Trudna droga z ulicy na salony
On rzucił studia, bo pokochał modę. Ona, młodsza, nawet ich nie rozpoczęła. Szymon Mikołajczyk i Joanna Sikora nie chcą tylko sprzedawać ubrań. Zajmują się także promocją polskich marek
Myliłby się ten, kto uważa, że Neat to tylko nazwa butiku w Poznań City Center, a para współzałożycieli - a jednocześnie para na gruncie prywatnym - to tylko sprzedawcy. Szymon Mikołajczyk, lat 23, i Joanna Sikora, lat 21, chcą odgrywać znacznie ważniejszą rolę. Widzą się w roli animatorów i kreatorów mody z nurtu streetwear. Na razie tylko na poznańskim gruncie, ale przymierzają się też do tego, aby polskich producentów takich ubrań promować za granicą.
Na początku kilka słów wyjaśnienia, czym jest streetwear. - Najprościej to wytłumaczyć jako moda miejska, czyli to, co ludzie noszą na ulicy. Są to ciuchy takie jak bluzy, koszulki czy czapki - tłumaczy Mikołajczyk. Dodaje, że nie chodzi o ubrania szyte przez duże firmy obecne w każdej galerii handlowej, lecz o odzieżowe mikroprzedsiębiorstwa, w których często pracuje jedna bądź dwie osoby. Mikołajczyk szacuje liczbę takich firm w Polsce na kilkaset. Zdaniem współzałożyciela Neat znakomita większość z nich robi ubrania jakościowo znacznie lepsze od sieciówek, a przy tym z polskich materiałów i nie deleguje szycia w ręce azjatyckich partnerów. To stanowi o ich przewadze.
Czym więc właściwie jest Neat, skoro nie jest tylko salonem z odzieżą? - To inicjatywa, która ma na celu promocję polskiego streetwearu - realizujemy to, organizując targi modowe, sesje zdjęciowe czy poprzez sprzedaż detaliczną w naszym butiku, gdzie poza zakupami można też porozmawiać o aktualnych trendach - mówi założyciel. Z modą związany był od zawsze, ale jak to bardzo często wśród przedsiębiorców bywa, pomysł na biznes był konsekwencją kilku wyborów i zbiegów okoliczności.
Jak przyznaje nasz rozmówca, był megasłaby z przedmiotów takich jak matematyka, fizyka czy chemia. Brylował zaś na lekcjach polskiego, historii i wiedzy o społeczeństwie. To jednak nie ochroniło go przed koniecznością powtarzania pierwszej klasy liceum. Już wtedy zaczął pracować: najpierw w call center, a następnie w agencji reklamowej ojca.
W modę wszedł jednak na dobre dopiero na studiach. Kręciło go dziennikarstwo, więc ze świadectwem maturalnym w ręku ustawił się w kolejce chętnych na ten kierunek. - Obok stał wężyk kandydatów na politologię. W ostatniej chwili coś mi strzeliło do głowy i zmieniłem kolejki - wspomina dzisiaj ze śmiechem. Nauki polityczne okazały się niewypałem. Doszedł do wniosku, że jednak bardziej interesują go media. I wraz z grupą znajomych założył lifestyle’owy portal Hype-n-Hate.
Portal stał się trampoliną do zainteresowania modą. Wraz z ekipą współtworzącą stronę odwiedził poznańskie targi mody Highs and Rise. To tam poznał polskich producentów oraz projektantów streetwearu i doszedł do wniosku, że w Poznaniu nie ma miejsca, w którym można byłoby takie ubrania kupić. Razem z dziewczyną postanowili to zmienić. Pomysł zgłosili na konkurs "Pierwszy krok we własny biznes" organizowany przez poznański InQbator. Przechodzili z etapu do etapu, brali udział w kolejnych szkoleniach z zakresu marketingu, księgowości itd.
Sklep z ubraniami ruszył w maju 2012 r. na tydzień przed zakończeniem konkursu, którego ostatecznie nie wygrali. 16 metrów kwadratowych wciśnięte między punkty GSM a studia tatuażu mieściło się w poznańskim Pasażu pod Złotą Kulą. - Zaczynaliśmy kompletnie od zera. Nie mieliśmy 50 tysięcy na start od rodziców, więc musieliśmy kombinować. Meble robiliśmy sami z palet. Promocją na portalach społecznościowych zajmowaliśmy się sami. Pierwsze ciuchy wzięliśmy w komis. Nie mogliśmy liczyć na to, że ktoś nam pomoże - mogliśmy liczyć tylko na ludzi, których uda nam się przyciągnąć - wspomina twarde realia początków modowego biznesu Mikołajczyk.
Aby zdobyć środki na otwarcie sklepu, w marcu i kwietniu zorganizowali w poznańskiej kawiarni Głośna pop-up store. To nic innego jak jednodniowy sklep organizowany w nietypowym miejscu. To zapewniło im rozgłos, podtrzymywany dodatkowo rzetelnie zorganizowaną akcją promocyjną w sieciach społecznościowych. Dzięki temu po otwarciu butiku przez maj i czerwiec mieli mnóstwo klientów. Potem, niestety, frekwencja znacząco spadła. Zdarzały się dni w lipcu i sierpniu, że mieli jednego klienta dziennie. - Przez kilka miesięcy byliśmy wciąż pod kreską i dosłownie nie mieliśmy na jedzenie - wspomina Mikołajczyk. Zrozumieli, że kluczem do sukcesu w tej branży jest nieustanna promocja i zaskakiwanie potencjalnych klientów coraz to nowymi inicjatywami.
To dlatego zaangażowali się także w organizację targów modowych skupiających się na polskich markach We Love Streetwear w poznańskim Centrum Kultury Zamek, które zgromadziły ponad 100 wystawców. Wydarzenie zakończyło się sukcesem, a zarobione wtedy pieniądze pozwoliły im na przeniesienie się do większego o osiem metrów kwadratowych lokalu przy ul. Świętego Marcina.
Sukces targów w CK Zamek spowodował, że Neat-owcy zaczęli szukać innego miejsca na promocję streetwearu. Z pomysłem zgłosili się do galerii handlowej Poznań City Center. Zarządca zaoferował wtedy udostępnienie na miesiąc niewielkiego lokalu, w którym mógłby się mieścić butik. Korzyść miała być obopólna - galeria zyskałaby partnera, który nakręcałby swoją obecnością frekwencję młodych klientów, a Neat zyskałby eksponowane miejsce. Ostatecznie stanęło na tym, że butik może być w galerii do końca roku. To pozwoliło Szymonowi i Joannie wreszcie stanąć na nogi, choć - jak przyznają - sklepowe meble dalej przygotowują sami.
Jaka przyszłość czeka multiprzedsięwzięcie pod nazwą Neat? - Na razie chcielibyśmy przekonać Poznań City Center, żeby pozwolili nam zostać u siebie dłużej. Plan awaryjny to otwarcie butikokawiarni, a wariant dodatkowy to otwarcie butiku za granicą - wskazuje Mikołajczyk. Chociaż właściciele Neat już zarabiają na siebie, nie stać ich jeszcze na zatrudnienie sprzedawcy. Dlatego pracują w sklepie na zmianę, bo galerie handlowe są otwarte 7 dni w tygodniu od 9 do 21. Straconych weekendów jednak nie żałują. - Nie szkoda mi ledwo rozpoczętej politologii i porzuconego dziennikarstwa. Ten biznes daje nam więcej doświadczenia i umiejętności niż dowolne studia - zapewnia młody przedsiębiorca.
Choć już zarabiają, nie stać ich jeszcze na zatrudnienie sprzedawcy
@RY1@i02/2014/198/i02.2014.198.000001600.803.jpg@RY2@
BARTOSZ DZIAMSKI
W butiku Joanny Sikory i Szymona Mikołajczyka można kupić ubrania wykonane z rodzimych materiałów i uszyte również w Polsce
Jakub Kapiszewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu