Dziennik Gazeta Prawana logo

Zamojskie "Społem" ponownie na plusie

1 lipca 2018

Stereotypom warto zaprzeczać, gdy są niesłuszne. Wbrew opiniom krążącym po Polsce na temat spółdzielczości, ,,Społem'''' Powszechna Spółdzielnia Spożywców "Robotnik" z Zamościa od lat systematycznie zwiększa zyski. Sprzedaż w roku 2010 podsumuje wynikiem o 3% lepszym od zeszłorocznego.

W 2009 r. ,,Społem'''' Powszechna Spółdzielnia Spożywców "Robotnik" z Zamościa obchodziła 90-lecie nieprzerwanego - to bardzo ważne - istnienia na rynku. Przeszła wiele transformacji na różnych odcinkach. Przetrwała najtrudniejsze zmiany. Może się pochwalić bardzo dobrą kondycją - i poprzeć to wynikami. Do obfitych należały lata 2007-2009. Regularnie zwiększane obroty generowały zyski, które następnie można było reinwestować - głównie w modernizacje sklepów i zakładów produkcyjnych. Średnie wydatki na takie inwestycje wynosiły 3,5-4 mln zł rocznie - bardzo sporo jak na rozmiary spółdzielni. Zarząd założył, że bez inwestycji nie ma co mówić o mocnych perspektywach na przyszłość. Dziś okazuje się, że była to słuszna strategia. "Robotnik" posiada aż 21 sklepów, w tym jeden zamiejscowy w Tomaszowie Lubelskim, a także 4 piekarnie i jedną ciastkarnię. Powstały nowoczesne powierzchnie handlowe, zwiększyła się liczba załogi. Spółdzielnia ugruntowała swoje trwałe miejsce na rynku zamojskim.

- Nasz prawdziwy chrzest bojowy zaczął się w latach 90-tych, gdy do Polski zaczęły wchodzić sieci zachodnie - opowiada Maria Wawrzaszek-Gruszka, prezes zarządu "Społem" Powszechnej Spółdzielni Spożywców "Robotnik" w Zamościu. - Wówczas w naturalnym pędzie konsumenci masowo zwrócili się ku nim, bo ich nie znali. Ale potem, gdy tylko nauczyli się rozpoznawać wątpliwą jakość, zaczęli wracać do nas.

Ta tendencja się utrzymuje. Sprzedaż ogólna w zamojskim "Społem" będzie wyższa o 3% w stosunku do roku ubiegłego. Od kilku lat w całej Polsce spadają obroty branży piekarsko-ciastkarskiej; Zamość utrzyma je na poziomie takim samym, jak rok temu. Ale prezes podkreśla, że jest to wynik dobry z jeszcze jednego powodu: mijający rok 2010 był bowiem o wiele trudniejszy niż poprzednie. Przewijało się pokłosie kryzysu gospodarczego, nastąpiła tragedia smoleńska, wreszcie sporo szkód wyrządziły powodzie. W statystykach wyraźnie dało się zauważyć spadek portfela klientów. Do tego PSS "Robotnik" wyremontował w tym roku trzy duże sklepy, a każdy z nich trzeba było wyłączyć ze sprzedaży na 1,5 miesiąca, narażając się na spory ubytek obrotów. Dodatkowo firma wyremontowała Ośrodek Wypoczynkowy w Krasnobrodzie. Część jego sprzedała, a pozostałą postawiła praktycznie od nowa. Poczyniła duże zakupy inwestycyjne: w sprzęt chłodniczy, specjalistyczne regały. Jak co roku wymieniła też najstarsze samochody na nowe. Na jeden ze sklepów, aktualnie o powierzchni 1000 m2, wyłożyła 3,5 mln zł i jest to obecnie wizytówka spółdzielni. I mimo tych wszystkich wydatków łączny zysk brutto na koniec roku będzie taki jak w 2009 r., czyli około 1,5 mln zł.

Ale to nie wszystko. Na nadchodzący rok spółdzielnia ma śmiałe plany. Dalej będzie się rozrastała poza Zamość. Kupiła kolejną działkę w Tomaszowie Lubelskim pod drugi już swój sklep w tym mieście. Oprócz tego w Zamościu na miejscu starego obiektu stanie kolejny, wyremontowany praktycznie od zera. Dwa nowe sklepy w jednym roku - to dla "Robotnika" nie pierwsze takie wyzwanie.

A czym firma przyciąga konsumenta?

- Nie próbujemy rywalizować z dyskontami, bo nie stosujemy cen poniżej progu rentowności - przekonuje Maria Wawrzaszek-Gruszka. - Opłaca się nam polityka nie ceny, lecz jakości. Sklep dyskontowy ponosi mniejsze koszty funkcjonowania, my za to mamy lepszy wystrój. Naszą mocną stroną są towary świeże: mięsa, nabiał, pieczywo, owoce, warzywa i ryby - razem generują nam one około 50% obrotów i co roku procent ten się zwiększa. Zaznaczam, że handel towarami świeżymi jest bardziej kosztochłonny niż tymi trwalszymi. Do tego dochodzi kompetentna obsługa personelu, gdyż nie odbiega ona standardem od światowych norm. Wszystko to oznacza, że mamy określoną, wciąż rosnącą pulę klientów (wiemy to choćby na podstawie liczby wydanych Kart Klienta naszego programu lojalnościowego), którzy godzą się zapłacić odpowiednią cenę za jakość, jakiej żądają. I w tym nasza mądra przewaga.

Jakub Lisiecki

Gazela Biznesu 2007, 2008 i 2009

Solidna Firma 2008 i 2009

trzykrotna nagroda Złotej Kielni za obiekty handlowe

Medal Lubelskiego Orła Biznesu woj. lubelskiego za rok 2009

Certyfikat Fair Play 2010

Niestety tak, i jestem bardzo poruszona. Ale najpierw opiszmy sytuację. Spółdzielczość w Polsce działa na podstawie ustawy z 1982 r. pt. "Prawo spółdzielcze" oraz odrębnych ustaw, które wchodziły w życie po 1995 r. Jak każdy prezes spółdzielni uważam, że powinniśmy działać  oparciu o dobre prawo i o takie spółdzielcy walczą już od 20 lat. Było wiele prób: inicjatywa prezydentów Kwaśniewskiego, a potem Kaczyńskiego, następnie inicjatywa poselska, wreszcie obywatelska, mocno poparta przez Krajową Radę Spółdzielczą. Wszystkie przepadały najczęściej już w pierwszym czytaniu. Natomiast dziś stan wygląda tak: w Sejmie są złożone dwa projekty, tj. ustawa o spółdzielniach oraz ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych, oba autorstwa PO. Po pierwszym czytaniu już zostały skierowane do prac komisji sejmowych. Nagłe zawrotne tempo prac jest dla mnie zagadką, bo spójrzmy: premier Tusk w czerwcu br. powołuje zespół ds. opracowania nowej ustawy "Prawo Spółdzielcze". Już 3 miesiące później trafia do Sejmu projekt autorstwa PO. Miesiąc po tym, w październiku, jest poddany pierwszemu czytaniu, a po kolejnym miesiącu pojawia się głosowanie nad kontynuacją prac. Niestety rzecz przeszła, choć zaledwie jedenastoma głosami.

"Zastrzeżenia" to mało powiedziane. Jestem oburzona. Projekt ustawy o spółdzielniach zawiera dużo zmian, ale i sprzeczności. Generalnie jest bardzo przeregulowany, tzn. mało miejsca pozostawia na regulacje statutowe każdej spółdzielni, a to jest niedobre. Już tu widać sprzeczność, gdyż z założenia ustawa "zwiększa prawa członków", a więc to oni powinni mieć większą dowolność właśnie w statutach! Ale nie to jest moją największą bolączką.

To, że pierwszy raz w historii nad spółdzielniami wprowadza się nadzór państwowy! A przecież w pierwszym artykule tejże ustawy czytamy: "spółdzielnia jest samorządnym i niezależnym zrzeszeniem osób" etc. Tego jeszcze nie było! Gdzie ta niezależność? Tu kompletnie gubi się idea spółdzielczości, która funkcjonowała blisko półtora wieku. W uzasadnieniu przy pracach nad ustawą jedna z posłanek informuje, że "nad spółdzielniami nie ma praktycznie żadnej kontroli". Zapomina, że w myśl 140-letniej tradycji spółdzielczości w Polsce, kontrolę nad spółdzielnią sprawują wyłącznie jej członkowie. My, spółdzielcy, nie wyobrażamy sobie takiego złamania zasad. Bo powinny one działać zgodnie: a) z konstytucją, b) z zasadami Międzynarodowego Związku Spółdzielczego z 1995 r.

Tak! I jest pełen błędów oraz luk. A oto kilka z nich. Posłowie piszą, że "ustawa wchodzi w życie z dniem 1.01.2011. (...) Spółdzielnie, związki spółdzielcze i Krajowa Rada Spółdzielcza dokonają zmian swoich statutów stosownie do wymagań ustawy i w trybie przez nią przewidzianym. Zgłoszenia do rejestru tych zmian spółdzielnie dokonają do dnia 1.07.2011, a związki spółdzielcze i Krajowa Rada Spółdzielcza - do 1.07.2012. Do czasu zarejestrowania nowych statutów, dotychczasowe statuty pozostają w mocy." Dotąd jest w porządku. Ale dalej czytamy tak: "Jednakże w przypadku sprzeczności między dotychczasowymi postanowieniami statutów a przepisami niniejszej ustawy, stosuje się przepisy ustawy." I tu brakuje jakiegokolwiek okresu przejściowego! A poza tym orzecznictwo dot. spółdzielczości wypracowane przez ostatnie lata idzie pod nóż, bo likwiduje je odgórnie ustawa!

