Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Biznes

Ogrodowe biznesy rodziny Grąbczewskich

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 21 minut

Z niewielkiej rodzinnej szkółki stworzyli prawdziwe imperium, które każdego roku milion drzew i krzewów sprzedaje w kraju, a drugie tyle wysyła na Wschód

Jedni z pierwszy klientów, bywało, że wykształceni biolodzy z doktoratami, przyjeżdżali z Rosji autokarami prosto na Stadion Dziesięciolecia, bo była to wtedy najprostsza forma podróży do Polski. Tam przesiadali się do taksówek i mknęli na południe Warszawy do ogrodniczej szkółki rodziny Grąbczewskich. Kupowali sadzonki tui albo innych równie egzotycznych za wschodnią granicą roślin, pakowali w parciane torby w pasy i przez trzy granice wieźli do domu, by urządzać pierwsze ogrody bogatym moskwiczanom. W ten sposób słynna wtedy głównie na Mazowszu firma zdobywała pierwszych klientów na Wschodzie.

Gdy na początku lat 90. w moskiewskiej prasie pojawiła się pierwsza publikacja o roślinach Grąbczewskich, parciane torby zastąpił profesjonalny transport, bo skala eksportu znacząco wzrosła. Jeden z kazachskich biznesmenów po przeczytaniu artykułu już nazajutrz telefonował do Polski i oferował dystrybucję na terenie swego kraju, bo uznał, że to świetny interes. Miał racje, to był (i wciąż jest) naprawdę doskonały biznes - po dziesięcioleciach reżimu, w którym ogród był symbolem burżuazyjnego luksusu, za wschodnią granicą pojawił się niezwykły popyt na rośliny ozdobne, których nikt tam od lat nie uprawiał. I wciąż trwa, bo choć od upadku systemu minęły już dwie dekady, młode lokalne uprawy potrzebują jeszcze kilku dobrych lat, by dorównać polskiej ofercie. A bogaci Rosjanie, co niezwykle cieszy polską firmę, nie zamierzają czekać.

- Kiedy rządził Jelcyn, który kochał ruską banię i tradycyjną roślinność, w podmoskiewskich ogrodach panowała moda na jarzębiny, kaliny, brzozy i klony. Za Putina, który jest zafascynowany orientem, wszyscy chcą mieć przed domem drzewka bonsai - Wojciech Grąbczewski, współwłaściciel firmy, która zawładnęła wschodnim rynkiem, cytuje anegdotę o rosyjskich preferencjach. Zna ją z pierwszej ręki - z Rosji pochodzi jego żona Żanna, architekt krajobrazu. Poznali się, kiedy przyjeżdżała do jego firmy w poszukiwaniu ozdobnych roślin do ogrodu wnuczki Jelcyna, który wtedy aranżowała.

Przed główną siedzibą firmy Grąbczewscy w podwarszawskiej wsi Runów stoi popiersie dziadka Leopolda i przypomina o początkach rodzinnego interesu, które sięgają lat 30. XX wieku. Tuż przed wojną Leopold sprzedawał rocznie 200 tys. krzewów róż, a odmiany przez niego uprawiane zdobywały laury i dyplomy na światowych konkursach. Po wojnie starszy syn włączył do oferty rośliny iglaste, które z czasem stały się wizytówką firmy. Potem młodszy syn zaproponował uprawę roślin liściastych.

Dziś firma prowadzona już przez trzecie pokolenie (Wojciech Grąbczewski jest w niej dyrektorem handlowym) może zaoferować klientowi absolutnie wszystko - od kilkucentymetrowych bylin po kilkumetrowe drzewa. Dzięki temu stała się nie tylko jednym z największych w kraju producentów roślin (roczna sprzedaż sięga miliona sztuk), ale też poważnym eksporterem - za granicę do piętnastu krajów, głównie na Wschodzie, trafia kolejny milion polskich drzew i krzewów. Roczne obroty liczone są w milionach euro.

- Ale to nie jest ani łatwy, ani szybki biznes. Zresztą bardzo długo słowo "biznes" w ogóle tu nie pasowało - zastrzega Wojciech Grąbczewski. - Gdy opowiadam finansistom, że u nas cykl produkcyjny trwa niezwykle długo, bo inwestujemy nie tyle w ziemię, ile w sadzonki, które są gotowe do sprzedaży po kilku, kilkunastu latach, pukają się w czoło. Trudno cokolwiek planować. Nie da się przewidzieć popytu za kilka lat, przychody bywają czasem niespodzianką, a na dodatek to, co się nie sprzeda w tym roku, może znaleźć nabywcę w przyszłym. Wszystko może zmienić suche lato albo zima bez śniegu. A nawet nietrafione prognozy meteorologów, jak przed rokiem, gdy zapowiadali wczesną i bardzo mroźną zimę, co kompletnie rozłożyło sprzedaż. A zimy nie było. Ogrodnictwo to interes długoterminowy.

I bardzo pracochłonny - ponad cztery tysiące gatunków roślin, które są oferowane nabywcom, ma różne wymagania i wszystkie trzeba uwzględnić. By uprawa na taką skalę była możliwa, Grąbczewscy kilkanaście lat temu opuścili Warszawę i zaczęli skupować tereny pod Grójcem. Dziś mają w sumie 40 hektarów. W sezonie zatrudniają 30 pracowników, którzy na służbowych rowerach objeżdżają plantacje, by pielęgnować rośliny.

Mają o co dbać - blisko 50 tysięcy okazów rośnie w donicach i jest nawadnianych kropelkowo. Dla szczególnie wymagających postawiono kilkanaście tuneli z folii. W zasadzie wszystkie sadzonki przez pierwsze trzy lata potrzebują intensywnej pielęgnacji, bo trzeba je każdego roku przesadzać, nawozić, pielić, pryskać, chronić przed mrozem (w firmie wyliczono, że do jednej rośliny podchodzi się średnio 80 razy w roku). Stałej opieki wymagają też starsze drzewa i krzewy, by miały odpowiednio uformowane korony i korzenie umożliwiające sprzedaż i adaptację w nowych warunkach. Kolejna grupa to drzewa alejowe, mierzące od czterech do dziesięciu metrów wysokości, sprzedawane do miast, a czasem i rezydencji, by z dnia na dzień można było stworzyć park. Na zawsze albo tylko na chwilę, bo Grąbczewscy oferują też usługę rent a garden, czyli wypożyczają małe i duże drzewa, co umożliwia realizację dość niezwykłych projektów.

Dwa tygodnie temu we wnętrzach kościoła Dominikanów na warszawskim Służewcu rozstawili dwadzieścia ogromnych donic z siedmiometrowymi brzozami, bo para architektów wnętrz zaplanowała sobie ślub właśnie w brzozowej scenerii. - Takie pomysły nie są już żadną ekstrawagancją. Wysokie drzewa, krzewy i inne potrzebne rośliny zamawiają firmy, restauracje, scenografowie. A my jesteśmy w stanie w dwie godziny zaaranżować właściwie każdy ogród - mówi Grąbczewski.

Dekadę temu wspólnicy postanowili, że oprócz produkcji zajmą się także hurtową sprzedażą roślin. Powołali do tego osobną spółkę, która oferuje klientom każdą roślinę, od bylin do wielkich drzew, bez żadnych ograniczeń. Od innych krajowych producentów kupują to, czego sami nie uprawiają, bo się to nie opłaca Z Zachodu (Włochy, Niemcy, Francja, Holandia) i Wschodu (Japonia) sprowadzają rośliny gorzej przyjmujące się w naszym klimacie. Rynek się profesjonalizuje, więc towar w ofercie jest coraz atrakcyjniejszy i coraz droższy.

Szybko przekonali się, że pomysł, by rozwinąć interes na taką skalę, okazał się strzałem w dziesiątkę - po upadku PRL rynek ogrodniczy rozwijał się w zasadzie od zera, a jego roczny wzrost sięga nawet 30 procent. Polacy budujący domy zaczęli zwracać coraz baczniejszą uwagę na najbliższe otoczenie. Blisko 80 procent ogrodów urządzają ich właściciele, dla wielu stało się to nie tylko atrakcyjną formą spędzania czasu, lecz także pasjonującym hobby. - Rynek się profesjonalizuje i coraz częściej w ogrodach zamiast kolekcji różnych atrakcyjnych roślin spotkać można krajobrazy tworzone przez awangardowych architektów zieleni. Prywatni inwestorzy zaczęli traktować ogród jak przedłużenie salonu i tam przenosi się coraz częściej życie towarzyskie - mówi współwłaściciel firmy.

Ta grupa to na razie zaledwie kilka procent wszystkich klientów, ale za to szczególnie atrakcyjnych. Zdarzają się przypadki, kiedy architekta zieleni włącza się do zespołu projektującego budowę, by powstał dom w ogrodzie, a nie dom i ogród. - Ludzie zaczęli zdawać sobie sprawę, że ogród projektuje się na dłużej niż dom, właściwie na wiele pokoleń. Bo wnętrza łatwo przebudować i przemalować, a tego, co rośnie przed domem, tak szybko zmienić się nie da - mówi Grąbczewski i zapewnia, że widział już w kraju takie ogrody, które spokojnie mogłyby trafić do brytyjskich magazynów jako wzorcowe, gdyby tylko ich właściciele byli tym zainteresowani (a zwykle nie są).

Od kilku lat, co związane jest z kryzysem na rynku nieruchomości, coraz liczniej pukają do podwarszawskiej firmy deweloperzy. Szukają u Grąbczewskich dorodnych drzew do obsadzenia nowych inwestycji. Dla wielu stało się bowiem jasne, że to najtańszy i najładniejszy sposób na poprawienie wizerunku nowego osiedla, w którym na nabywców czekają wolne lokale.

Niedawno w rodzinie Grąbczewskich pojawił się pomysł na zapełnienie kolejnej niszy na rynku - gdy jedna z bliskich osób zachorowała na nowotwór i udało się go pokonać dzięki specjalnej diecie opartej na egzotycznych owocach, powstał plan, by zaproponować Polakom kupno takich krzewów, które można zasadzić właściwie w każdym przydomowym ogródku.

Wyselekcjonowali więc rośliny o dowiedzionych właściwościach leczniczych, których owoce znamy ze sklepów ze zdrową żywnością (jagoda goji, pigwowiec) albo kupujemy w supermarketach (żurawina z USA i Kanady, aronia). Od trzech miesięcy krzaczki pod marką MocOwoc można już zamówić za pośrednictwem internetu.

- Chcemy zrewolucjonizować podejście do ogrodu, który może być nie tylko miejscem do wypoczynku, lecz także źródłem zdrowia - zapowiada Wojciech Grąbczewski.

I wszystko wskazuje na to, że znowu się uda.

@RY1@i02/2011/170/i02.2011.170.186.0003.001.jpg@RY2@

Fot. Artur Chmielewski

Coraz częściej prywatni inwestorzy traktują ogród jak przedłużenie salonu i są w stanie wyłożyć na niego spore pieniądze. Roczne obroty firmy rodziny Wojciecha Grąbczewskiego sięgają milionów euro

Luiza Zalewska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.