Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Biznes

Wyniki finansowe w branży w najbliższych latach będą lepsze

Ten tekst przeczytasz w 8 minut

Do października tego roku produkcja budowlano-montażowa w Polsce wzrosła o 3,5 proc. Dodając do tego 3,6 proc. wzrostu w roku 2014, to wciąż za mało, aby odrobić w tej części gospodarki spadki z lat 2012-2013

Nadchodzące lata powinny jednak przynieść w budowlance już znacznie lepsze wyniki. Dużym wsparciem dla budownictwa mają być przede wszystkim kontrakty wspierane środkami z UE. Z bieżącego budżetu Unii Polska ma dostać np. na politykę spójności, z której finansowane są inwestycje infrastrukturalne, aż 73 mld euro.

Piotr Zybała, analityk DM mBanku, wskazuje, że w przyszłym roku szykuje się wyraźne ożywienie m.in. w infrastrukturze drogowej. Tu w ramach Program Budowy Dróg Krajowych na lata 2014-2023 ma trafić ok. 107 mld zł.

- W przypadku budowy dróg procedury wyboru wykonawców w ponad 1/3 kontraktów są już niemal zakończone. Pieniądze na realizację programu powinny szerszym strumieniem trafić na rynek już w przyszłym roku. Ma to być ok. 19 mld zł wobec 12 mld zł w roku 2015. W 2017 r. mówimy już o środkach sięgających 26 mld zł - mówi specjalista DM mBanku.

Po rekordowych w tym roku wydatkach, rzędu 9 mld zł w ramach kontraktów współfinansowanych przez UE, spowolnić mogą za to wydatki na infrastrukturę kolejową. Na ich kolejny duży wzrost trzeba będzie poczekać do lat 2018-2021.

Poza inwestycjami współfinansowanymi przez UE, wiele powinno się dziać także bez tego wsparcia. Co prawda wciąż wstrzymywane są duże projekty w wytwarzanie w energetyce, ale wielki potencjał widać w budowie infrastruktury energetycznej.

- Rozwijają się też inwestycje związane z produkcją zielonej energii i budownictwem ekologicznym, wykorzystujące nowe w branży technologie. To wszystko będzie w kolejnych latach napędzało branżę. Pieniądze z takich kontraktów powinny pozytywnie wpłynąć na kondycję branży, bo jak pokazują analizy, przedsiębiorstwa budowlane jeszcze nie odbudowały się po ostatnim kryzysie - wskazuje Andrzej Kopyrski, wiceprezes Pekao.

Mimo oczekiwanego wysypu miliardów złotych na nowe inwestycje nie należy się spodziewać, że skończy się on podobnym kryzysem branży jak kilka lat temu.

Wiceprezes Pekao wskazuje, że wykonawcy, szczególnie większe firmy, nauczyli się rozliczać projekty, zarządzać ich kosztami, alokować środki i przychody pod kontrakty oraz prowadzić wewnętrzne systemy monitoringu kontraktów.

- To pozwala działać znacznie szybciej, kiedy z realizowanym projektem dzieje się coś nieprzewidzianego. Wcześniej problemem budownictwa było to, że kontrakty z ujemnym przepływem gotówki i wykonywane ze stratą były realizowane za długo. Zarządzający nauczyli się też, że lepiej od razu odpowiednio wyceniać kontrakty, bo nie można liczyć, że zamawiający, szczególnie z sektora publicznego, będą chcieli potem renegocjować warunki cenowe - podkreśla Andrzej Kopyrski.

Według niego te doświadczenia powinny chronić branżę przed złymi decyzjami, choć trzeba jednocześnie przyznać, że presja w branży na nowe zamówienia jest ogromna i wykonawcy na pewno będą walczyli o kontrakty. Także cenami.

- Jako bankowiec nie spodziewam się jednak powtórki z poprzedniego kryzysu. Tym bardziej że zdolność segmentu budowlanego do realizacji zamówień w dużej mierze zależy od otwartości banków na finansowanie ich działalności - tłumaczy wiceprezes Pekao.

A tu też wiele się zmieniło, bo za kryzys budowlany także banki zapłaciły wysoką cenę. I co prawda chętnie finansują duże firmy, okrzepłe na rynku, z doświadczeniem i dobrą historią współpracy z bankami, której nie zaszkodził kryzys, ale w pozostałych przypadkach są wciąż bardzo ostrożne.

- Teraz wiemy już, że firmy realizujące inwestycje budowlane nie mogą być traktowane jak korporacje, ale jak zbiór poszczególnych kontraktów. Jeśli jest wśród nich jedno słabe ogniwo, np. umowa źle wyceniona czy realizowana, to takie ogniwo może spowodować, że pęknie cały łańcuch. A to droga do kłopotów na innych kontraktach spółki - dodaje Andrzej Kopyrski.

Finansowanie firm budowlanych jest więc teraz w większym stopniu wiązane z konkretnymi umowami, a nie ogólnie z działalnością firmy, a banki dużą uwagę przywiązują do monitorowania kontraktów pod względem płatności i rentowności.

W branży budowlanej nie brakuje jednak obaw, że w ich rentowność w kolejnych latach może uderzyć nieprzewidziany wzrost kosztów. Obawy te są związane m.in. z ewentualnym wzrostem cen materiałów budowlanych.

Jednak zdaniem bankowców materiały budowlane nie mają potencjału do silnego wzrostu. Mogą oczywiście zdarzyć się sezonowe, przejściowe górki cenowe, ale ta perspektywa nie wydaje się szczególnie niepokojąca.

- Poza tym ceny wielu materiałów są pochodną sytuacji gospodarczej na świecie, a ta nie wskazuje na gwałtowne zapotrzebowanie na przykład na stal, która w budownictwie jest niezwykle istotnym surowcem. Na pewno budowlanka powinna zwrócić dużą uwagę na koszty pracy. Sądzę, że zapotrzebowanie na pracowników może być w kolejnych latach jednym z ważniejszych czynników wpływających na wzrost kosztów - ocenia wiceprezes Pekao.

Podobnie sytuację ocenia Józef Zubilewicz, prezes spółki Erbud. - Niepokój może budzić jedynie to, co stanie się z materiałami, których ceny są uzależnione od decyzji rządowych, kursu dolara, kosztu zakupu ropy czy wreszcie polityki monopolistów rynkowych. Przykładem może być asfalt. W przypadku pozostałych materiałów ceny powinny być stabilne - uważa szef Erbudu. I potwierdza, że największa niewiadoma jest związana ze wspomnianymi kosztami pracy.

- W przetargach na inwestycje biorą udział nie tylko firmy z polski, ale i zza granicy. Wiadomym jest, że te ostatnie nie mają w naszym kraju pracowników. Muszą posiłkować się fachowcami z naszego rynku. Zatem jeśli wygrają, szukają rąk do pracy w Polsce. Tymczasem specjalistów, jak na przykład kierowników budowy, jest ograniczona liczba. Ich zatrudnienie wiąże się więc z ich podkupieniem z innej firmy. Jeśli do tego dojdzie, to ta ostatnia może mieć problem z realizacją kontraktu, a tym samym może popaść w kłopoty - wyjaśnia Józef Zubilewicz.

Do takiej sytuacji dochodziło już zresztą w latach 2007-2009. Wówczas zagraniczni wykonawcy przyciągali do siebie pracowników, kusząc ich wynagrodzeniem o 30 proc. większym od tego, które otrzymywali. Zatem obawy branży pod tym względem są uzasadnione. Szczególnie że obecnie w przetargach również biorą udział firmy pochodzące spoza Polski.

Jak zauważają eksperci, rozwiązanie problemu przyniosłoby rozpisywanie przetargów w różnych terminach, a nie w jednym czasie, jak miało to miejsce dotychczas. Obecna sytuacja sprawia bowiem, że wszystkie firmy istniejące na rynku startują do realizacji każdego z ogłoszonych projektów. To naturalne, bo żadna z nich nie ma pewności co do tego, który przetarg wygra.

- Dodatkowo na rozstrzygnięcie czeka się miesiącami. Dowodem może być przetarg na budowę warszawskiego metra. Do dziś nie ogłoszono wyników, choć zbieranie ofert miało miejsce w pierwszej połowie roku - podkreśla Józef Zubilewicz.

Spółki wolą więc wystartować we wszystkich dostępnych na rynku przetargach licząc, że któryś uda się wygrać. Bywa więc, że jedna firma musi nagle wykonać kilka inwestycji naraz. Niewłaściwe zaplanowanie pracy jest więc prostą drogą do tego, by utracić płynność.

Uwadze budowlanki nie powinny też umknąć obciążenia, jakimi w najbliższym czasie mogą zostać objęte banki. Chodzi m.in. o podatek od aktywów. Według opinii płynących z branży wprowadzane obciążenia kapitałowe, w przypadku części banków, mogą wpłynąć na wzrost kosztów finansowania po stronie klientów.

@RY1@i02/2015/245/i02.2015.245.21400050h.802.jpg@RY2@

Dane spółek budowlanych

Małgorzata Kwiatkowska

Patrycjo Otto

dgp@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.