Dalej: likwiduje ona również zebrania grup członkowskich, wprowadzając obligatoryjne walne zgromadzenia członków, jak w spółkach prawa handlowego. To bardzo trudne przedsięwzięcie od strony logistycznej. Drastyczna zmiana dotyczy też rad nadzorczych: zabrania się odtąd zasiadać w nich... pracownikom spółdzielni. To zapis godzący w równość członków! Mało tego: ustawa wprowadza kadencyjność tejże rady. Kadencja nie może trwać dłużej niż trzy lata i w radzie nie można być dłużej niż przez dwie kadencje.

Otóż to! I znów: kiedyś nie było takich wymogów, bo wszystko to regulowały wewnętrzne statuty. Ustalały skład rady, czas kadencji - przeważnie na 4 lata. Teraz te regulacje idą w niwecz. Podam kolejny przykład: skoro nowy porządek ustala, że odtąd kontrolę nad spółdzielniami sprawuje dane ministerstwo, to jego zarządzenia sprzeczne z dotychczasowym funkcjonowaniem poszczególnych spółdzielni mogą spowodować lawinę odwołań, protestów, skarg i zażaleń. Ustawodawstwo przewiduje, że wówczas jedynym organem odwoławczym dla całej spółdzielczości będzie Sąd Administracyjny w Warszawie. Pytam: jak takie "wąskie gardło" obsłuży odtąd tysiące polskich spółdzielni naraz?

Tak, ale główny problem to kontrola państwa. Stawiam pytanie: po co nam ona, skoro spółdzielnie nie są wytworem PRL-u, mają 140 lat tradycji, przetrwały wojny, zmiany ustroju i sobie poradziły? Po co ona, skoro przetrwały bardzo trudny czas po 1990 r., gdy Sejm wprowadził specustawę likwidującą Związki Spółdzielcze, zabraniającą się zrzeszać i zawieszającą lustrację spółdzielczą? Przypomnę: wtedy spółdzielnie zostały bez pomocy związków rewizyjnych, a z drugiej strony musiały się zderzyć z potężną konkurencją zachodnich sieci handlowych, które tym różniły się  głównie od nas, że dysponowały potężnym kapitałem - a myśmy mieli wyłącznie to, co wypracowaliśmy sami. I potrafiliśmy się zrestrukturyzować, unowocześnić, zmierzyć z nową rzeczywistością. A dzisiaj mamy dużo przykładów świetnie prosperujących spółdzielni w Polsce. Wszystko to oznacza, że spółdzielcy potrafią gospodarować! I teraz: skoro tyle spółdzielni mogłoby być wzorem dla wielu firm - ja pytam: czy wtedy, w tamtych twardych latach nie był nam potrzebny nadzór? A teraz jest?

Bez fałszywej skromności - tak. Jestem prezesem spółdzielni, która plasuje się w pierwszej dwudziestce Spółdzielni Spożywców w Polsce. Działamy na bardzo trudnym rynku wschodnim, w powiecie, który tkwi na szarym końcu w sferze płac, w mieście Zamość, które odnotowuje ujemny przyrost mieszkańców, i w obliczu niezwykle trudnej konkurencji - i mamy się bardzo dobrze. Rozwój z roku na rok jest wręcz modelowy. Wielokrotnie udowodniliśmy, że potrafimy sprostać wyzwaniom. Jesteśmy laureatami konkursów, w większości których istotne są takie kryteria, jak: nieprzerwany rozwój, terminowość płatności względem pracowników i państwa, pozytywna opinia u klientów. Więc teza, jakoby w takiej spółdzielni jak moja "nie było kontroli" czy "nikt nad nią nie panował", jest nie tylko kpiną, ale uwłaczającym podważeniem autorytetu! Ale odkładam na bok kwestie ad personam, bo chcę tu powiedzieć rzecz o wiele poważniejszą: jeśli w takim duchu ustawa zostanie zaakceptowana, to będzie to początek końca spółdzielczości.

Nie wiem, czy wolno mi wprost tak twierdzić. Ale podobne opinie ma wiele osób, w tym naukowcy od lat uczestniczący w pracach nad ustawami. Mówią oni m.in., że majątek spółdzielczy od zawsze jest własnością prywatną. Państwo NIE POWINNO próbować go prywatyzować, dzielić, przekształcać. Nie ma do tego tytułu prawnego.

Głośno o niej mówić. Jako prezes zamojskiego "Społem" oczekuję od wyższych struktur spółdzielczych w Polsce zdecydowanych kroków protestu, do którego sama dziś, na tych łamach, dołączam swój głos. Sądzę, że teraz powinny nastąpić kolejne ruchy. Chcę, żeby posłowie zrozumieli przesłanie, że po prostu się mylą.

JL

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.