Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Biznes

Robię bardzo dobre buty dla dzieci. To mi wystarcza

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Sławomir Piwowarczyk zaczął od projektowania obuwia dla własnych pociech. Na otwarcie biznesu wyłożył pięć tysięcy złotych. Nie podejrzewał, że w guciach będą biegać maluchy gwiazd z Hollywood

Sławomir Piwowarczyk w zasadzie nie reklamuje swoich wyrobów, nie chce też zwiększać produkcji, choć napływa coraz więcej zamówień, a kolejka oczekujących rośnie. - Robię bardzo dobre buty dla dzieci. To mi wystarcza - mówi krótko. A klienci je docenili: obuwie Piwowarczyka kupują nawet gwiazdy Hollywood.

Mała Apple, córeczka Gwyneth Paltrow, na spacerze z tatą w... polskich bucikach firmy Gucio. Shiloh Nouvel, córeczka Angeliny Jolie i Brada Pitta, podobnie jak jej adoptowane rodzeństwo biega w... polskich bucikach Gucio. Młodszy synek włoskiego piosenkarza Al Bano (ten od przeboju "Felicita") w... polskich bucikach Gucio. Na zdjęciach lifestyleowych magazynów widać wyraźnie - dzieci celebrytów światowej sławy stawiały pierwsze kroki w butach wyprodukowanych w Krakowie!

Obuwie Piwowarczyka ma kilka charakterystycznych znaków - jaskrawożółte podeszwy, sznurówki w identycznym kolorze, a przede wszystkim specjalny, skonstruowany przez Piwowarczyka tył, profesjonalnie zwany zapiętkiem, który choć sztywny, dostosowuje się do dziecięcej pięty. Pozostałe atuty: ręczne szycie na przedwojennych maszynach Singera, naturalna skóra welurowa farbowana ręcznie nietoksycznymi farbami, na wszelki wypadek tylko z jednej strony, by skóra dziecka nie miała kontaktu z farbą, lekka, bezzapachowa podeszwa z mikrogumy (na bazie naturalnego kauczuku). Trzy różne fasony, kilkanaście kolorów do wyboru, a nawet możliwość wykonania indywidualnych zmian sugerowanych przez ortopedę. I wszystko za nieduże pieniądze - jeszcze w lutym para bucików kosztowała niecałe 100 złotych. Od marca, między innymi z powodu podwyżki VAT, producent podniósł cenę do 147 zł. - Myśleliśmy, że to będzie cena zaporowa, liczba zamówień spadnie, a tu nie. Klienci muszą czekać na buty dwa tygodnie - wzdycha Piwowarczyk.

Wszystko zaczęło się od własnych dzieci. Był początek lat 90. Piwowarczyk, wówczas student wydziału form przemysłowych na krakowskiej ASP, szukał butów dla syna Franciszka. Ale albo były tandente i marne, albo drogie, na które nie było go stać. Postanowił więc zrobić buty samemu. Prototyp słynnych dziś guciów niewiele ma wspólnego z obecną wersją, właściwie podobna była tylko podeszwa, charakterystycznie wywinięta do góry. Wierzch buta uszył z płótna. Gdy dwa lata później Piwowarczykowi urodziła się córka Maria, gucie szył już ze skóry, wtedy też projektant wymyślił ów niestandardowy zapiętek. Kolejnej córce, Teresce, można już było założyć buciki, które czekały w kolejce na patent.

- Pewnie gdybym wiedział, jak projektuje się buty, nigdy bym na to nie wpadł. To wbrew standardowemu szyciu cholewki. Ja je po prostu z całkowitej niewiedzy uszyłem na odwrót - wspomina Piwowarczyk. Wtedy też wpadł na pomysł z zapiętkiem, który - jak radzą ortopedzi - w przypadku małych dzieci powinien być usztywniony. Projektant usztywnił więc zapiętek, ale też dodatkowo naciął pionowo cholewkę. Odpowiednie nacięcie spowodowało, że but jest w stanie dopasować się do szerokości każdej pięty. Zapiętek w butach Gucio jest więc i sztywny, i elastyczny jednocześnie, co znaczy, że z jednej strony podtrzymuje stopę, a z drugiej nie krępuje stawów, mięśni, wiązadeł.

Projektant od początku podejrzewał, że to rewolucyjny wynalazek i nikt na świecie nie wpadł na nic podobnego. Od znajomych pożyczył pieniądze, by złożyć wniosek o ochronę znaku towarowego i patent na konstrukcję zapiętka. Dziewięć tysięcy złotych, które wyłożył, było wtedy dla niego zawrotną sumą. - Niektórzy pukali się w czoło, gdy słyszeli, co robię. A ja pamiętałem słowa swojego dowódcy z wojsk desantowych: "jak się nie będziecie bronić, zginiecie". Gdyby nie ten patent, dziś już nie byłoby śladu po mojej firmie - mówi projektant.

Kilka lat temu jedna z polskich firm wypuściła na rynek własne buty, stuprocentowe kopie guciów, też z żółtym spodem, zamówionym zresztą u tego samego producenta, i prawna ochrona wynalazku bardzo się przydała. Wystarczył jeden list do kopiującej firmy. Dużo bardziej wyczerpujący był proces z firmą Gucci.

Jeden z największych domów mody oferujących oprócz ubrań także dziecięce buty zakwestionował przed trzema laty prawo Piwowarczyka do nazwy "Gucio". Powołując się na podobieństwo nazw: "Gucci" i "Gucio", zażądał cofnięcia praw do znaku towarowego i zasugerował, że krakowska firma może się podszywać pod włoską markę. Urząd Patentowy, a potem wojewódzki sąd administracyjny odrzuciły jednak roszczenia Włochów.

- Czuł pan satysfakcję, że wielka modowa firma widzi w panu konkurencję?

- Ależ skąd! Byłem zdruzgotany. Posiadam niewielki zakład, w starciu z Włochami byłbym bez szans. Nawet prawnik radził mi, bym zrobił cesję majątkową na żonę, bo puszczą mnie w skarpetkach. Bałem się, że takie wielkie firmy łatwo nie odpuszczą. Ale na razie jest cisza. Na szczęście - pociesza się Piwowarczyk.

Niezadowolenie Włochów można zrozumieć. Krakowskie buciki przez kilkanaście lat zdążyły zrobić na świecie zawrotną karierę. Większość produkcji rozchodzi się w kilkudziesięciu krajach, gdzie cieszą się dużą popularnością. Przed kilkoma laty lifestyleową prasę obiegły zdjęcia młodej Paltrow w guciach, potem Angelina i Brad polecali gucie rodzicom, którzy jeszcze nie mają doświadczeń w takich zakupach. Co ciekawe, Piwowarczyk zdjęcia sławnych dzieci w swoich butach schował głęboko do szuflady. Dopiero po kilku latach zeskanował i umieścił na stronie internetowej, bo znajomi z zagranicy nie mogli uwierzyć, że nie chce się chwalić takimi klientami.

Jeśli się przyjrzeć, w jaki sposób Piwowarczyk rozwijał firmę, jego osiągnięcia wyglądają naprawdę imponująco. Pieniądze, jakie wyłożył na otwarcie interesu, były niewielkie - ojciec, odchodząc z kombinatu metalurgicznego, dostał dziesięć tysięcy złotych odprawy, którą podzielił równo między jego i brata. Na początku nie miał wielkich ambicji, nawet nie myślał o własnym biznesie. Pierwsze buty szył po prostu dla swych dzieci, a potem dla dzieci znajomych i ich znajomych. Myślał, że pozostanie projektantem, a jego pomysły zainteresują rodzimych producentów. Pod koniec lat 90. pojawił się więc na poznańskich targach z pierwszymi prototypami, akurat miały żółtą podeszwę, bo nie mógł zdobyć gumy w innym kolorze. - Wielu nawet nie wpuściło mnie do swoich boksów. Inni śmiali się, że wyskoczyłem z takim kolorem. Żółty? Będzie się brudził i do niczego nie pasuje, odpowiadali. Wtedy zdecydowałem, że sam zacznę produkować buty, i to właśnie na żółtej podeszwie, by udowodnić, że miałem rację - opowiada.

Oprócz pięciu tysięcy od ojca, niewielkiej pensji z państwowej firmy, żony i trójki dzieci nie miał nic. Pierwszy warsztat umieścił więc w swym trzypokojowym mieszkaniu - produkcja odbywała się w kuchni, w dużym pokoju, w łazience i w ubikacji. Gdy liczba zamówień znacząco wzrosła, wynajął pracownię w krakowskim Inkubatorze Przedsiębiorczości. Dziś jego firma zatrudnia od 2 do 10 pracowników (w zależności od wielkości produkcji) i wyrabia kilkaset par butów miesięcznie. Pracuje nie taśmowo, a w tzw. systemie ring - każdy pracownik potrafi wykonać czynność kolegi, który stoi obok - co zwiększa wydajność i pozwala zachować ciągłość produkcji, gdy kogoś zabraknie z powodu urlopu czy choroby.

Piwowarczyk do dziś dogląda szycia, farbowania, natłuszczania, zdarza się, że sam wykonuje te czynności. Najpierw korzystał z przedwojennych maszyn Singera (były wśród nich takie, które znajdował na złomowisku i sam naprawiał), a gdy zabrakło już do nich oryginalnych części, wyszukał ich współczesne kopie. Część sprzętu - na przykład maszynę do formowania buta na parze - skonstruował osobiście. I wciąż pracuje nad doskonalszym modelem Gucia. Przez kilka lat specjalnie zszywał buty cienkimi bawełnianymi nićmi - gdy pękały, dziecko nadal mogło w nich chodzić, ale dla rodziców był to sygnał, że stopa urosła i czas na nową parę. Wycofał się jednak z tego pomysłu, gdy niezadowoleni rodzice zaczęli zgłaszać reklamacje i nie dawali się przekonać, że to celowy zabieg. Niedawno, po dziewięciu latach oczekiwania, Urząd Patentowy przyznał mu patent na kolejny rewolucyjny wynalazek - osiowe zginanie spodu, które już niedługo wprowadzi w nowych guciach. - To będą najlepsze buty na świecie - zapewnia projektant.

Mógłby więc teraz mały warsztat zamienić na wielką produkcyjną halę. Zamiast kilkuset butów miesięcznie produkować kilka tysięcy. Ale nie chce. - Po co mi to? - pyta. W tym roku skończył 40 lat. Ani produkt masowy, ani większe zyski go nie interesują. Ma pod Krakowem kawałek ziemi, kupił już traktor, zastanawia się nad uprawą ziemi. Ceni prywatność, chce by jego buty pozostały niszowym produktem. - Kiedyś goniłem za pieniędzmi, ale teraz nie muszę. Tyle, ile mam, wystarczy. I bardzo to sobie cenię - wyjaśnia.

@RY1@i02/2011/049/i02.2011.049.186.0011.001.jpg@RY2@

Fot. Paweł Ulatowski

Projektant pożyczył od znajomych pieniądze, by złożyć wniosek o ochronę znaku towarowego i patent na konstrukcję zapiętka. 9 tysięcy złotych, które wyłożył, było wtedy dla niego zawrotną sumą

Luiza Zalewska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.