Są pieniądze na innowacje. Ale jest też ryzyko
Finansowanie innowacji jest jak łowienie ryb. Trzeba mieć dobry sprzęt, często zarzucać spławik, ale ostatecznie tylko 3 proc. tych złowionych to naprawdę duże okazy
Jednym z priorytetów obecnej perspektywy finansowej UE jest wspieranie nowoczesnych inwestycji, które będą zwiększać konkurencyjność polskiej gospodarki. Kłopot w tym, że projekty innowacyjne siłą rzeczy obarczone są wysokim ryzykiem.
W trakcie jednej z debat zorganizowanych w ramach Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach główny ekonomista ING Banku Śląskiego Rafał Benecki zwrócił uwagę, że tylko niewielki odsetek wszystkich projektów z zakresu badań i rozwoju (B+R) odnosi sukces.
Coś dla każdej firmy
Choć w Polsce pokutuje opinia, że niewiele podmiotów z rynku kapitałowego jest skłonnych współfinansować niepewne, innowacyjne projekty, to jednak nie brakuje produktów, z których przedsiębiorcy mogliby skorzystać. - Posiadamy instrumenty wspierające małe i średnie spółki innowacyjne. Nasze wsparcie polega na tym, że staramy się zagwarantować portfel kredytowy lokalnym instytucjom finansowym. Chodzi o to, by dzielić się z tymi instytucjami ryzykiem finansowania spółek innowacyjnych. Już mamy na rynku polskim kilka umów tego typu, gdzie lokalni gracze są wspierani głównie liniami gwarancyjnymi ze strony naszego banku - wyjaśniał Piotr Michałowski z Europejskiego Banku Inwestycyjnego.
Jak dodał, innowacyjna firma może być rozumiana w różny sposób. - Innowacyjne przedsięwzięcia nie muszą być rewolucyjne w swoim sektorze. Po wieloletnich doświadczeniach w tej dziedzinie wypracowaliśmy szeroką definicję innowacyjności. Dla nas spółka innowacyjna to nawet taka, która na przestrzeni kilku lat miała kilkucyfrowy wzrost obrotów - stwierdził Piotr Michałowski.
Biorący udział w dyskusji wiceminister rozwoju Witold Słowik zwracał uwagę, że rząd również dostrzega konieczność zbudowania rynku przyjaznego innowacjom. Dlatego ministerstwo opracowało program "Start in Poland", który przewiduje m.in. zaangażowanie spółek Skarbu Państwa w finansowanie projektów polskich start-upów.
Wyzwania ery cyfrowej
Decydenci dostrzegają także ryzyka. - Wydaje się, że naszej gospodarce zaczyna grozić tzw. pułapka średniego dochodu - zauważył Jerzy Kwieciński, wiceminister rozwoju. Wpadają w nią kraje próbujące dogonić wysokorozwinięte gospodarki poprzez ich naśladowanie. Na początku wyniki mogą być imponujące, ale imitacja nie może trwać w nieskończoność. Szybko rozwijające się kraje z niższym PKB z czasem tracą swoje atuty w oczach większych gospodarek (np. niskie koszty pracy). A wtedy grożą im spowolnienie gospodarcze i recesja.
Jakie są pomysły na uniknięcie pułapki średniego dochodu? - Chcemy postawić na reindustrializację, np. opartą na gospodarce cyfrowej. Nie chcemy, żeby nasze firmy zawsze kupowały technologię. Oczywiście na razie bez tego się nie obejdzie. Ale jest najwyższy czas, żeby rozwijać potencjał w oparciu o innowacje powstałe w naszych firmach - stwierdził Kwieciński.
Barierą mogą być zbyt małe pieniądze przeznaczane na badania i rozwój. Porównanie Polski z Niemcami jest wręcz miażdżące. Trzy największe firmy naszych zachodnich sąsiadów wydają na B+R ponad tysiąc razy więcej niż trzy największe polskie przedsiębiorstwa (podobna relacja występuje też w przypadku innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej).
- Nasi przedsiębiorcy powinni pamiętać, że jesteśmy w erze cyfrowej i dziś wszelkie rozwiązania, które pozwalają na poszukiwanie efektywności, usprawnień i oszczędności, krążą wokół rozwiązań cyfrowych - powiedziała podczas EKG Beata Stelmach, prezes GE w Polsce. - Polska ma olbrzymią szansę rozwojową. Tutaj znajdują się fabryki. Inwestorzy, którzy kilka lat temu przybyli ze względu na niskie koszty pracy, teraz powinni zobaczyć, że jest tu tworzona wartość dodana i że tu mogą być wprowadzane rozwiązania innowacyjne.
Eksport z przeszkodami
A jak zapewnić innowacyjnej gospodarce trwały wzrost? Kołem zamachowym powinien być eksport - takie są założenia tzw. planu Morawieckiego. Według prezesa Wieltonu Mariusza Golca do ekspansji zagranicznej wskazane jest wsparcie rządu (np. resortów gospodarki i spraw zagranicznych), bo choć UE jest otwartym, jednolitym rynkiem, to nie zawsze firmy są tam traktowane tak samo. - Teoretycznie powinien wystarczyć jeden unijny certyfikat, żeby sprzedawać towar na unijnym rynku - mówił Karol Zarajczyk, prezes Ursusa. - Realia są jednak takie, że aby sprzedawać nasze maszyny w niektórych krajach, polskie firmy potrzebują nawet kilkunastu lokalnych certyfikatów. W ten sposób utrudnia się im wejście na rynek - dodał.
Tomasz Żółciak,
Konrad Majszyk,
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu