Prezes z odnawialną licencją na zarządzanie
Opera TFI, pierwsze niezależne polskie towarzystwo funduszy inwestycyjnych, pod kierownictwem swojego założyciela Macieja Kwiatkowskiego złapało drugi oddech
Gdy po fatalnym dla Opera TFI roku 2008 jego założyciel Maciej Kwiatkowski tłumaczył się swoim klientom, nazywając siebie i swoich pracowników baranami, wydawało się, że to koniec kariery będącego legendą polskiego rynku kapitałowego. Maciej Kwiatkowski ma licencję doradcy inwestycyjnego z numerem 1 i zanim przyszedł feralny 2008 rok, zamieniał w złoto niemal wszystko, czego się dotknął.
Karierę zawodową rozpoczynał w 1993 roku jako makler w Kredyt Banku. Jednak prawdziwego rozpędu nabrał, gdy uzyskał licencję doradcy inwestycyjnego. W tamtych czasach była ona rzadkością, więc jej posiadacz mógł przebierać w ofertach pracy. Maciej Kwiatkowski wykorzystał sprzyjające okoliczności znakomicie. Rozpoczął pracę w pierwszym zagranicznym biurze maklerskim działającym w naszym kraju pod auspicjami austriackiego banku Creditanstalt, a następnie w 2000 roku przeszedł do BRE. Mógł liczyć na wynagrodzenie, które w ciągu kilku lat pozwoliło mu zgromadzić majątek wart kilka milionów złotych. Dzięki temu w 2004 roku był w stanie założyć własną firmę. Jak wspominał, pracując w banku, czuł się skrępowany procedurami, uznał więc, że pora zacząć robić coś na własną rękę.
Opera TFI było pierwszym w Polsce towarzystwem inwestycyjnym niezwiązanym z bankiem czy inną instytucją finansową. Nic więc dziwnego, że jego powstaniu towarzyszył euforyczny nastrój komentatorów, analityków i inwestorów, a potwierdzeniem tego może być to, że gdy Opera uruchamiała pierwszy fundusz inwestycyjny, w krótkim czasie zgromadziła 100 mln zł aktywów, co często nie udaje się o wiele większym graczom.
O sukcesie Kwiatkowskiego zaważyły magia jego nazwiska oraz nowatorski na polskim rynku system prowizyjny. Klienci Opery płacili niską stałą prowizję za zarządzanie oraz premię od zysku. To przyciągało osoby zniechęcone do funduszy agresywnych, inwestujących w akcje, które niezależnie od wyników pobierały wysokie prowizje.
Problemy pojawiły się w 2008 roku, gdy na światowe giełdy zawitał krach. Aktywa funduszy inwestycyjnych topniały w oczach. Przed stratami nie obroniły się także fundusze Opery, chociaż przyjęta strategia inwestycyjna zakładała, że nawet w czasie bessy dzięki wykorzystaniu różnych instrumentów finansowych miały one osiągać wyniki lepsze od konkurencji.
Dla Macieja Kwiatkowskiego kryzys był ciosem, który odcisnął na nim ogromne piętno. Jak wspominają jego byli pracownicy, stał się podejrzliwy, utracił zaufanie do swoich ludzi. Jako jeden z nielicznych finansistów potrafił przyznać się do błędów. Do swoich klientów wysłał list, w którym przepraszał za złe wyniki zarządzania i przyznał, że żałuje, iż otworzył swoje TFI.
Na szczęście dla Kwiatkowskiego to nie był koniec historii jego biznesu. Opera TFI jednak wykorzystało kryzys i już w 2009 roku przejęło konkurenta - fundusze SEB. Kwiatkowski przeprowadził też radykalną reorganizację w zespole sprzedaży oraz w kierownictwie spółki. Efektem tego są poprawiające się wyniki zarządzania i przewaga środków wpłacanych przez klientów do funduszy Opery nad umorzeniami. A to w ostatnich miesiącach, gdy rynki finansowe targane są kolejnymi fatalnymi informacjami ze strefy euro i USA, nie jest łatwym osiągnięciem. W ostatnim rankingu TFI, przygotowanym przez "DGP" wspólnie z Expanderem, Opera TFI zostało uznane za najlepsze TFI w pierwszej połowie tego roku.
@RY1@i02/2011/138/i02.2011.138.000.016a.001.jpg@RY2@
Fot. Justyna Cieślikowska/Fotorzepa
Kwiatkowski ma szansę podtrzymać swój mit biznesmena-Midasa
Jacek Uryniuk
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu