Dziennik Gazeta Prawana logo

Ostatnia orgia konsumpcji?

29 czerwca 2018

Nie da się już wrócić do świata, jaki znamy sprzed kryzysu. Byłby to powrót na pole minowe - mówi Zygmunt Bauman

MARCELI SOMMER:

ZYGMUNT BAUMAN*:

Przyczyny ostatniego, jak i poprzednich kryzysów tkwią w samej naturze ładu kapitalistycznego. Kapitalizm jest bowiem systemem o charakterze pasożytniczym - unicestwia pastwiska, którymi się żywi. W ten sposób scharakteryzowała go Róża Luksemburg, twierdząc, że do "reprodukcji rozszerzonej", czyli samoodtwarzania się i przyrostu kapitału, potrzeba mu "ziem dziewiczych", ziem nietkniętych jeszcze jego logiką, do czasu jednak. Z chwilą "utraty dziewictwa", czyli przeobrażenia gospodarki na kapitalistyczną modłę, dla zasilania reprodukcji rozszerzonej ziemie te już się nie nadają. Trzeba szukać nowych pastwisk...

Po tym jak w wyniku globalizacji rynków towarowych tereny dziewicze w geograficznym sensie się wyczerpały, ich rolę pełnić zaczęły zasoby dotąd nieskomercjalizowane. To kredyt i zadłużanie były kolejnym - niegeograficznym już - terenem do niedawna dziewiczym. Ich kapitalizacja umożliwiła koniunkturę ostatnich dwu dziesięcioleci, a wyczerpanie spowodowało światowy kryzys. Silnikiem napędzającym wzrost gospodarczy stało się życie na kredyt. Sygnałem było pojawienie się kart kredytowych i towarzyszącego mu hasła reklamowego "Take the waiting out of wanting" - "To, co chcesz, bez czekania". Eksploatacja takiego terenu wymagała odrzucenia niegdysiejszego fundamentu kapitalistycznej akumulacji: zasady odkładania zaspokojenia pożądań na później, kulturę książeczek oszczędnościowych...

Tylko że w ostatnich latach zamiast dążyć wzorem dawnych kredytodawców do najszybszego odzyskania pożyczonych pieniędzy, banki nastawiły się na utrzymywanie klientów w sytuacji stałych dłużników i zwiększanie ich zadłużenia - a więc i spłacanych od pożyczki procentów. Gdy procenty przerastały już możliwości finansowe dłużnika, oferowano mu serię sposobów obsługi długów, które przy całej różnorodności ich nazw sprowadzały się do tego samego: oddalania w nieskończoność perspektywy wydobycia się z długu. Ci, którzy swoje kredyty spłacali przed czasem i co do grosza, nie byli przez banki szczególnie mile widziani - człowiek niezadłużony nie przynosi firmom kredytowym zysku. Spłacenie kredytu przed ustalonym terminem okładano wysokimi karami finansowymi...

Kryzys był następstwem triumfu finansistów, nie porażki: masy ludzi poddały się pokusie łatwego kredytu, uwierzyły w nieustanny wzrost koniunktury i podążyły chętnie w zastawione na nich sidła. Powiódł się zamiar zamiany rosnących rzesz ludzi w permanentnych dłużników, a więc i permanentne w zasadzie źródło zysków. Realne zasoby, w odróżnieniu od papierowych czy elektronicznych, mają jednak swoje limity - balonika czy pęcherzyka (by użyć terminu Sorosa). Życia ponad stan nie da się nadymać w nieskończoność. Uratowanie gospodarki przed załamaniem i paraliżem wymagało więc obciążenia hipoteki przyszłych pokoleń, zaciągnięcia państwowych długów, które będą musiały spłacać nienarodzone jeszcze pokolenia...

Są tego oznaki, choć na podsumowania, a tym bardziej prognozy, jeszcze za wcześnie. Dla przykładu: jednym z najbardziej szeroko stosowanych chwytów marketingu było przestawienie się z zaspokajania potrzeb na wzbudzanie zachcianek i zadośćuczynianie im na miejscu. Człowiek szedł do sklepu - dajmy na to - by nabyć żarówkę na miejsce przepalonej, a wracał z naręczem przedmiotów. Teraz, jak się skarżą szefowie od marketingu, klient przychodzi z zamiarem kupienia spodni, bo stare już nie do użytku, i właśnie z parą spodni wychodzi - obojętny na uroki podsuwanej mu pod oczy koszuli.

Nie jestem prorokiem. Ale gorzej, że w sprawie zasadniczej - mierzenia pomyślności gospodarczej liczbą pieniędzy przechodzących z rąk do rąk - nic się jak dotąd nie zmieniło.

Zanosi się na to, że wizja naprawy lansowana przez polityków i większość ekonomistów nie wykracza poza powrót do status quo ante utożsamianego z normalnością, a przecież winnego załamania... Tyle że tutaj wrócić do normy to tyle, co biec po polu minowym, wiedząc, że coś gdzieś wybuchnie. Ale skoro nie wiemy, co i gdzie, napawajmy się rozległością rozpostartej pod nogami przestrzeni! Nieśmiałe próby odwrotu od koncepcji nakręcania koniunktury drogą pomnażania liczby dłużników czy życia na rachunek przyszłych pokoleń spełzły jak dotąd na niczym.

Nie tak znów trudno... Wbrew przekonaniom o samowystarczalności mechanizmów rynkowych gospodarka kapitalistyczna nie obeszłaby się bez państwowego inkubatora i puklerza ochronnego. Główną funkcją państwa było stwarzanie i ochrona warunków dla odtwarzania relacji najmu pracy (fabrykant - robotnik) i mobilizacja środków na spłacenie ich kosztów. Teraz jest nią stwarzanie i ochrona warunków relacji kredytowych (wierzyciel - dłużnik). Żeby wykazać ich decydujący współudział w budowaniu systemu, który doprowadził do kryzysu, wystarczy przypomnieć sobie inicjatywę Billa Clintona wyasygnowania gwarantowanych przez państwo kredytów mieszkaniowych dla ludzi, o których było wiadomo, że nie stać ich na spłacenie. Za tym ogniwem łańcucha przyszły inne - aż doszło do przywracania bankierom pewności siebie (czyli chwilowo zachwianego zuchwalstwa i pogardy dla konsekwencji własnych poczynań) za pomocą przepompowywania do kas bankowych pieniędzy podatników.

Na dłuższą metę tak. Najzamożniejszych krajów świata nie stać na to, by żyrować w nieskończoność niebotyczne koszta ryzykanctwa w imię chwilowych korzyści, rozrzutności i marnotrawstwa cechującego zderegulowane rynki finansowe. Prywatyzacja dochodów musi prędzej czy później uniemożliwić dalsze upaństwawianie strat...

Nekrologi dla kapitalizmu są wciąż przedwczesne, wiadomości o zgonie, jakby Mark Twain powiedział, nieco przesadzone. Obecny kryzys jest oznaką wyczerpania potencjału jeszcze jednej, którejś z rzędu "ziemi dziewiczej" wyzyskanej w toku kapitalistycznej pogoni za zyskiem. Ale wynalazczość kapitalizmu jak dotąd zadawała kłam kasandrycznym przepowiedniom. Jak zabrakło naturalnych terenów dziewiczych, produkowano nowe (cóż, że krótkotrwałe) na zamówienie. Nie przyjmuję modnego ostatnio w naukach społecznych terminu "późny kapitalizm". Skąd u licha wiadomo, że z późniejszej perspektywy nie okaże się wczesnym?! Można było robić pieniądze na ludzkich długach, można je robić na depresji powodowanej zadłużeniem... Być może za prototyp posłużą inicjatywy firm farmaceutycznych reklamujących dziś nagminnie kolejne cudowne środki na wszystko? Kolejną fazę kapitalizmu zdeterminuje kolejne odkrycie sposobu na komercjalizację rzeczy dotąd rynkiem nieobjętych. Pytanie o kierunek, w jakim pójdzie teraz globalna gospodarka, jest wciąż otwarte. Z całą pewnością można tyle tylko powiedzieć, że kapitalizm pozostawiony samemu sobie produkowałby kolejne kryzysy (ale nie wyjścia z nich!), a każdy z nich byłby głębszy i bardziej traumatyczny, bo coraz bardziej rozpaczliwe byłyby kolejne formuły jego trwania.

Jeśli przyjąć, że chcemy wyeliminować możliwość następnego kryzysu, nie mamy innego wyjścia. Nie ma powrotu do rzeczywistości sprzed globalizacji ani do kapitalizmu opartego na etyce protestanckiej ani - tym bardziej - do form przedkapitalistycznych. Jednocześnie musimy brać pod uwagę, że za którymś razem może się okazać, że kolejnej ziemi dziewiczej nieskolonizowanej przez kapitalizm albo dającej się przezeń wyczarować już nie ma. Krótko mówiąc, stoimy - w bliższej lub dalszej przyszłości - przed zadaniem wypracowania koncepcji, która wykraczałaby poza doraźne korekty kapitalizmu. Trudno sobie wprawdzie dzisiaj wyobrazić jej kształt i wprowadzenie. Lata neoliberalnego dobrobytu i pozór jego automatyzmu ("niewidzialna ręka" i "palec opatrzności") doprowadziły też do marazmu w sferze wizji.

Faktem jest, że społeczeństwa kształtowane przez rynek i jego indywidualistyczną ideologię - zwłaszcza w swojej ostatniej, najbardziej radykalnej fazie - uległy atomizacji, a więzi społeczne i układy solidarnościowe uwiądowi. Naprawa spustoszeń, do jakich doszło, zarówno w sferze gospodarczej, jak i społeczno-politycznej, wymaga - jak słusznie zauważa Marcin Król - nowych rozwiązań. A nadto jeszcze układy solidarnościowe muszą wznieść się na skalę dotąd nie do pomyślenia. W dwa stulecia po wdrapaniu się z poziomu wspólnot lokalnych do wyobrażanej wspólnoty państw-narodów czeka nas mozolna wspinaczka do wspólnot ponadnarodowych - w końcu i do poziomu ogólnoplanetarnego. Poszukiwania lekarstwa na obecne problemy o planetarnym zasięgu na poziomie państw-narodów są anachronizmem. Potrzeba rozwiązań na poziomie zaiste globalnym. I nie mylmy tego z tzw. międzynarodowymi, a ściślej mówiąc, międzyrządowymi traktatami.

@RY1@i02/2009/196/i02.2009.196.000.0014.001.jpg@RY2@

Mariusz Grzelak/Przegląd/Forum

Zygmunt Bauman

*Zygmunt Bauman, filozof, socjolog, jeden z najważniejszych twórców koncepcji postmodernizmu, laureat Nagrody im. Theodora W. Adorno

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.