To mit, że w Europie każdy kraj odpowiada za swoje finanse
Najważniejszy niemiecki socjolog wyjaśnia w rozmowie z "DGP", dlaczego Angela Merkel szkodzi Unii, broniąc się przed tym, by Berlin spłacał długi pogrążonych w kryzysie krajów strefy euro
Nie ma mowy o zachowaniu przedkryzysowego status quo. Gwałtowne zmiany już się rozpoczęły. Widać to doskonale na przykładzie Niemiec, które w czasie kryzysu zadłużeniowego uzyskały we Wspólnocie rolę wręcz hegemonialną. To od decyzji Berlina zależy przecież, czy domknie się budżet Grecji, czy Irlandii. Unia nie miała jeszcze dotąd do czynienia z takim wzrostem znaczenia jednego kraju. Kolejna fundamentalna zmiana polega na tym, że większość unijnych przywódców porzuciła wspólnotową retorykę i bez ogródek definiuje swoją europejską politykę w kategoriach interesu narodowego. Na przykład niemiecka kanclerz Angela Merkel od miesięcy powtarza, że aby rozwiązać unijny kryzys zadłużeniowy, każdy rząd musi najpierw posprzątać na własnym podwórku. Podobną argumentację zdaje się kupować duża część europejskiej opinii publicznej, wierząc, że jeśli wszyscy zastosują politykę radykalnych cięć budżetowych, za kilka lat Unia i jej waluta będą zupełnie zdrowe. Czeka ją jednak srogie rozczarowanie.
Może i tak, ale opiera się na fundamentalnie błędnym założeniu. Więc forsowana przez nią polityka z zasady nie może przynieść zamierzonych długofalowych skutków.
Pod wpływem Niemiec zapanowało dziś w Europie upraszczające rzeczywistość przekonanie, że to wyłącznie Grecy, Irlandczycy czy Portugalczycy są winni fatalnej sytuacji swoich finansów publicznych. Ta linia rozumowania idzie dalej: skoro zgrzeszyli, to teraz nastał czas pokuty. Niech więc mieszkańcy zadłużonych krajów nie dziwią się, że muszą przystać na radykalne cięcia wydatków publicznych czy podwyżki podatków. To bardzo wygodne rozumowanie dla tych, którzy rozdają karty. Problem jednak w tym, że jest nieprawdziwe. Każdy, kto choć trochę zna się na ekonomicznej i politycznej specyfice integracji europejskiej, doskonale wie, iż rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.
To tylko część prawdy. Druga strona medalu jest taka, że dzisiejsza Europa żyje w warunkach realnie istniejącej globalizacji, która na Starym Kontynencie przybrała formę eurointegracji. Badam globalizację od lat i nie trzeba mnie przekonywać, że niesie ona z sobą wiele pozytywnych elementów. Wie o tym każdy europejski przedsiębiorca, któremu wspólny rynek i otwarcie granic celnych otworzyło nowe rynki zbytu wewnątrz Unii Europejskiej i może na nich w miarę swobodnie konkurować. Ale z tak głeboką integracją związanych jest też wiele zagrożeń. Na otwarte rynki może przecież wejść dowolny konkurent z innego kraju, który zagrozi twojej bezpiecznej dotąd pozycji. W warunkach wzmożonej konkurencji najlepiej radzą sobie oczywiście giganci, bo wielki kapitał nie od dziś przekracza granice państw narodowych. Z ich perspektywy wszystko jest w najlepszym porządku. Ale są przecież i tacy przedsiębiorcy, którzy lepiej czuli się w warunkach państwa narodowego, gdy obsługiwany rynek był chroniony szeregiem barier. Oni przy wspólnej walucie stracili ów parasol. Przenieśmy ten mechanizm na makroekonomię i mamy sedno obecnych problemów wewnątrz Eurolandu. Na obszarze unii monetarnej konkurencyjne produkty z Niemiec bez przeszkód wchodzą na rynek grecki i w naturalny sposób przyczyniają się do rozdmuchania greckiego deficytu. Greckie firmy mają małe szanse, by na to skutecznie odpowiedzieć. Na dodatek wspólny rynek i globalizacja tworzą niespotykaną wcześniej sieć gospodarczych powiązań. Dobrze widać ją na przykładzie irlandzkiego systemu bankowego, którego długi to jednocześnie wierzytelności niemieckich, francuskich czy brytyjskich banków. Z kolei banki irlandzkie bardzo ucierpiały po krachu na amerykańskich rynkach finansowych. Jeśli dodamy jedno do drugiego, rodzi się fundamentalne pytanie: jak w tej sytuacji ktokolwiek rozsądny może lansować tezę, że każdy kraj Unii w pełni odpowiada za swoje własne finanse. Przecież to zwyczajne mydlenie oczu.
To krótkowzroczna polityka. Kanclerz zaklina rzeczywistość. Koniecznie chce przekonać Niemców, że możliwy jest powrót do czasów powojennego cudu gospodarczego spod znaku Ludwiga Erharda. Akurat teraz niemiecka gospodarka rośnie dynamicznie i takie hasła mogą znaleźć zwolenników. Jednak szybki wzrost nie będzie trwał wiecznie. Prędzej czy później staniemy przed koniecznością ogarnięcia wszystkiego, co się w ostatnich kilku latach wydarzyło wewnątrz strefy euro. Mam wrażenie, że odpowiedź proponowana przez przywódcę największej gospodarki Starego Kontynentu okaże się po prostu nieskuteczna. Dlaczego? Bo gdy Merkel mówi dziś, że każdy kraj powinien martwić się o swoje długi, to jakby sięgała do szuflady, przebierała się w strój z minionej epoki, po czym wychodziła na ulicę i dziwiła się, że coś tu nie gra. Europejska integracja gospodarczo-walutowa doszła już do momentu, w którym realnych problemów nie da się skutecznie rozwiązywać przy pomocy posunięć na poziomie narodowym. Mogę tego łatwo dowieść.
Pożar greckich finansów publicznych zaczął się mniej więcej rok temu. Przez kilka miesięcy unijni liderzy - z Merkel na czele - ignorowali sygnały, twierdząc, że to wewnętrzna sprawa Aten. Europa broniła się rękami i nogami przed uznaniem tego za problem całego kontynentu. Ostatecznie doszło jednak do stworzenia wartego 750 mld euro Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego, a reszta krajów eurogrupy dała Atenom pożyczkę. Dlaczego? Bo nie dało się już dłużej ukrywać, że ewentualne bankructwo Grecji fatalnie odbije się na gospodarczej kondycji innych krajów unii monetarnej i na samym euro. Ucierpią greccy partnerzy handlowi, czyli wszyscy bez wyjątku, a ewentualny krach greckich finansów uderzy w banki całego kontynentu. Pieniądze stracą też ci, którzy trzymają greckie obligacje. Przyparci do muru politycy stanęli wobec brutalnej rzeczywistości eurointegracji, która sprawia, że nikt nie jest już samotną wyspą. Z tego samego powodu w ostatnich tygodniach zapadła decyzja o podwyższeniu kapitału Europejskiego Funduszu Stabilizacyjnego, z którego ratowane będą zadłużone państwa. Taka jest Europa, w której żyjemy.
Politycy mogą mówić, jak długo tylko chcą, o tym, że każdy kraj UE jest kowalem swojego gospodarczego losu i prowadzi własną politykę, ale w praktyce nie mają innego wyjścia jak tylko pogłębiać integrację ekonomiczną. Pchają ich do tego same wydarzenia. Pamiętam, że gdy jeszcze kilka miesięcy temu prezydent Francji Nicolas Sarkozy mówił publicznie o europejskim rządzie gospodarczym, niemieccy politycy tylko uśmiechali się z politowaniem. Niedawno Merkel sama przyznała po raz pierwszy, że to realna opcja. Od kilku tygodni spieramy się o euroobligacje. Opory są wielkie, ale wcale bym się nie zdziwił, gdybyśmy za kilka miesięcy zobaczyli, że ten czy podobny mechanizm wspólnych unijnych papierów dłużnych zostanie wprowadzony w życie. Na pierwszym planie mamy polityków strojących się w piórka twardych obrońców narodowego interesu, na drugim jednak ci sami politycy idą w kierunku przełomowych decyzji: koordynacji tworzenia budżetów narodowych, otwarcia drogi do głębszej interwencji Brukseli w redukcje zadłużenia. To przecież nic innego jak oddawanie przez państwa narodowe kolejnych elementów definiowanych dotąd jako polityczna czy ekonomiczna suwerenność.
Wszystko to dzieje się niestety za plecami opinii publicznej. Ludzie są karmieni złudzeniami, że Grecy sami spłacą swoje długi. Zamiast tego najważniejsi politycy powinni im wytłumaczyć, że po prostu nie ma powrotu do narodowej Europy. Żyjemy w organizmie, który jest zupełnie nową jakością. Jeśli tego nie zrozumiemy, czekają nas nieuchronne konflikty.
Nie jestem na przykład wcale przekonany, czy obecny kryzys ekonomiczny zakończy się na Starym Kontynencie bez eksplozji przemocy. Pakiety oszczędnościowe przyjęte w Grecji, Hiszpanii czy Irlandii są naprawdę drakońskie. Co więcej, zaciskanie pasa sprawi, że kraje te czeka prawdopodobnie stracona dekada bez lepszych widoków na przyszłość. Napięcia społeczne są nieuniknione. I nie będą to tylko klasyczne antagonizmy na linii biedni Grecy - bogaci Grecy. Ponieważ politycy uciekają od wybijania na plan pierwszy wspólnego europejskiego losu, możemy mieć wkrótce do czynienia z narastającymi antagonizmami między bogatymi i biednymi państwami. W minionym roku bogaci Niemcy, którzy dyktują reszcie drakońskie oszczędności, stali się przecież dla greckich demonstrantów jednym z głównych chłopców do bicia. Niemiecka opinia publiczna reagowała podobnie: Grek stał się synonimem lenia, który myśli tylko o wcześniejszej emeryturze. Trzeba się nauczyć zarządzać tymi wewnątrzeuropejskimi konfliktami.
Będzie to bardzo trudne, bo wszystko, o czym rozmawialiśmy do tej pory, czyli Merkel, Grecja, nawet obecny kryzys, jest ledwie czubkiem góry lodowej. Aby zrozumieć kontekst dzisiejszych napięć, trzeba uświadomić sobie, jak fundamentalnie zmieniło się życie społeczno-gospodarcze w Europie na przestrzeni zaledwie kilku dziesięcioleci. Globalizacja przyniosła wiele nowych zagrożeń, przed którymi tradycyjne instytucje europejskiego ładu, jak partie polityczne, związki zawodowe, państwo socjalne czy nawet państwo narodowe, nie potrafią nas już skutecznie chronić. To dlatego Europejczycy czują się niepewnie.
Weźmy europejski rynek pracy. Ludzie rozpoczynający dziś karierę zawodową są przecież w zupełnie innej sytuacji niż ich rodzice czy dziadkowie. Nie mogą już liczyć na to, że przepracują całe życie w jednym zakładzie czy nawet w jednej branży. Witamy w świecie ludzi wszechstronnych, ale niepewnych przyszłości i żyjących z ciągłą świadomością nieuchronnego przekwalifikowania. Dyplom uniwersytecki? Kiedyś gwarantował dostęp do dobrej pracy i odpowiednią pozycję społeczną. Dziś niczego już nie zapewnia. Nawet klasa średnia - niegdyś ostoja stabilnych, rozważnych i politycznie odpowiedzialnych zachodnich społeczeństw - fundamentalnie się zmienia. Akademicy zmieniają się z urzędników w wolnych strzelców. Kryzys tylko przyspiesza te procesy. W Wielkiej Brytanii publiczne nakłady na szkolnictwo wyższe mają zostać na przestrzeni kilku lat obcięte o 40 proc. To musi przynieść zmiany. Najzdolniejsi oczywiście sobie poradzą. Dla nich eurointegracja otworzyła szerokie możliwości wygrywania na swoją korzyść płacowych różnic między poszczególnymi krajami. Ale są i tacy, dla których globalizacja czy eurointegracja coraz wyraźniej stają się przekleństwem. Słabiej wykwalifikowani pracownicy z Niemiec czy Francji wiedzą, że ich praca może zostać w dowolnym momencie zastąpiona przez tańszą siłę roboczą na przykład z Europy Wschodniej. Państwo narodowe, które było przez lata ich sojusznikiem, bo chroniło przed konkurencją, nie może im już pomóc. Dlatego ich pauperyzacja i gniew będą narastały, przyjmując formę poparcia dla ruchów radykalnych, a Unia stanie wobec problemu skanalizowania tych napięć. Jeśli i tutaj unijni przywódcy zaczną powtarzać, że to kłopot państw członkowskich, a nie całej Wspólnoty, problem nie zostanie rozwiązany i czeka nas nieuchronna eskalacja konfliktu.
Tylko przy pomocy skutecznej polityki na poziomie ponadnarodowym. Żadna inna po prostu nie zadziała. Załóżmy, że jakiś kraj UE chce uśmierzyć gniew swoich robotników i wprowadza płacę minimalną. Może to zrobić, ale działając na własną rękę, niewiele osiągnie, bo ryzykuje, że straci konkurencyjność w porówaniu do innych członków Eurolandu. Sens ma jedynie jedna wspólna regulacja w sprawie płacy minimalnej na poziomie całej strefy euro. Bardzo bym się zdziwił, gdyby taki postulat nie stał się w najbliższych latach głównym hasłem socjaldemokratycznych partii na Starym Kontynencie.
Wielu może uznać to za zbytni idealizm, ale uważam, że wkrótce pojawi się też konieczność globalnych regulacji.
To nie takie proste. Gdy w 2008 roku wybuchł kryzys finansowy, kwestia globalnego zarządzania polityczno-finansowego na poważnie weszła przecież na agendę G8 i G20. Podjęto nawet konkretne kroki, które miały wpływ na realną gospodarkę. Uchwalono na przykład zwiększenie środków na Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który od tamtej pory bardzo się uaktywnił i uchronił kilka krajów przed niewypłacalnością. Stało się tak dlatego, że światowe media i opinia publiczna zwizualizowały globalną katastrofę gospodarczą, do której dojdzie, jeżeli nie nastąpi korekta systemu. Świat się przestraszył i zobaczył, że zmiany są konieczne.
Reformy są generalnie trudne, bo nie wiadomo przecież, co przyniosą. Każdy, kto kiedykolwiek podejmował strategiczne decyzje, wie, jak duża jest pokusa, by iść wypróbowaną drogą i nie eksperymentować. Dlatego nie doszło do głębszych reform międzynarodowego systemu finansowego. Wielu polityków myślało: a może wystarczy przyczaić się, przeczekać burzę i dokonać jedynie kosmetycznych zmian. Będzie to trwało aż do następnego kryzysu. Bo politycy mogli się zatrzymać, ale globalizacja bynajmniej nie zwolniła. Jeszcze nieraz przyjdzie nam się zmierzyć z jej skutkami. ●
@RY1@i02/2011/009/i02.2011.009.186.0004.001.jpg@RY2@
Fot. Reuters/Forum
Nie jestem wcale przekonany, że obecny kryzys zakończy się w Europie bez eksplozji przemocy. Ostre napięcia, np. na linii biedna Grecja - bogate Niemcy, są nieuniknione - uważa Ulrich Beck
@RY1@i02/2011/009/i02.2011.009.186.0004.002.jpg@RY2@
Fot. PAP
Ulrich Beck, niemiecki socjolog, jest jednym z najważniejszych współczesnych myślicieli polityczno-ekonomicznych w Europie. Wykładał m.in. na Uniwersytecie Ludwika Maksymiliana w Monachium, London School of Economics i na Harvardzie. Analizując zmiany zachodzące we współczesnym społeczeństwie, wykreował wiele pojęć, których nazwy przeniknęły do europejskiej debaty publicznej. Jego najważniejsze książki: "Społeczeństwo ryzyka. W drodze do innej nowoczesności", "Władza i przeciwwładza w epoce globalnej. Nowa ekonomia polityki światowej" czy "Europa kosmopolityczna. Społeczeństwo i polityka w drugiej nowoczesności" ukazały się po polsku nakładem wydawnictwa Scholar
Z Ulrichem Beckiem rozmawia Rafał Woś
Nadchodzące miesiące będą czasem próby dla europejskiej integracji gospodarczej. Katalog wyzwań pokazuje, że mogą być one jeszcze bardziej dramatycznie niż rok 2010.
Według analizy banku UniCredit rządy strefy euro będą musiały pozyskać w nadchodzącym roku na rynkach finansowych aż 560 mld euro na domknięcie swoich budżetów. To zdecydowanie najwyższa suma od czasu utworzenia unii gospodarczo-walutowej. Na dodatek w ciągu nadchodzących dwóch lat banki w strefie euro muszą pozyskać ok. 1,3 bln euro.
Na cenzurowanym znajdzie się zwłaszcza Hiszpania. Moody''s wyliczył, że rząd Zapatero powinien sprzedać obligacje za sumę 170 mld euro, władze regionalne muszą zdobyć kolejne 30 mld, a banki z Półwyspu Iberyjskiego staną wobec konieczności znalezienia 90 mld. Ta ostatnia liczba może jeszcze wzrosnąć, bo prawdziwe koszty uwikłania hiszpańskich banków i kas oszczędnościowych (tzw. cajas) w niespłacalne kredyty hipoteczne wciąż pozostają nieznane. Nie jest więc wykluczone, że w miarę upływu czasu hiszpańskie zadłużenie zacznie rosnąć w tak szybkim tempie jak dług Irlandii pod koniec ubiegłego roku.
Niestety Hiszpania to tylko początek europejskich problemów: włoski rząd będzie chciał ściągnąć z rynków 192 mld euro, a Portugalia 15 - 20 mld euro. Jeśli im się nie uda, strefę euro czekają dalsze zawirowania, obniżanie ratingów i wystąpienie kolejnych krajów o pożyczkę z Europejskiego Funduszu Stabilizacji Finansowej (EFSF), jak w poprzednim roku zrobiły Ateny i Dublin. Według badania przeprowadzonego przez bank Barclays Capital aż 60 proc. inwestorów spodziewa się takiego scenariusza. 30 proc. z nich jest wręcz przekonanych, że dług któregoś z członków eurogrupy będzie musiał zostać poddany restrukturyzacji (co oznacza faktyczne bankructwo). Jednak tylko 4 proc. z nich uważa, że spowoduje to rozpad konstrukcji wspólnego unijnego pieniądza.
W nadchodzącym roku poznamy zapowiadane od wielu miesięcy kroki w kierunku zacieśnienia europejskiej integracji gospodarczej, która wydaje się unijnym liderom jedynym sposobem na wyrwanie Unii z kłopotów. Proces zacznie się w marcu, gdy na szczycie UE staną szczegółowe poprawki do unijnych traktatów. Wejdą one w życie 1 stycznia 2013 r., gdy wygaśnie dotychczasowy wart 750 mld europarasol finansowy dla zadłużonych. Znajdzie się w nich zapis o pociągnięcie prywatnych wierzycieli do finansowej odpowiedzialności za przyszłe bailouty zadłużonych państw w ramach tzw. collective action clauses.
Najwięksi unijni gracze z Niemcami na czele zgodzą się też prawdopodobnie przeznaczyć na ratowanie innych stolic więcej pieniędzy. Nie mają wyjścia. MRL Corporation szacuje np., że sam bailout Hiszpanii kosztowałby przynajmniej 500 mld euro.
To jednak wcale nie koniec pogłębiania integracji. W 2011 r. poznamy też najpewniej dalsze szczegóły sankcji finansowych dla krajów łamiących kryteria z Maastricht, wprowadzony w życie zostanie też "europejski semestr" (czyli przesyłanie projektów budżetowych już we wczesnej fazie ich powstawania do akceptacji przez Brukselę), zaczną również działać nowe instytucje unijnego nadzoru finansowego: Europejska Komisja Bankowa czy Europejska Komisja Papierów Wartościowych i Rynków, które będą wymuszać wspólną interpretację i stosowanie unijnych przepisów finansowych. Możliwe także, że w połowie roku, gdy nabiorą tempa negocjacje nad nową perspektywą budżetową wspólnoty, powróci pomysł wspólnego unijnego opodatkowania.
Rosnąca frustracja mieszkańców Starego Kontynentu może doprowadzić w tym roku do przemodelowań wśród unijnych elit. Rozpoczną w lutym lub marcu Irlandczycy, którzy wybiorą nowy parlament i odsuną od władzy rządzącego od początku kryzysu Briana Cowena. Opozycyjne partie, czyli Fine Gael i laburzyści, już zapowiadają, że będą chciały renegocjować warunki listopadowego bailoutu, które są ich zdaniem niesprawiedliwe dla mieszkańców Zielonej Wyspy. Drugą wielką próbą będzie seria wyborów lokalnych w Niemczech. Decyzje podjęte przy urnach wyborczych przez mieszkańców Saksonii-Anhalt, Badenii-Wirtembergii, Nadrenii-Palatynatu (marzec) oraz Meklemburgii i Berlina (wrzesień) mogą znacząco wpłynąć na politykę Angeli Merkel, która jest pod olbrzmią presją swoich wyborców, by nie przerzucać zbyt dużej części rachunku za ratowanie Europy na barki niemieckiego podatnika.
RW
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu