Dziennik Gazeta Prawana logo

Wielkie kino za polskie pieniądze

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Nowe filmy z Emmanuelle Seigner, Colinem Farrellem i Billem Murrayem powstają dzięki zaangażowaniu polskich producentów filmowych, którzy podbijają europejski rynek i marzą o Hollywood

Kilka lat temu wieszczono śmierć polskiego kina. Zamiast niej przyszedł boom. Zysk rodzimego filmu z wpływów ze sprzedaży biletów w latach 2005 - 2008 wzrósł ponad dziesięciokrotnie, z 11,6 mln zł do 137,4 mln. W ubiegłym roku na polskie filmy sprzedano 8,4 mln biletów, co przyniosło 136,8 mln zł wpływów. W Polsce powstaje już ponad 40 fabuł rocznie. Rynek podzieliło między siebie kilku dużych producentów i kilkunastu mniejszych. Ci najwięksi robią po 2 - 3 obrazy rocznie. I coraz bardziej uwiera ich rodzime podwórko. Wchodzą na rynki Europy, a nawet Ameryki.

Z produkcją "Vamps" rusza Alvernia Production należąca do Stanisława Tyczyńskiego, założyciela radia RMF FM. Film ma być skierowaną do dorosłych odpowiedzią na przebojowy "Zmierzch". Zagrają gwiazdy Sigourney Weaver i Alicia Silverstone. Część efektów powstanie w podkrakowskim studiu Tyczyńskiego.

Przykładem sukcesu na międzynarodowym rynku jest Piotr Dzięcioł, który swój Opus Film założył już w 1992 r. Małe studio w Łodzi produkowało reklamy, ale Dzięcioł, który w latach 70. i 80. pracował jako kierownik produkcji przy filmach i serialach, miał większe ambicje. Jego wejście na rynek było mocne. Pierwszy wyprodukowany film - i od razu sukces. "Edi" w 2002 r. został nakręcony za zaledwie 800 tys. zł. Obejrzało go 321 tys. widzów. Z jednego sprzedanego biletu kino zabiera 50 proc. Resztę dzielą między siebie producent i dystrybutor. W zależności od liczby przygotowanych kopii i nakładów na promocję ten pierwszy zgarnia 20 - 30 proc. Średnia cena biletu to dziś 20 zł, kilka złotych więcej niż osiem lat temu. Mimo to łatwo policzyć, że film zwrócił się ze sporą nawiązką. A kupili go też dystrybutorzy z Holandii, Finlandii, Węgier Czech i ze Słowacji.

Łódzki producent nigdy nie chciał robić komedii romantycznych, których nie da się sprzedać poza Polskę. W Europie można zarabiać na kinie ambitnym, ale nie traktującym wyłącznie o naszych lokalnych problemach. Najpierw szukał zagranicznych producentów, którzy pomogliby mu zrobić polski film. Takich w Opus Film powstało sześć. Dziś sam produkuje kino międzynarodowe, z partnerami z Norwegii, Izraela czy Niemiec. - Dla Opus Film jest to kolejny krok do budowania pozycji na rynku europejskim - mówi "DGP". Z własnej kieszeni Dzięcioł wykłada na produkcję do miliona złotych. Dzięki koproducentom ryzyko jest rozdzielone na kilka osób. Polak ma też atut w postaci własnego nowoczesnego studia. Właśnie szykuje się do realizacji obrazu Ariego Folmana. Izraelski reżyser to reprezentant międzynarodowej ekstraklasy. Jego ostatni film "Walc z Baszirem" zdobył kilka z najważniejszych nagród filmowych: Złoty Glob, Cezara, Europejską Nagrodę Filmową. Był nominowany do Oscara i Złotej Palmy. Kupili go dystrybutorzy kinowi w 90 państwach. Jego kolejny film "Futurological Congres" jest więc gwarancją komercyjnego sukcesu. W kolejce do produkcji czekają trzy międzynarodowe tytuły, w tym film braci Quay. - W tej chwili w koprodukcji z Norwegią, ze Szwecją i z Francją kończymy film Mariusa Holsta "King of Devils Island", a już od pół roku nad jego promocją i sprzedażą międzynarodową pracuje francuski agent - opowiada Dzięcioł.

Podobną taktykę stosuje Dariusz Jabłoński prowadzący Apple Film. Uparł się, żeby skończyć zaczętego w 2003 r. "Janosika" Agnieszki Holland. Tylko że wznowienie zdjęć do filmu jest sprawą ryzykowną. Trzeba zebrać tę samą ekipę aktorów i zapłacić im gaże, których sobie zażyczą. Zgodnie z oczekiwaniami "Janosik" okazał się bardzo drogi. Budżet przekroczył 20 mln zł. Dla porównania "Katyń" Andrzeja Wajdy kosztował 15 mln zł. Ale Jabłoński postanowił zaangażować w projekt producentów z Czech, ze Słowacji i z Węgier, dzięki czemu nie tylko zebrał pieniądze na film, ale i zapewnił jego dystrybucję w tych państwach. Tym samym zyskał gwarancję, że produkcja się opłaci. Do "Janosika" dołożył się też środkowoeuropejski oddział stacji HBO. W tej chwili Apple Film pracuje nad dwiema międzynarodowymi produkcjami. Trzy kolejne są w fazie developmentu, czyli zbierania ekipy i funduszy.

Zupełnie inny sposób na wejście na zagraniczny rynek wybrał Mariusz Łukomski, prezes producencko-dystrybucyjnej firmy Monolith. Zdecydował się uderzyć na Zachód przebojem. I to od razu do Hollywood. Jako koproducent wszedł w "The Way Back" pięciokrotnie nominowanego do Oscara Petera Weira. Na film z Colinem Farrellem w roli głównej wyłożył milion dol. Jak na polskie warunki sporo, jednak przy całym budżecie superprodukcji wynoszącym 40 mln dol. udział Łukomskiego nie jest wielki. - Kontrakt gwarantuje mi, że nie stracę zainwestowanych w produkcję pieniędzy, a zysk będzie zależał od sukcesu filmu. Jestem w trakcie rozmów dotyczących koprodukcji dwóch kolejnych zagranicznych projektów - mówi w rozmowie z "DGP". Poprzednie dzieło Weira "Pan i władca: Na krańcu świata" zgarnęło na świecie z samej dystrybucji kinowej 200 mln dol. Łukomski dzięki zaangażowaniu w produkcję filmu dostaje też prawa do jego dystrybucji w Polsce, dzięki czemu zarabia niejako dwa razy. Tłumaczy, że nie chodzi tylko o pieniądze, ale też know-how, zdobycie wiedzy, jak produkuje się filmy za granicą i pozyskuje na nie fundusze.

Także stacja TVN postanowiła wejść na amerykański rynek. Wspólnie z partnerem z USA wyprodukowała "Aż po grób" z Billem Murrayem. Przy okazji zagwarantowała sobie w kontrakcie prawa do dystrybucji filmu nie tylko w Polsce, ale i w Niemczech. Z kolei startujące w branży Gremi Film Production należące do Grzegorza Hajdarowicza zaryzykowało, wchodząc w niezależną amerykańską produkcję "City Island" z Andym Garcią. W zamian za milion dolarów Gremi zyskało jedną trzecią udziałów w filmie. Opłaciło się. Do dziś obraz tylko w amerykańskich kinach zarobił 7 mln dol. A to nie koniec. Produkcja filmowa jest przedsięwzięciem długoterminowym, a zysk czerpie się z kilku źródeł. Pojawiają się pieniądze ze sprzedaży praw za granicę, wypożyczalni internetowych VoD, wydań DVD i sprzedaży do telewizji. Mariusz Łukomski tłumaczy, że wyjście poza Polskę to dla producenta nie tylko czysta ekonomia. - Uczestnictwo w amerykańskich produkcjach jest dla mnie kolejnym etapem doświadczeń. Koprodukcja międzynarodowych filmów pozwala też na ich sprzedaż na inne niż polski rynki. Zyskuje się prestiż, co szczególnie ważne dla przyszłych biznesowych relacji - mówi "DGP".

Producent musi mieć rozeznanie nie tylko w biznesie, ale i guście widza. W Polsce ten zawód powstał późno, dopiero w latach 90. Za PRL-u filmy kręciły państwowe wytwórnie, zespoły i oczywiście telewizja. Bez dbania o to, czy inwestycja się zwróci. TVP jeszcze kilka lat temu hojnie wspierała produkcję filmową na podobnych zasadach jak za PRL-u. Zarówno jako samodzielny producent, jak i dofinansowując prywatne projekty. Mocnym partnerem dla środowiska filmowego była też Telekomunikacja Polska i banki. Ale te czasy się skończyły. Gdy sponsorzy obcięli budżety, przyszedł czas na sprawdzian dla rodzimych producentów, którzy musieli zacząć bardziej intensywnie szukać pieniędzy. Międzynarodowe koprodukcje zostały więc w pewnym stopniu wymuszone przez rynek.

Efekt jest nadspodziewanie dobry. Syrena Films właśnie odniosła swój pierwszy znaczący międzynarodowy sukces. Zdecydowała się na produkcję filmu "Essential Killing" Jerzego Skolimowskiego. Reżyser, który w latach 70. i 80. zyskał sławę na Zachodzie, w ciągu ostatnich dwóch dekad zrealizował tylko jeden film. Powrót do światowego kina wydawał się niemożliwy. Syrena wraz z producentami z Irlandii, Norwegii i Węgier postanowiła zaryzykować. "Essential Killing" to film z międzynarodową obsadą i skierowany na zagraniczne rynki. Na ekranie zobaczymy m.in. Vincenta Gallo i żonę Romana Polańskiego Emmanuelle Seigner. Pierwszy sukces film ma już na koncie. Pokazywany jest w ramach konkursu głównego trwającego właśnie festiwalu w Wenecji. Został świetnie przyjęty przez publiczność i krytyków, którzy twierdzą, że ma sporą szansę na Złotą Palmę. Nawet jeśli jej nie dostanie, już sama nominacja jest magnesem dla kinomanów z całego świata. Co przy budżecie w wysokości 8 mln zł jest nie lada wyczynem.

@RY1@i02/2010/177/i02.2010.177.186.0012.001.jpg@RY2@

Fot. Syrena Films

Syrena Films odniosła swój pierwszy znaczący międzynarodowy sukces. Wyprodukowany przez nią "Essential Killing" został świetnie przyjęty przez publiczność i krytyków w Wenecji

Max Fuzowski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.