Na zakazie handlu zyskały dyskonty
Drobny handel jest w odwrocie, sieci radzą sobie mimo wprowadzonych zakazów. Nowe przepisy nie przyniosły oczekiwanych skutków - wynika z opinii uczestników debaty „Polski handel 2021: markety, dyskonty, małe sklepy - kto przetrwa zakaz handlu w niedziele? Jakie będą konsekwencje planowanej nowelizacji?” przeprowadzonej w redakcji DGP
Niebawem minie rok obowiązywania ograniczeń handlu w niedziele. Miały one sprzyjać małym przedsiębiorcom i pracownikom. Czy spełniły swoją rolę?
Marcin Roszkowski prezes Instytutu Jagiellońskiego
Marcin Roszkowski: Przykład zakazu handlu w niedziele pokazuje, jak pod szczytnymi hasłami zostaje zrealizowany dokładnie odwrotny efekt. Niestety widać to już po roku od wprowadzenia nowego prawa. W pierwszej kolejności zapłaciły za to małe polskie sklepy i sieci polskich sprzedawców. Jak zwykle duże sieci zagraniczne potrafią znaleźć sposoby, na przykład marketingowe, którymi zawalczyły o klienta. Jeżeli dni, w które możemy zrobić zakupy, jest mniej, to robimy zakupy duże, na zapas. A takie najczęściej robimy w dużych sklepach, a nie małych, którym regulacja ta miała pomóc. Wraz ze spadkiem obrotów rosną ceny w małych sklepach, co przyspiesza ich upadek. W drugiej kolejności mamy zamieszanie na rynku. Zamiast dodać do kodeksu pracy kolejną wolną niedzielę, prawodawca eliminuje działalność jednej branży we wskazane dni. Mimo dobrej kondycji polskiej gospodarki te zjawiska są widoczne. Problem zostanie zwielokrotniony, kiedy wejdziemy w niższy wzrost gospodarczy, a bezrobocie wzrośnie.
Marek Jakubiak poseł, przedsiębiorca
Marek Jakubiak: Głosowałem za tą ustawą, mając przekonanie, że małym sklepom się w ten sposób pomaga. Ale teraz nie wydaje się to oczywiste. Węgry się z podobnego pomysłu wycofały, być może powinniśmy zrobić to samo. Jeżeli chodzi o pracowników, jestem zdania, że powinniśmy wrócić do pomysłu wpisania do kodeksu pracy niezbywalnych dwóch wolnych od pracy niedziel, co w ostatecznym rozrachunku przysłużyłoby się wszystkim pracownikom w Polsce, a nie tylko jednej grupie społecznej. Dlatego jestem zdania, że ustawę należy wycofać.
Przykład węgierski jest mocny, bo tam spadło zatrudnienie i obroty w handlu. Ale czy to już ten moment, by myśleć o wycofaniu z się ograniczeń?
Maciej Ptaszyński dyrektor generalny Polskiej Izby Handlu
Maciej Ptaszyński: W 2016 r. przeprowadziliśmy badania. Wtedy co czwarty przedsiębiorca twierdził, że nastąpi przekierowanie klientów w pozostałe dni do dyskontów. I tak się stało. Największe sieci wydały powyżej 700 mln zł na reklamy i to odnosi skutek. Niedawno przedstawiciele jednego z dyskontów stwierdzili, że zakaz handlu w niedziele im sprzyja przez m.in. zwiększenie koszyka zakupowego przed weekendem. Dyskonty szacują, że straty z tytułu przychodu z handlu niedzielnego to ok. 30 proc., podczas gdy małe firmy notują straty rzędu 50 proc. Te sklepy, w których właściciel sam jest w stanie stanąć za ladą, osiągają nieco wyższe obroty w niedziele, ale nie kompensują one spadków przed weekendami na skutek promocji w sieciach dyskontów. Ponadto większości sklepów w Polsce nie da się obsługiwać jedną osobą. I te tracą najwięcej.
Cezary Kaźmierczak Związek Przedsiębiorców i Pracodawców
Cezary Kaźmierczak: W Polsce przyjął się format sklepu typu dyskont. I to właśnie dyskonty są głównymi beneficjentami, którzy przekierowali strumień zakupów na piątek i sobotę. Tak samo było na Węgrzech. Podobnie jak z marnotrawstwem żywności – na Węgrzech działo się to na gigantyczną skalę, bo ludzie kupowali na zapas, często za dużo. Te same procesy mają miejsce w Polsce, gdzie okazało się, że 70 proc. respondentów nie życzy sobie, by politycy urządzali im weekendy.
Maciej Ptaszyński: Wraz z instytutem badawczym Centrum Monitorowania Rynku analizujemy wyniki i dynamikę sprzedaży w małych sklepach – takich do 300 mkw. – już od 2015 r. W zeszłym roku te wyniki wcale nie były lepsze niż w poprzednich latach, a od trzech miesięcy wzrost dynamiki jest słabszy niż w roku 2017 – nawet w grudniu. To daje dużo do myślenia.
dr Artur Bartoszewicz Szkoła Główna Handlowa, Instytut Jagielloński
Artur Bartoszewicz: Gdy wprowadza się zakazy i nierówności, w konkurencji wygrywa ten, kto potrafi najskuteczniej obejść zakazy. Rynek się patologizuje, bo skupia się na tym, jak ominąć prawo. Wygra ten, kto ma największą siłę oddziaływania na rynku – ma największą sieć dystrybucji, potrafi najsilniej uderzyć przekazem reklamowym. Nie bez znaczenia jest też amerykanizacja życia: pakujemy duży kosz i nie odwiedzamy już innych punktów sprzedaży. To prowadzi do zaburzenia modeli biznesowych. Przedsiębiorca lokował kafejkę przy dużym centrum handlowym, spodziewając się tam klientów. A państwo to zaburzyło.
Teraz mamy dobrą koniunkturę, a ona maskuje niedoskonałości, które ujawnią się przy dekoniunkturze.
Paweł Tracz przedsiębiorca prowadzący mały sklep
Paweł Tracz: Stało się tak, że dość nagle zostaliśmy postawieni przed koniecznością przystosowania się do zakazu handlu. Musieliśmy się do tego przygotować logistycznie i organizacyjnie, a już mówi się o nowelizacji przepisów. Oceniając ubiegły rok, kiedy niehandlowe były tylko dwie niedziele, z perspektywy przedsiębiorcy, który prowadzi 80-metrowy sklep, muszę powiedzieć, że nie tylko w soboty, ale i w piątki dostrzegamy odpływ klientów i że jedna osoba nie jest w stanie obsłużyć sklepu. Niedziela tylko w niewielkim stopniu hamuje pogłębiający się spadek naszych obrotów z piątku i soboty.
A czy prawdą jest, że w małych sklepach spadły również niedzielne obroty?
Paweł Tracz: To zależy od okolicy, ale tam, gdzie handel działa normalnie, nie ma możliwości zrównoważenia strat w niedziele. Ponosimy koszty, a małe obroty ich nie równoważą. Nie stać nas na agresywne kampanie reklamowe. System zmusza ludzi do robienia zakupów na stacjach benzynowych, gdzie za te same produkty płacą znacznie więcej. Tymczasem moi pracownicy zaczynają się bać: czy będą mieli pracę, czy sklep się utrzyma? A jeśli nie, to trafią do dyskontów. Bo one już przejmują wszystko, co możliwe, choćby po to, by zająć lokalizację. Jeżeli tego nie powstrzymamy teraz, to drobny handel się już nie odbuduje. Prognozy mówią, że w tym roku upadnie ponad 5 tys. małych sklepów, a w ich miejsce powstanie 1,8 tys. supermarketów i dyskontów.
Artur Bartoszewicz: W moim przekonaniu największe niebezpieczeństwo stwarza niepewność. Wprowadza się rozwiązania bez zbadania skutków rynkowych.
Paweł Tracz: Kiedy 12 listopada okazał się dniem wolnym, ja nagle, w ciągu jednego dnia, musiałem weryfikować dostawy, grafiki – to jest kosztowne. Gdybyśmy policzyli w skali makro, wyszłyby gigantyczne pieniądze. Teraz znów planowana jest nowelizacja, będą kolejne zmiany. Na szczęście udało nam się zabrać głos podczas ostatniej komisji w Sejmie w grudniu, zorganizowaliśmy też symboliczny protest pod Sejmem. Przy pracach nad ustawą głos małych przedsiębiorców nie był brany pod uwagę, ale wierzę, że teraz przy pomysłach nowelizacji będzie inaczej.
Maciej Ptaszyński: Ten rok przyniósł jeszcze jedną ważną zmianę w mentalności nas jako konsumentów. Teraz – przy trzech niedzielach bez handlu – nikt się nie zastanawia – jeśli jest niedziela – nie idzie do sklepu, bo prawie na pewno jest zamknięty. Skoro nie wiemy czy niedziela będzie handlowa, a i tak jesteśmy już w dyskoncie, to kupujemy na zapas. Małe sklepy na skutek zamknięcia w niedziele będą tracić przede wszystkim na towarach impulsowych – takich jak ciastka, lody alkohol – to nie są pozycje, które kupi się następnego dnia, jeżeli sklep był zamknięty w momencie, kiedy właśnie chcieliśmy je kupić.
Jeremi Mordasewicz doradca zarządu Konfederacji Lewiatan
Jeremi Mordasewicz: Przypomnę tylko państwu, że gdy ograniczenia w handlu były dyskutowane, to drobni kupcy optowali za ich wprowadzeniem. Po roku możemy już powiedzieć, jak ta ustawa wpłynęła na cztery grupy ludzi. Konsumenci – ci, którzy pierwotnie sprzyjali zamykaniu handlu, dziś się od tego odwracają. O ile duże miasta od razu były przeciwko ograniczeniom, to wioski i małe miasteczka były za. A teraz tam jest najwięcej przeciwników. Ludzie potrzebowali czasu, by sobie uświadomić, że mają ograniczoną swobodę podejmowania decyzji, np. co do spędzania czasu w deszczowe dni. Zorientowali się też, że płacą więcej – na stacjach benzynowych i w małych sklepach jest drożej. Dalej: pracownicy handlu – uważam, że dla nich sensownym rozwiązaniem byłoby zapisanie w kodeksie pracy, że przysługuje im nie jedna, ale dwie niedziele wolne w miesiącu. Przedstawiliśmy raport inspekcji pracy, który pokazał, że warunki pracy w sklepach dużych są wyraźnie lepsze niż w małych i to jeśli chodzi o wynagrodzenie, jak i wyposażenie. Co stracą kupcy? Oczekiwanie, że w Polsce utrzyma się taka liczba sklepów, z jaką dziś mamy do czynienia, jest nieracjonalne. Polski handel jest dziś nadmiernie rozdrobniony i to powoduje wysokie koszty i niską produktywność pracowników. Nie brońmy pozycji nie do obronienia. Owszem, przetrwają sklepy osiedlowe, specjalistyczne, profilowane, inne na zamożnych osiedlach, inne w ubogich. Udawanie, że obronimy drobny handel, jest nieuczciwe. A wreszcie inwestorzy – mam na myśli tych, którzy zbudowali w Polsce już ponad 500 centrów handlowych. Wyłączenie tych centrów w niedziele powoduje straty. A oni przecież nie byli uprzedzeni, tak jak to się robi w cywilizowanych krajach. Mają umowy z najemcami. Kiedy zamykamy handel, otwieranie barków czy sklepików nie ma sensu…
I jeszcze jedno – Litwini zostawiają u nas ogromne pieniądze. Tak samo jest przy granicy niemieckiej, czeskiej, słowackiej. I strefy przygraniczne straciły jeden dzień, kiedy przyjeżdżali ludzie zrobić zakupy, zatankować paliwo, pójść do fryzjera i zjeść obiad. Nie widzę żadnej korzyści, jaką moglibyśmy wynieść z ograniczenia handlu w niedziele.
Nowelizacja miała pozwolić, by za ladą stanął również członek rodziny. Czy to pomoże? Bo chyba nie ma szans na likwidacje ograniczeń w handlu?
Paweł Tracz: To trochę tak, jak byśmy wracali do średniowiecza, że dziecko może bezpłatnie pracować na dobro rodziny, ale brat to już nie. Pomysłodawcy tej nowelizacji nie mają chyba pojęcia, jak wygląda praca w sklepie. Zmiany spowodowałyby tylko więcej patologii. Rozważając zmiany, należałoby wrócić do punktu wyjścia, jakim było wspomożenie małych sklepów. I wziąć głos zainteresowanych pod uwagę. Część naszych argumentów znalazła się w analizie Biura Sejmowego do tej ustawy i do nowelizacji, i uważam to za dobry znak. Że posłowie też zrozumieją, że idąc tropem myślenia Solidarności, po prostu wyleją dziecko z kąpielą. I pogrzebią polski handel.
Jeremi Mordasewicz: Bardzo często brniemy w coś, bo nie mamy odwagi się z tego wycofać. A jeżeli tkwimy w takim błędzie, to koszty społeczne i gospodarcze są ogromne.
Marcin Roszkowski: Aby zrealizować cele ustawy, trzeba by doprowadzić do resetu regulacji i dyskusji o nich. Należało by zebrać wszystkie zainteresowane strony i przedyskutować problemy, które powstały. Niestety forsowane są rozwiązania na siłę, które nie rozwiązują postawionych problemów, a wręcz przynoszą odwrotne skutki. Proste rozwiązania są najlepsze, a te mogą opierać się o kodeks pracy.
Ale czy zagwarantowanie dwóch wolnych niedziel w kodeksie rozwiązałoby problem?
Jeremi Mordasewicz: Jeżeli celem jest wsparcie pracowników – to tak. Ale jeżeli ktoś decyduje się na prace w ruchu ciągłym, jak w przemyśle motoryzacyjnym czy w komunikacji miejskiej – to gwarantowane dwie niedziele to jest taki zdrowy kompromis.
Paweł Tracz: W małym sklepie dziś nie można pracownika zmuszać. On po prostu zamknie drzwi i pójdzie sobie. A zakaz się zawsze źle kojarzy.
Debatę prowadziła Patrycja Otto, not. ANO
zdjęcia Wojtek Górski
partner
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu