Dziennik Gazeta Prawana logo

USA naciskają UE: pomóżcie bankom

29 czerwca 2018

Amerykanie żądają od Unii zalania kryzysu zadłużenia pieniędzmi podatników. UE mówi "nie". Chce, by instytucje finansowe najpierw wykorzystały prywatne źródła kapitału. Jeśli to nie wystarczy, wesprą je rządy

Sobotnie spotkanie ministrów finansów państw G20 w Paryżu podkreśliło różnice w podejściu do walki z kryzysem między Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską. Waszyngton, wsparty przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, żąda dokapitalizowania banków z pieniędzy publicznych i gwarantowania długu państw UE przez Europejski Bank Centralny.

Tymczasem grające w Unii pierwsze skrzypce Niemcy wolą, by to banki najpierw podniosły własne zasoby kapitałowe, nie korzystając przy tym z pieniędzy podatników. W ten sposób instytucje finansowe mogłyby się przygotować do spodziewanego bankructwa Grecji bez pogłębiania deficytów budżetowych - dowodzi Berlin.

"Banki powinny najpierw wykorzystać prywatne źródła kapitału, a rządy krajowe udzielać wsparcia tylko w razie konieczności. Jeżeli takie wsparcie nie jest możliwe, rekapitalizacja powinna zostać sfinansowana z pożyczki z Europejskiego Instrumentu Stabilności Finansowej (EFSF)" - proponowała w ubiegłym tygodniu Komisja Europejska.

Jak mówił w rozmowie z "DGP" ekonomista duńskiego Saxo Banku John Hardy, Bruksela jest dopiero w trakcie opracowywania planu walki z kryzysem zadłużenia. Już teraz wiadomo jednak, że zanim banki zaczną zwiększać rezerwy kapitałowe, europejski nadzór przeprowadzi rygorystyczne testy wytrzymałościowe, które mają ujawnić rzeczywiste potrzeby sektora bankowego. Jak wynika z przecieków, w grę wchodzi też przyspieszenie o rok utworzenia stałego mechanizmu opartego na EFSF.

Szczegóły - zdaniem Hardyego - zostaną wypracowane przed planowanym na 3 - 4 listopada szczytem przywódców państw G20 w Cannes. Najprawdopodobniej będzie to najbliższy weekend i spotkanie ministrów finansów państw strefy euro - zapowiedział francuski minister Francois Baroin.

USA i MFW replikują, że nie ma na to czasu, a jedynie słuszną drogą wyjścia z problemów jest wariant amerykański - natychmiastowe wpompowanie w banki miliardów dolarów z budżetu, tak jak zrobił to Biały Dom jesienią 2008 roku. - Europejczycy muszą zrobić więcej (niż planują - red.). Diabeł tkwi w szczegółach. W warunkach kryzysu finansowego bardziej ryzykowne są działania stopniowe niż szybkie i zdecydowane - przekonywał sekretarz skarbu USA Timothy Geithner.

Zdanie to podzielają czołowe banki strefy euro. Bankierzy dowodzą, że przymusowa rekapitalizacja banków bez wsparcia rządów w postaci pieniędzy publicznych będzie się musiała wiązać z ograniczeniem akcji kredytowej. To z kolei doprowadzi niechybnie do ograniczenia wzrostu gospodarczego, a być może nawet powrotu do ogólnoeuropejskiej recesji.

W komunikacie wydanym po sobotnim spotkaniu w Paryżu ministrowie finansów podpisali się więc jedynie pod dość ogólnymi stwierdzeniami o bankach, które wymagają "odpowiedniej kapitalizacji i wystarczającego dostępu do funduszy", dodając przy tym, że banki centralne są gotowe do działania zapewniającego bankom płynność. Z zadowoleniem przyjęto też ratyfikację reformy EFSF (jako ostatnia, z problemami, umowę przyjęła Słowacja), powiększającej o 77 proc., do niemal 780 mld euro, dostępne środki finansowe (choć Amerykanie proponowali kwotę 2,5 bln euro). Na konkretne rozwiązania trzeba jednak poczekać co najmniej dwa tygodnie.

@RY1@i02/2011/201/i02.2011.201.00000080b.802.jpg@RY2@

Bloomberg

W ratowanie strefy euro - na razie słownie - angażują się grupa G20 i Międzynarodowy Fundusz Walutowy

Michał Potocki

michal.potocki@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.