat.

Trauma lat 90. w dalszym ciągu nakręca na Śląsku strach przed prywatyzacją. Jest on silniejszy niż chęć zysków. Sławomir Kozłowski, działacz związkowy z Jastrzębskiej Spółki Węglowej, trochę zazdrości kolegom z Bogdanki kapitału, ale za nic nie zgadza się, żeby państwo straciło kontrolę nad spółką. Podobnie jest w Kompani Węglowej czy Katowickim Holdingu Węglowym. Tam w dalszym ciągu myśli się tak jak w Bogdance 10 - 15 lat temu - nierynkowo. Górnicy boją się głębokiej restrukturyzacji, bo oznacza zwolnienia, nie zgadzają się na inwestycje, bo nie będzie podwyżek i premii.

Dzięki rosnącej koniunkturze i wysokim cenom surowców energetycznych spółki węglowe mają zyski (z wyjątkiem Katowickiego Holdingu Węglowego). Niewiele jednak robią, żeby poprawić swoją efektywność. Jest więc pewne jak w banku, że przy najbliższym kryzysie znów zaczną się kłopoty.

Co gorsza, górnicy ze Śląska nie zdają sobie sprawy, że odkładanie procesów przekształceniowych prędzej czy później będzie musiało doprowadzić do zwolnień w kopalniach. Powoli kończą się nam stare, eksploatowane obecnie złoża węgla. Według prognoz Głównego Instytutu Górnictwa jeśli kopalnie nie zainwestują w nowe pokłady, to w 2030 r. wydobycie spadnie z 70 mln ton do 40 mln ton. A wtedy co najmniej połowa z zatrudnionych dziś 120 tys. górników znajdzie się na bruku.

@RY1@i02/2010/202/i02.2010.202.186.0009.001.jpg@RY2@

Fot. Bartlomiej Zurawski/Dziennik Wschodni/Fotorzepa

Bogdanka, dzięki udanej prywatyzacji, na którą dały zgodę związki zawodowe, jest dziś jedną z najbardziej rentownych kopalni w Polsce. W tym roku zysk netto spółki przekroczy 200 mln zł

Ewa Wesołowska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.