Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Makler z nowego świata

29 czerwca 2018

Na giełdzie w Warszawie ceny spadają, a obroty rosną

Na giełdzie papierów wartościowych w Warszawie nikt nie krzyczy, nie wpatruje się w setki monitorów, bo jest ich tylko pięć, nie daje tajemniczych znaków, nie wymachuje rękami, nie biega z obłędem w oku po parkiecie, nie rozmawia przez trzy telefony na raz i nie popełnia samobójstw w chwili załamania notowań. W sali konferencyjnej byłego KC PZPR, gdzie usadowiła się sztandarowa instytucja gospodarki rynkowej, jest spokojnie i cicho. Trochę rozmów, od czasu do czasu spacery maklerów od stolików z monitorami do "prezydium" giełdy. I to wszystko. Stąd krok już tylko do podejrzenia, że trapiona strukturalnymi konwulsjami gospodarka wydała z siebie kolejnego potwora. Urodziło się coś, co giełdą nie jest. W każdym razie nie taką, jaką sobie wszyscy wyobrażamy.

Na takie zarzuty dr Wiesław Rozłucki, organizator i przyszły prezes giełdy, wzrusza tylko ramionami. Karmieni telewizyjnymi obrazkami przyzwyczailiśmy się po prostu do angloamerykańskiego modelu, gdzie hałas, wielki ruch i gestykulacja są nieodłącznymi atrybutami procesu kupna i sprzedaży akcji. Tymczasem w Warszawie wprowadzono reguły kontynentalne. A w tym przypadku rola maklerów kręcących się po parkiecie jest nieporównanie mniejsza.

W większości krajów europejskich ich zadanie w zasadzie ogranicza się do wykonywania poleceń klientów, a później przeprowadzenia technicznych obliczeń kursu.Tak więc przez trzy godziny sesji widzowie, a nawet uczestnicy giełdy tak naprawdę niewiele mają okazji popaść w ekscytację. Dopiero w samo południe na moment robi się ciekawie, kiedy prezes ogląda wyniki, jakie "wypluły" z siebie komputery, i tyle.

Na następne notowanie trzeba czekać równy tydzień. Ich częstsza prezentacja nie ma na razie sensu dlatego, że giełda jest malutka, a jej obroty pozostają minimalne. Inaczej być zresztą chwilowo nie może. W całej zabawie bierze udział pięć przedsiębiorstw, które wypuściły akcje. To jest sam początek budowania klasycznej instytucji rynku finansowego. Nie dość, że obroty są małe, to na dodatek brakuje doświadczenia i rutyny. - Właściwych zachowań i reakcji - mówi Wiesław Rozłucki - uczą się dzisiaj wszyscy; zleceniodawcy, maklerzy, przedsiębiorstwa, które wypuściły akcje, i zarząd giełdy. Dlatego prezesa nie martwią lilipucie rozmiary handlu i mała ilość papierów wartościowych krążących po rynku.

Zagraj w ciemno

Trzygodzinne sesje, podczas których na podstawie przyjętych zleceń ustala się jeden jednolity kurs, odbywają się we wtorki, zamówienia od klientów przyjmowane są do piątku. Ci, którzy zaczynają swoją giełdową przygodę, a chcą koniecznie sfinalizować transakcję, powinni przystać na formułę, że kupują lub sprzedają wybrane papiery wartościowe "po najlepszej cenie". Grają wówczas w ciemno. Godzą się na przyjęcie ceny, którą - składając bardziej konkretne oferty - ustalają pośrednio inni. W zamian mają zagwarantowane, że ich zlecenia zostaną zrealizowane z pierwszej kolejności.

Sprzedając lub kupując po najlepszej cenie, ryzykujemy więcej niż inni, ale nigdy nie jest to jakieś dzikie giełdowe szaleństwo. Zgodnie z regulaminem z tygodnia na tydzień ceny akcji mogą się wahać maksimum o 10 proc. Gdy przekroczą ten próg, giełda zawiesza handel.

Jak z tego widać, poziom cotygodniowych notowań zależy od samych graczy, którzy składają zlecenie. Komputer ustala tylko punkty (cenę), przy których najwięcej akcji zmieni właściciela, a popyt i podaż są najbardziej do siebie zbliżone. Gdy to już zostanie ustalone, wszystkie transakcje z danego dnia są realizowane po tej właśnie cenie.

Giełda jest na razie zorganizowana w formie jednoosobowej spółki skarbu państwa. Kapitał założycielski wynosi 60 mld zł. Składa się na niego 60 tys. akcji, każda po milionie złotych, które prawdopodobnie nigdy nie znajdą się w wolnym obrocie. Tylko część z nich, tak by państwo nie straciło pełnej kontroli, zostanie sprzedana wybranym bankom i domom maklerskim.

Rekiny na płytkim rynku

Najciekawszymi uczestnikami obrotu giełdowego są sami akcjonariusze, ale akurat o nich najmniej można się dowiedzieć. Zlecenia na zakup i sprzedaż, o ile nie przekraczają 10 proc. całego parkietu, są anonimowe. Maklerów, którzy mogliby coś więcej opowiedzieć o swoich klientach, obowiązuje tajemnica bankowa. Po pierwszych pięciu sesjach można stwierdzić tylko tyle, że widać już graczy, którzy uczestniczą w tych spotkaniach stale. Jest grupa "rekinów", którzy próbują wykorzystać fakt, że rynek jest bardzo płytki, i narzucić własne ceny. Na giełdzie w Warszawie są drobni akcjonariusze, duże firmy, przedstawiciele Polonii, którzy uznali, że procentowe zyski na tej giełdzie mogą być wyższe niż na innych.

Maklerzy twierdzą, że duży wpływ na dotychczasowe tendencje giełdowe i poziom notowań miała prasa. Podając prawdziwe lub sensacyjne informacje o tym, co się dzieje w przedsiębiorstwach wypuszczających stale akcje, tworzyła określony nastrój i klimat, który znajdował natychmiastowe odbicie w notowaniach. Maklerzy nie winią dziennikarzy, ubolewają natomiast, że na starcie zabrakło kompetentnej, szerokiej informacji płynącej z samych przedsiębiorstw, niezależnych analiz firm doradczych, ośrodków naukowych itd., skoro sygnały pochodzące od prasy były właściwie jedyne, to nic dziwnego, że odcisnęły duże piętno na wynikach.

Informacje o tym, czym jest warszawska giełda, nie do wszystkich jednak chyba dotarły, skoro na otwartej sesji pojawił się dżentelmen z walizką próbujący na miejscu sprzedać maklerom obligacje skarbu państwa. Przeganiano go tam z miejsca na miejsce, bo było to trochę tak, jakby ktoś do jubilera przyniósł aparat telefoniczny. Przy okazji jeszcze raz jawnie się okazało, że akcjonariusze na razie właściwie nie mogą liczyć na żadne fachowe doradztwo przy decyzjach inwestycyjnych. Ani na giełdzie, co zrozumiałe, ani niestety poza nią.

A przecież mimo niezwykle skromnego rynku papiery wartościowe mają dzisiaj w Polsce setki tysięcy ludzi. Co najmniej kilkadziesiąt tysięcy osób już teraz nimi obraca. Jedni zachowują się jak stare lisy. Inni są bezradni jak dzieci. Główny makler Banku PKO SA Igor Chalupec uważa zresztą tę sytuację za normalną. - Na każdej giełdzie - powiada - jest tak, że nielicznie wytrawni gracze bogacą się kosztem dużej grupy drobnych akcjonariuszy.

Maklerzy Banku PKO SA nawet gdyby chcieli zacząć doradzać, jak i w co więcej inwestować, nie bardzo mogą to robić. Dopiero w czerwcu mają się odbyć egzaminy dające im uprawnienia do wykonywania zawodu. Na razie pracują na giełdzie bez umów i trochę nieformalnie. Nie mogą też prowadzić consultingu.

Wszyscy są bardzo młodzi. Wszyscy po intensywnym kursie zorganizowanym przez Ministerstwo Przekształceń Własnościowych, na którzy zgłosiło się 300 osób, a tylko co dziesiąta została przyjęta. Do biur maklerskich trafili z bardzo różnych miejsc. Jedni prosto ze studiów, inni z banków czy prywatnych firm doradczych.

Prezent wart miliony

Tak więc warszawscy maklerzy podobnie jak inni uczestnicy giełdy to czystej wody debiutanci. Noszą się elegancko. Na parkiecie najbardziej rzucają się w oczy maklerzy Banku PKO SA, których znana międzynarodowa firma audytorska Arthur Anderson obdarowała czerwonymi szelkami. W USA jest to znak rozpoznawczy bankierów inwestycyjnych, którzy rozpoczynają karierę. Pasuje jak ulał, a na tle banalnych garniturów pozostałych osób wygląda fotogenicznie. Nic dziwnego, że fotografie czerwonoszelkowców znalazły się w najważniejszych gazetach świata zachodniego, poczynając od "Time", a skończywszy na "USA Today". Przy okazji bank uzyskał darmową reklamę. Arthur Anderson, który wziął pewnie spore pieniądze za współpracę przy organizacji biura maklerskiego dla PKO SA, potrafił się odwdzięczyć.

Na giełdzie nie doszło jeszcze do żadnych finansowych skandali, co nie znaczy, że w przyszłości ich nie będzie. Wykorzystywanie wiadomości zdobytych w pracy przez maklerów do własnych operacji finansowych jest na świecie dość powszechne. Inna sprawa, że największe afery zdarzały się dotąd na giełdach amerykańskich, które funkcjonują inaczej niż nasza. W Polsce nad czystością gry czuwać ma Komisja Papierów Wartościowych. Maklerom nie stawia się nieżyciowych zakazów. Mogą, jak każdy obywatel, kupować i sprzedawać akcje, o ile w pełni będą respektować regulamin.

Po czterech sesjach wydawało się, że nasza giełda podobnie jak cała gospodarka jest w bessie. 14 maja spośród pięciu notowanych spółek spadły akcje czterech. Na piątej sytuacja się odwróciła. Spadały notowania już tylko dwóch firm: "Tonallu" i "Próchnika". W górę i to ostro pnie się "Exbud". Gdyby nie on, wprowadzony właśnie Warszawski Indeks Giełdowy wyglądałby jeszcze bardziej opłakanie. A tak 21 maja wzrósł z 93,9 do 85,1 punktu.

Mimo że ceny spadają, obroty rosną. Na pierwszej sesji zmieniły właścicieli akcje wartości niecałych 40 mln zł. Prezes Rozłucki wstydził się podawać ten wynik. Na drugiej i na trzeciej przekraczały już pół miliarda, a na czwartej i piątej przekroczyły 1,5 mld zł. Oczywiście cieszą nie same, ciągle skromne rozmiary handlu, ale rosnąca tendencja. W czerwcu powinno być jeszcze lepiej, bo na giełdzie zacznie się obrót akcjami fabryki mebli w Swarzędzu, później "Wólczanki", być może Universalu.

Ponieważ od maklerów nie można się na razie dowiedzieć, co kupować, początkującym nie pozostaje nic innego, jak skorzystać z dziesiątków wydawanych obecnie poradników. Michał Komar, wiceprezydent Shearson Lahman Brothers, w swojej książce "Sztuka spekulacji" radzi np. naśladować członków zarządu firm. Jeżeli sami - powiada - kupują własne akcje jak zwariowani - znaczy to, że w ciągu następnych sześciu miesięcy nie zbankrutują. Odradza zaś kierowanie się instynktem stada. Jedną owieczkę co prawda może zjeść zły wilk, ale podobno gdy pasie się sama, ma większe szanse na lepszy kąsek. Powodzenia.

Paweł Tarnowski

© Polityka sp. z o.o. S.K.A. 1991-2014

(skróty pochodzą od redakcji)

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.