Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Biznes

Rywalka Miss Sixty z Radomia

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 18 minut

Najpierw był mały zakład krawiecki. Dziś odzież z firmy Katarzyny Kuchcik oferują eleganckie sklepy w największych galeriach

To się z pewnością nie śniło ani rodzicom, którzy pierwsze marynarki sprzedawali na okolicznych bazarach, ani kolejnemu pokoleniu, które przejęło biznes. Ale przecież rzeczy nieprawdopodobne się zdarzają i dzięki temu ubrania z niewielkiej firmy z Radomia wiszą dziś na wieszakach w najlepszych sklepach galerii handlowych tuż obok Hugo Bossa, Calvina Kleina, Miss Sixty czy Armani Jeans.

- Udało nam się, choć u nas przedsiębiorcy nie mają drogi usłanej różami. Może dlatego, że startowaliśmy w czasach znacznie bardziej przyjaznych dla biznesu? Teraz byłoby dużo trudniej - mówi "DGP" Katarzyna Kuchcik, właścicielka zakładu szyjącego damskie ubrania pod marką SU.

Początki wyglądały bardzo skromnie - w 1981 r. Irena Sowa, pracownica działu obuwniczego firmy Radoskór, postanawia spróbować sił w krawiectwie i w jednym z pokoi swego domu w dzielnicy na obrzeżach miasta otwiera zakład krawiecki o nazwie Sowir. Od początku stawia na odzież męską, najpierw spodnie, potem dochodzą marynarki, garnitury i płaszcze. Wzory proste, niewymagające, trudno mówić o jakiejś modzie, bo rynek jest tak pusty i głodny, że znika na pniu wszystko, co tylko wyprodukują. Konkurencja znikoma, a ludzie - nie wiedząc, co przyniesie jutro - kupują na zapas. Z punktu widzenia producenta czasy są fantastyczne.

Już po kilku miesiącach widać, że to dobry pomysł i praca nie tylko dla Ireny Sowy, lecz także całej rodziny. Mąż Sowy stawia więc wszystko na jedną kartę, rzuca etat w Zakładach Napraw Taboru Kolejowego i pomaga żonie. Czasy są wariackie, wszystko dzieje się poza systemem centralnie sterowanego handlu. Nie ma hurtowni, więc w poszukiwaniu materiałów Wiesław Sowa objeżdża sklepy z tkaninami w całym kraju (dopiero później udaje się nawiązać współpracę z producentami z Łodzi czy Bielska-Białej). A potem, już z towarem objeżdża okoliczne rynki południowo-wschodniej Polski, Lublin, Zamość i na popularnych bazarach pod gołym niebem sprzedaje spodnie, marynarki, garnitury. Za kilka lat w miejscu bazarów wyrosną niewielkie sklepiki, które wezmą od Sowiru towar. Mały pokój szybko przestanie wystarczać i szyć będzie się nawet w pomieszczeniach gospodarczych w podpiwniczeniu.

Jeszcze nic nie wskazuje, że będzie to firma dla kilku pokoleń. Córka państwa Sowa, Katarzyna, wybiera technikum gastronomiczne, które kończy jako technik żywienia. Po maturze idzie na rachunkowość, bo to modny kierunek. Po pół roku rzuca studia, by dołączyć do rodzinnej firmy (naukę kończy po długiej przerwie, przed dwoma laty). Jest 1992 r., w zakładzie pracuje już piętnaście osób, a Katarzyna przez najbliższą dekadę odpowiadać będzie za sprawy administracyjne. Jej mąż, gdy dołączy do rodziny, zajmie się zbytem, brat z bratową - marketingiem.

Po kilkunastu latach nie jest jednak już tak łatwo. Wolny rynek zachęcił wiele osób do działania, zbyt nie stał się już taki prosty, konkurencja coraz trudniejsza. Klientów zaczynają odbierać markety, które - czego dotąd polski klient nie widział - na wielkich powierzchniach oferują tanią odzież w konkurencyjnych cenach. Robi się ciaśniej, pojawiają się producenci gotowi oddawać towar w komis, co dla rynku jest zabójcze. Bo wiadomo, o towar wzięty w komis sklepikarz już tak nie zadba - w zasadzie wszystko mu jedno, czy ktoś kupi, czy nie, co innego, jak wyłoży własne pieniądze, wtedy stara się i towar eksponuje, bo ma w tym interes.

Rodzice są zmęczeni, coraz częściej pojawia się myśl, by przekazać biznes młodym. Osiem lat temu Katarzyna przerejestrowuje więc zakład krawiecki na swoje nazwisko. I coraz poważniej zaczyna rozważać pomysł, by spróbować sił na rynku ubrań dla kobiet. - Jest nas sporo w rodzinie i każda ma coś do powiedzenia na ten temat, bo przecież kobiety z natury interesują się modą - mówi. Z pobieżnej analizy wynika, że oferta dla pań 30+ nie jest zbyt szeroka. Akurat w szwalni nadeszła pora na wymianę maszyn, co wszyscy uznają za dobrą okazję, by spróbować sił w nowej branży.

Właściwie jakby zaczynali od początku, bo nie znają tego segmentu rynku od podszewki i muszą uczyć się na własnych błędach. Zauważają szybko, że rynek męski niby ciasny i konkurencyjny, ale jego klienci są dużo mniej wybredni, nie tak zainteresowani fasonami i modowymi trendami. Tu więc łatwiej sprzedać ubiegłoroczną kolekcję, bo mało kto docieka, od kiedy jest ona w sklepach. Kobiety potrafią za to wydać dużo większe sumy (choć obecny kryzys nieco to zjawisko ograniczył, od dwóch lat rzadziej kupują towar w pierwszej cenie, czekają na obniżki), ale ich orientacja w temacie jest nieporównywalna. Nie lubią towaru z poprzedniego sezonu, są wybredne, potrafią długo szukać odpowiedniego fasonu. Nowy rynek oznaczał więc dużo większe ryzyko.

Na pierwszy ogień poszło 300 bordowych kostiumów z tweedu. Niezbyt wyszukanych, przyznaje Katarzyna Kuchcik, klasyczny żakiet plus spódnica z klinów. Autora pierwszego projektu trudno dziś znaleźć, w zasadzie każda z kobiet z zakładu miała swój wkład. Na podstawie projektu fachowiec stworzył szablon, według którego krojniczy pokroili na wzorcowni materiał, i po uszyciu modelowego egzemplarza zapadła decyzja, by szyć całą partię. Sprzedała się. Porzucają więc męskie fasony i ruszają na podbój nowego rynku.

Przy następnych kolekcjach projektowanie oddają już w ręce profesjonalistek, które wyszukują na pokazach prac dyplomowych i targach. Część propozycji młodych projektantów nadaje się głównie na czerwony dywan dla gwiazd, więc z góry odpada. Sowir stawia na proste, eleganckie stroje do biura, bez przepychu, za to łatwe do zestawiania w dowolnych konfiguracjach. Projektant dostaje więc fragment materiału i ma pole do popisu. Potem w wąskim gronie w samej firmie panie oceniają propozycje i wybierają najlepsze. - Kierujemy się intuicją i tym, co same lubimy - mówi Kuchcik. Czasami to ryzykowne, jak wtedy gdy pracownica odpowiedzialna za zakup tkanin pod wpływem impulsu zamówiła w hurtowni materiał garniturowy w szarości, a projektant skomponował to z szaro-czarną koronką. Dla szefowej nie było to interesujące zestawienie, ale kobiety w szwalni, gdy pokazano im wzór, były zachwycone. I miały rację, bo klientkom ten zestaw również się spodobał.

Nie zatrudniają projektanta na stałe, wolą pracować z ludźmi z zewnątrz, bo wnoszą oni świeże spojrzenie. Tak jak Karolina Gleguła, krajanka z Radomia, młoda wybijająca się projektantka, zdobywczyni Złotej Nitki 2010 i tegoroczna laureatka Lexus Fashion Awards, która w przeszłości - jeszcze zanim zaczęto obsypywać ją nagrodami, dla Sowiru projektowała sukienki, żakiety, spodnie i bluzki.

Kolejne kolekcje opuszczają Radom i jadą w Polskę. Po drodze jeden ze znajomych z branży reklamowej radzi, by wybrać lepiej brzmiącą nazwę marki. Stąd bierze się SU, którym znaczone będą odtąd wszystkie nowe stroje. Brat Katarzyny objeżdża mniejsze i większe miasta, na głównych alejach i przy deptakach zagląda do lokalnych butików, pokazuje wzory (z drukowania katalogów szybko zrezygnowali, bo właściciele sklepów woleli zobaczyć towar na własne oczy, dotknąć materiału, sprawdzić kolor).

Efekt - dwa własne salony (Radom, Toruń), osiemnaście butików, które biorą całe lub prawie całe kolekcje w pełnej rozmiarówce i blisko dwieście sklepów zainteresowanych wybranymi modelami.

Można powiedzieć, że to Polska prowincja: Stalowa Wola, Radomsko, Sanok, Jasło, Kalisz, Warka. Ale to nie do końca prawda, odkąd kolekcje z radomskiego zakładu pojawiły się w ofercie Royal Collection, sieci, która ma salony w wielkich galeriach handlowych w największych miastach. Najpierw Sowir szył dla nich wybrane modele pod marką RC, ale po kilku latach współpracy sieć oferująca ekskluzywne marki (Hugo Boss, Calvin Klein, Armani Jeans) zgodziła się włączyć do swojej oferty także własne kolekcje SU. Tu już zaglądają dużo bardziej zamożni klienci, kobiety biznesu, mediów, które pochłonięte pracą w korporacji nie mają czasu na bieganie po butikach.

Mają za to więcej pieniędzy, co Sowir szybko odczuł, gdy okazało się, że sprzedaż w galeriach to 60 proc. obrotów firmy (całe roczne obroty firmy sięgają kilku milionów złotych). To oczywiście również niebywały prestiż, ale Katarzyna Kuchcik nie zapomina o pierwszych klientkach z niewielkich butików. Miesięczna produkcja sięga już kilku tysięcy, nad czym pracuje pół setki szwaczek, prasowaczek, krawcowych. Właścicielka marzy więc o własnym rynku, całej sieci salonów, może aż dwudziestu, gdzie panie mogłyby zaopatrzyć się w cały asortyment - od kostiumów po swetry, torby, chusty, a nawet rękawiczki z metką SU.

@RY1@i02/2011/205/i02.2011.205.18600030a.804.jpg@RY2@

GS

Luiza Zalewska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.