Wyciekająca ropa zatapia BP
Trwa desperacka walka o zatamowanie gigantycznego wycieku ropy z platformy BP w Zatoce Meksykańskiej
Operacja zatkania zabójczej dziury kosztowała brytyjski koncern paliwowy już 350 mln dol. To dopiero początek wydatków.
Dla Tony’ego Haywarda, szefa BP, to walka o wszystko. 53-latek, który uchodził za jednego z najzdolniejszych dyrektorów w ponadstuletniej historii BP, nie chce odejść jako winowajca największej od lat katastrofy ekologicznej.
- Jak do diabła mogło nam się to przytrafić - ta pierwsza reakcja Tony’ego Haywarda na wieść o tragedii była zdaniem wielu obserwatorów czymś więcej niż tylko rytualnym oburzeniem zamanifestowanym na potrzeby opinii publicznej.
Sytuacja jest tym bardziej paradoksalna, że to właśnie za rządów Haywarda pierwszą zasadą brytyjskiego giganta energetycznego miało być przykazanie: bezpieczeństwo przede wszystkim.
Wychowany na obrzeżach Londynu, a wykształcony w szkockim Edynburgu Hayward objął władzę w koncernie trzy lata temu z jednym zadaniem: podreperować wizerunek firmy po tragicznych wypadkach w rafinerii w Teksasie (15 ofiar śmiertelnych) i eksplozji zardzewiałego rurociągu na Alasce (potężny wyciek ropy).
Hayward miał do tego wszelkie predyspozycje.
Był przede wszystkim zupełnie innym szefem niż jego poprzednik, arystokrata Lord John Browne, nazywany ze względu na swój autokratyczny styl sprawowania władzy Królem Słońce. Hayward nie palił drogich cygar i nie kolekcjonował unikalnych win. Współpracownicy zapamiętali go raczej jako kogoś, z kim można wyskoczyć na piwo albo umówić się na mecz jego ukochanej londyńskiej drużyny piłkarskiej West Ham United.
Sam zaczynał karierę, poszukując ropy na Morzu Północnym, gdzie jako geolog trafił zaraz po studiach. W grudniu 1982 r. tuż przed wschodem słońca jego pracująca od pół roku grupa zdołała dowiercić się wreszcie do ropy.
- To był najpiękniejszy prezent gwiazdkowy, jaki kiedykolwiek dostałem - podsumował później Hayword.
Następnie wiercił w Chinach, Kolumbii i Wenezueli. Firmie pozostał wierny przez całą karierę. Gdy po ćwierć wieku pracy dla koncernu wprowadzał się do gabinetu dyrektora zarządzającego BP, wygłosił pamiętną mowę, w której krytykował poprzedników za zbytnie oddalenie od zwyczajnych pracowników rozsianych po platformach wiertniczych i rafineriach na całym świecie.
Przez pierwsze trzy lata Hayward wykonywał swoje zadanie bez zarzutu. BP pod jego rządami nie tylko wyprzedziło Shella w ilości wydobywanej ropy, ale również stało się liderem pod względem bezpieczeństwa pracy. Aż do 20 kwietnia, gdy na jednej z platform w Zatoce Meksykańskiej doszło do eksplozji, w której zginęło 11 osób, a akcje BP poszły ostro w dół. Jedno i drugie może oznaczać, że wzorcowa kariera Haywarda może zostać brutalnie przerwana.
@RY1@i02/2010/091/i02.2010.091.000.024a.001.jpg@RY2@
Fot. Bloomberg
Bezpieczeństwo w BP miało być mottem prezesury Tony’ego Haywarda. Okazało się, że jest odwrotnie
Rafał Woś
rafal.wos@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu