Dziennik Gazeta Prawana logo

Przetrzebione wiatraki złapią świeży powiew?

27 stycznia 2019

Kolejne prawne zawirowania niepokoją branżę odnawialnych źródeł energii, ale powody do obaw mają też rządzący. Ich dotychczasowe działania wkrótce skontroluje Najwyższa Izba Kontroli

Krzysztof Kwiatkowski, prezes NIK

Rząd ponownie szykuje zmiany w regulacjach dotyczących farm wiatrowych i innych odnawialnych źródeł energii. Już zapowiedziana nowelizacja ma tchnąć życie w dogorywającą w ostatnich latach branżę.

Według GUS, zamiast wymaganego prawem 15-proc. udziału OZE w miksie energetycznym mamy obecnie ponad 11 proc. A taki rozdźwięk już wkrótce oznaczać może miliardowe straty dla budżetu i grozi nam konfrontacją z Brukselą. Ziszczeniu się tego czarnego scenariusza ma przeciwdziałać najnowsza projektowana ustawa o OZE. Rada Ministrów ma ją przyjąć jeszcze w tym kwartale, dzięki czemu mogłaby ona możliwie jak najszybciej trafić do parlamentu – wynika z aktualnego wykazu prac legislacyjnych rządu. Za opracowanie dokumentu ma odpowiadać wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski.

Ustawa ma pozwolić zrealizować zadania określone w polityce energetycznej Polski do 2020 r. poprzez „zmniejszenie obciążeń odbiorców końcowych z tytułu systemów wsparcia odnawialnych źródeł energii oraz rosnących cen energii elektrycznej”. W praktyce oznaczałoby to zielone światło dla przeprowadzenia aukcji na zakup energii elektrycznej z OZE. Obecnie ich przeprowadzenie blokuje brak rozporządzeń Ministerstwa Energii, w których to określone zostałyby parametry aukcji zaplanowanych na ten rok. W przepisach przejściowych nowelizacji wskazane miałyby zostać maksymalne ilości i wartości energii będącej przedmiotem sprzedaży oraz sposób wyznaczania cen referencyjnych (maksymalnej wartości oferty, którą może złożyć wytwórca).

Lepiej późno niż wcale

Komunikat o pracach nad nowelizacją pojawił się dzień po tym jak prezes Najwyższej Izby Kontroli Krzysztof Kwiatkowski zapowiedział, że NIK weźmie pod lupę działania administracji rządowej w kwestii rozwoju energetyki wiatrowej. Zapowiedziana kontrola doraźna ma przynieść odpowiedź na pytanie, czy rząd wysłuchał i zrealizował jakiekolwiek wnioski, które Izba przedstawiła w swoich poprzednich raportach dotyczących energetyki. A tych było w ostatnich latach ponad 30 i trudno powiedzieć, by były one pochlebne dla rządu.

– Zbadamy skuteczność wsparcia nowych rozwiązań i dotychczas stosowanych. Ze szczególną uwagą potraktujemy rozwój energetyki wiatrowej, wsparcie dla tej branży, bariery i perspektywy. Przyjrzymy się realności planów jej rozwoju. W rezultacie chcemy ocenić możliwości rozwoju OZE w elektroenergetyce, a w ewentualnych wnioskach zawrzeć rekomendacje do usunięcia zidentyfikowanych przeszkód – mówi nam Sławomir Grzelak, dyr. departamentu gospodarki, Skarbu Państwa i prywatyzacji w NIK.

Sęk w tym, że część zagrożeń, z którymi dziś się mierzymy, była już przewidywana przez NIK i ostrzegano przed nimi w poprzednich latach. Chociażby o konieczności zaspokojenia rosnących potrzeb energetycznych i budowy nowych mocy wytwórczych przedstawiciele Izby mówili już w marcu 2015 r. Wnioski pokontrolne Izby nie przełożyły się jednak na zmianę polityki rządu.

O tym, że nie jest to pojedynczy przykład, mówi też Grzegorz Wiśniewski, prezes Instytutu Energetyki Odnawialnej (IEO). Przypomina, że głosy sygnalistów, którzy alarmowali, że w obecnym tempie nie osiągniemy planowanego celu udziału OZE, były całkowicie ignorowane od miesięcy, jak nie lat. – Nawet po opublikowaniu raportów NIK-u Ministerstwo Energii przekonywało, że się wyrobimy, bo wskaźniki nam rosną. Jak na ironię zakrawa to, że w tym samym czasie swoje ustalenia przedstawił GUS i wynikało z nich, że jest zgoła odwrotnie, bo udział OZE spada – mówi ekspert.

Jeszcze więcej niestabilności

Wiadomość o kolejnych zmianach wzbudza jednak mieszane uczucia wśród ekspertów, którzy od dawna podkreślają, że największym problemem dotychczasowej polityki względem OZE jest właśnie nieprzewidywalność i ciągła zmienność prawa. Że nie ma roku bez zmian, co kilka miesięcy pojawiają się nowe pomysły.

– Branża potrzebuje stabilizacji, a ostatnie pół roku przyniosło m.in. nowe regulacje o wiatrakach na morzu. Weszła też ustawa umożliwiająca przeprowadzanie aukcji na dużą skalę – wymienia prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej Janusz Gajowiecki.

Rządzący upatrują dużych szans na poprawę sytuacji właśnie w inwestycjach na morzu. Zgodnie z planami miałyby się one pojawić już po 2030 r. Jednak zdaniem ekspertów, pomysły te mogą okazać się zbyt idealistyczne, a rząd powinien mierzyć siły na zamiary, bo już dużo bardziej rozwinięte od nas kraje przeszacowały swoje moce w przypadku budowy farm wiatrowych na morzu.

Naszym zachodnim sąsiadom z zaplanowanych 50 GW energii na morzu udało się ostatecznie, po weryfikacji lokalizacji (np. ukształtowania dna) zrealizować jedynie 15 GW. Tymczasem polski rząd dla tzw. energii offshore’owej zaplanował 10 GW. – Ile z tego zostanie zrealizowane, kiedy zaczniemy weryfikować wyznaczone lokalizacje? – zastanawia się Tomasz Podgajniak, wiceprezes Polskiej Izby Gospodarczej Energetyki Odnawialnej i Rozproszonej. I dodaje, że czas jest obecnie na wagę złota.

Wtóruje mu Wiśniewski z IEO, który podkreśla, że brak wystarczających mocy z OZE może dla nas oznaczać nawet 16 mld zł strat w budżecie rocznie. Tyle może nas bowiem kosztować statystyczny transfer energii z krajów, które mają nadwyżkę mocy. Szkopuł w tym, że na naszą niekorzyść działa nie tylko obecna polityka rządu, ale i sytuacja w Europie, która również złapała ostatnio zadyszkę w przypadku rozwoju OZE.

– Jeszcze kilka lat temu wydawało się nam, że większość krajów UE spełni wymogi OZE, ale teraz widać, że będzie pół na pół, bo rozwój OZE spowolnił. W efekcie będzie mniejsza podaż, a to przełoży się na ceny – mówi Wiśniewski. Przekonuje przy tym, że nie możemy wierzyć w taryfę ulgową ze strony Komisji Europejskiej.

Czarne paliwo na wykończeniu

Co do jednego eksperci i rząd są zgodni – rozwój odnawialnych źródeł energii nie jest magicznym panaceum, na które powinniśmy postawić w 100 proc., oczekując, że uda się nam dzięki temu zachować energetyczną, gospodarczą i polityczną autonomię. Rzecz w tym, że wszystkie te sfery są ze sobą ściśle połączone. Jak podkreśla Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego – ponad jedna trzecia węgla wykorzystywanego w Polsce jest obecnie sprowadzana z zagranicy, głównie z Rosji. – Płacimy więc dwa razy, za import węgla i za prawa do emisji podczas jego spalania w elektrowniach – mówi.

Jednocześnie rząd przekonuje, że czarnego paliwa wystarczy nam jeszcze co najmniej na kilkadziesiąt lat. Zdaniem ekspertów o ile prawdą jest, że Polska posiada ogromne zasoby geologiczne węgla, to już ilość surowca, który będzie nam się opłacać wydobywać, uwzględniając rosnące koszty, jest dużo mniejsza.

JAP

Partner

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.