Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka

Na szczęście EBC nie ulega psychozie

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Raczej nie. Prawie dwie trzecie naszego eksportu trafia do krajów strefy euro. A wahania kursu złotego wobec euro są mniejsze niż wobec dolara.

Wciąż mamy duże ryzyko w gospodarce światowej. Choć drugie dno kryzysu nie jest specjalnie realne, widać osłabienie dynamiki wychodzenia Europy i USA z zapaści. To będzie okres dużych wahań kursów. Za rok złoty powinien być mocniejszy - może to być 3,70 - 3,80 zł za euro. Chyba że mocno pogorszy się sytuacja w finansach publicznych i dług przekroczy próg 55 proc. PKB.

Ale umocnienie złotego nie zaszkodziłoby gospodarce ani nawet eksporterom, bo mają jeszcze pewien margines opłacalności. Trzy lata temu euro było po 3,40 - 3,50 zł, a eksport rósł i gospodarka pędziła. Poza tym efektem mocnego złotego byłyby niższe stopy procentowe. To potaniłoby kredyt.

Częściowo. Eksport spadł o tyle samo co w innych krajach regionu, 15 - 20 proc. Ale dzięki osłabieniu złotego sytuacja finansowa eksporterów nie pogorszyła się tak bardzo, bo dostawali więcej pieniędzy przy wymianie.

Czy jednak nie powinniśmy się starać osłabić naszej waluty?

Złoty nie jest przewartościowany - kurs równowagi to obecnie 3,60 - 3,70 zł. Dopiero zejście poniżej tej bariery eksporterzy mogliby już odczuć. Dlatego RPP może spokojnie realizować swój cel - walkę z inflacją, a ta w przyszłym roku znów może zacząć rosnąć.

Nie wierzę, by do niej doszło, choć niektóre kraje próbują osłabić swoją walutę, aby pomóc gospodarce. Jednak świadomość zgubnych konsekwencji jest obecnie o wiele większa niż kilkadziesiąt lat temu. Trzeba też pamiętać, że obniżanie kursu własnej waluty ma na dłuższą metę ujemne skutki - nie zapewnia trwałej poprawy konkurencyjności i wpływa znacząco na wzrost inflacji.

Europejczycy nie ulegają tej psychozie. Europejski Bank Centralny, niezależnie od tego, co nastąpi, nie będzie prowadził inflacyjnej polityki jak Fed. Jego zadaniem jest dbanie o stabilność cen, a nie wspieranie eksporterów kosztem importerów. Poza tym kurs dolara do euro znajduje się jeszcze daleko od swego szczytu, który był trzy lata temu. Kurs euro za 1,3 dolara nie stanowi zagrożenia dla europejskiego eksportu.

W wyniku reform zapoczątkowanych przez kanclerza Schroedera jednostkowe koszty pracy w Niemczech spadły - w przeciwieństwie do krajów południa Europy, gdzie zwiększyły się w ostatnich latach o 30 - 40 proc. za sprawą rosnących wynagrodzeń. Do tego dochodzi wysoka niemiecka wydajność i solidność niemieckich marek.

Waluty krajów, które nie poszłyby na wojnę, np. euro, musiałyby się umocnić. Państwa strefy euro musiałyby wówczas zastosować wariant niemiecki i obniżać koszty pracy, aby utrzymać konkurencyjność. Najbardziej zagrożone są jednak gospodarki o niskiej konkurencyjności, które mają płynne kursy walutowe, jak kraje Ameryki Łacińskiej, a także Rosja.

Wprowadzenie ceł wyrównawczych jest bardzo możliwe. Amerykanie musieliby wnieść sprawę do WTO, argumentując, że Chiny w sposób niedozwolony i sprzeczny z regułami handlu stymulują eksport. Ale sprawa ciągnęłaby się latami. Wiem, co mówię, bo uczestniczyłem wielokrotnie w panelach rozstrzygających spory handlowe.

Może Boeing przegrałby z Airbusem jakiś przetarg na dostawę samolotów. Jednak Chińczycy ograniczyliby się głównie do werbalnych gestów. Po pierwsze rynek amerykański jest zbyt ważny dla Chin. Po drugie nawet wprowadzenie 25-procentowych ceł nie zaszkodziłoby im aż tak bardzo, bo chiński eksport ma wciąż duże rezerwy cenowe.

To prawda, że Chińczycy mają obligacje amerykańskie, ale też nie mogą dopuścić do spadku ich cen ani zbyt dużego spadku dolara, bo sami ponieśliby straty kapitałowe. Poza tym przyrost amerykańskich aktywów w rękach Chińczyków w ostatnich miesiącach się zatrzymał.

To stara chińska retoryka. Ich obawy są uzasadnione tylko przy założeniu, że rewaluacja juana byłaby skokowa i nie towarzyszyłyby jej konieczne reformy pobudzające popyt wewnętrzny.

Jeśli połączyłyby to z reformami i pobudzaniem wewnętrznego popytu, mogłyby utrzymać wysokie tempo wzrostu. Na razie korzysta z niego tylko co czwarty Chińczyk, główne miasta i strefy ekonomiczne na wybrzeżu.

Zapewne ze względów politycznych. Nie chce doprowadzić do zbyt szybkiego wzrostu konsumpcji i tym samym aspiracji obywateli. Gdy zaspokoją swoje podstawowe potrzeby, mogą zażądać demokracji i wolności. Na razie władze mają względny spokój.

@RY1@i02/2010/207/i02.2010.207.186.0009.001.jpg@RY2@

Fot. Rafał Siderski

Dariusz Rosati, ekonomista, były szef MSZ i członek Rady Polityki Pieniężnej

Z Dariuszem Rosatim rozmawia Paweł Rożyński

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.