MFW i EBC naciskają na Berlin
Grecja nie zbankrutuje, jeśli Niemcy nie będą blokowały pomocy dla Aten. O uruchomienie funduszy apelowali wczoraj szefowie Europejskiego Banku Centralnego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego
Wątpliwości Berlina w sprawie szybkiego uruchomienia unijnej pomocy dla Grecji pogrążają Ateny. Kanclerz Angela Merkel jest jedyną osobą, która mogłaby uspokoić rynki obawiające się bankructwa Grecji. Z kolei MFW przyjął zupełnie inną strategię. Jak pisze we wczorajszym wydaniu "Financial Times", fundusz jest gotów zwiększyć pakiet pomocowy dla Grecji o 10 mld euro. Pomoc MFW wzrosłaby więc do 25 mld euro. Po tych informacjach również Berlin zaczął zmieniać ton.
- Niech jedno będzie jasne: nie pozwolimy Grecji upaść - mówił niemiecki minister finansów Wolfgang Schaueble w opublikowanej wczoraj rozmowie z dziennikiem "Handelsblatt". W podobnym tonie wypowiadał się wczoraj rzecznik Komisji Europejskiej, który zapewniał, że zatwierdzenie pakietu pomocowego dla zadłużonego kraju jest kwestią kilku najbliższych dni.
Jednak tak ogólnikowe obietnice dobre były kilka miesięcy temu. Dziś rynki chcą konkretów. Niepewność co do warunków, na jakich Niemcy zgodzą się uczestniczyć w planie ratunkowym, sprawia, że wartość greckich obligacji wczoraj znów spadała. Oprocentowanie 10-letnich greckich papierów dłużnych osiągnęło wczoraj 11,3 proc. To najgorszy wynik od czasu wejścia do strefy euro. Dalej spadała też wartość unijnej waluty wobec dolara.
W tym samym czasie w Berlinie szefowie Europejskiego Banku Centralnego Jean-Claude Trichet i Międzynardowego Funduszu Walutowego Dominique Strauss-Kahn przekonywali niemieckich polityków do szybkiej pomocy dla Greków. Już od dłuższego czasu podobne sygnały wysyła francuski prezydent Nicolas Sarkozy. Również Włochy, trzeci (po Niemczech i Francji) donator ewentualnej unijnej pomocy, chcą jak najszybciej przyjść Grekom z pomocą. Kilka dni temu minister finansów Giulio Tremonti oskarżył nawet Berlin o brak poczucia unijnej solidarności. Jednoznaczne poparcie dla planu ratunkowego sygnalizuje także Hiszpania. Jedynym sojusznikiem Berlina, który postuluje ustalenie dokładnych warunków spłaty i obietnicę koniecznych reform jeszcze przed sięgnięciem do kieszeni, jest Holandia.
Osamotnieni Niemcy niezmiennie argumentują jednak, że jako główny sponsor greckiej pożyczki (8,5 mld euro z obiecanych w tym roku przez UE 30 mld) nie mogą sobie pozwolić na lekkomyślność. Zwłaszcza że jak wyliczył Barclays Capital, uniknięcie greckiego bankructwa będzie najprawdopodobniej kosztowało nie 90 mld euro, jak pierwotnie zapowiadano, ale raczej 186 mld. Dlatego w berlińskim ministerstwie finansów trwają nerwowe prace nad znalezieniem optymalnego rozwiązania, które pomoże uratować Grecję bez widma zawalenia się budżetu federalnego. Wedle najnowszego pomysłu ujawnionego wczoraj przez "Spiegel" do niemieckiej składki miałby się dorzucić sektor prywatny, zwłaszcza banki, które jesienią i zimą 2008 roku otrzymały państwową pomoc.
Pozostaje wreszcie opór niemieckiej opinii publicznej. Według sondaży aż 86 proc. Niemców uważa, że Grecja ma to, na co zasłużyła, i nie należy jej pomagać. Angela Merkel musi się z tym liczyć. Zwłaszcza w kontekście wyborów regionalnych w Nadrenii-Westfalii 9 maja, gdzie CDU i FDP grozi utrata większości. A Merkel doskonale pamięta, że porażka w największym niemieckim landzie zmusiła w 2005 roku kanclerza Gerharda Schroedera do rozpisania przedterminowych wyborów parlamentarnych, po których socjaldemokrata oddał władzę właśnie jej.
@RY1@i02/2010/083/i02.2010.083.000.011a.001.jpg@RY2@
Fot. Reuters/Forum
Szefowie EBC i MFW naciskają na niemiecki rząd, by zgodził się pomóc Grecji
Rafał Woś
rafal.wos@infor.pl
Niemcy niepotrzebnie igrają z ogniem. Już po raz trzeci w czasie trwania greckiego kryzysu Unia Europejska ogłasza, że pomoże Atenom, a zaraz potem Berlin, największy dawca ewentualnej pomocy, wycofuje się z tych zapowiedzi lub poddaje je w wątpliwość. W ten sposób Niemcy podcinają gałąź, na której sami siedzą. Wiadomo przecież, że niepokój na rynkach roznieca grecki kryzys.
Niemiecki rząd argumentuje, że nie chce wysyłać sygnału, który zniechęci Greków, Portugalczyków czy Hiszpanów do konieczności bolesnych reform swojej gospodarki. Niemcy rzeczywiście w ostatnich miesiącach chętnie stawiają się w roli wielkiego wychowawcy Europy. Przypominają Grekom podkręcanie statystyk i życie ponad stan. Tyle że taka moralizatorska postawa nijak się ma do wyzwań bieżącej polityki, które można streścić w jednym zdaniu: strefa euro znalazła się na rozdrożu. Trzeba ratować sytuację, póki nie będzie za późno. Zapłacić muszą najbogatsi, bo na tym polega europejski projekt.
Po pierwsze dlatego, że fiasko projektu euro odbije się negatywnie na niemieckiej gospodarce. A po drugie Niemcy są krajem, który najbardziej skorzystał na ustanowieniu obszaru wspólnej waluty. Zniesienie barier walutowych pozwoliło niemieckim eksporterom znacząco zwiększyć sprzedaż. Dziwi mnie, że Berlin nie chce uznać tych dwóch prawd. Oznacza to, że nie dorósł do przejęcia odpowiedzialności za powodzenie europejskiego eksperymentu.
@RY1@i02/2010/083/i02.2010.083.000.011a.002.jpg@RY2@
Fot. Materiały prasowe
Paul De Grauwe
, belgijski ekonomista z uniwersytetu w Leuven, zasiadał w belgijskim parlamencie, należy do zespołu doradców ekonomicznych szefa Komisji Europejskiej Jose Manuela Barroso
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu