Bronię Greenspana
Miał przekłuć bańkę kilka lat wcześniej podwyżkami stóp? I wpędzić świat w recesję?
Maciejem Tymowskim
Tydzień temu namieszał u nas chochlik drukarski. Omyłkowo opatrzyliśmy pańskim zdjęciem rozmowę z Hermannem Simonem. Przepraszamy!
Nie gniewam się. Miałem z tego powodu kilka zabawnych telefonów, w których znajomi donosili, że mam sobowtóra. Jeszcze bardziej intrygujące jest to, że nie była to pierwsza pomyłka, która towarzyszyła moim przygotowaniom do rozmowy z panem.
?
Umówiliśmy się na rozmowę o "Mapie i terytorium" Alana Greenspana, prawda?
Tak.
Zamówiłem sobie tę książkę w księgarni. Podyktowałem tytuł i autora. Kilka dni później dostałem telefon, że już jest. Poszedłem na miejsce i sprzedawca wręczył mi "Mapę i terytorium". Tyle że Michela Houellebecqa.
Nie wierzę.
Sprzedawca był bardzo strapiony. Zarzekał się, że wprawdzie zawsze notują też autora, ale w praktyce "tytuły się przecież nie powtarzają"!
A jednak.
Zbieg okoliczności to pewnie nie był. I można przypuszczać, że wydawca książki Greenspana chciał uszczknąć trochę popularności Houellebecqa. Tak czy inaczej, uważam jednak, że ten tytuł - choć może prowadzić do księgarskich nieporozumień - jest dobrze dobrany.
Dlaczego?
Bo Greenspan w wielu miejscach tej książki pokazuje, że skala obserwacji determinuje wnioski. Jeżeli patrzy pan na kartkę białego papieru, to mówi pan, że ta kartka jest biała. To oczywiste. Ale jeżeli chce pan zrobić dokładniejszą analizę, sięga pan po szkło powiększające. I wtedy widać plamki. A gdy bierzemy do ręki jeszcze bardziej skuteczne narzędzie -, mikroskop elektronowy - to wtedy się okazuje, że plamki są niebieskie albo czerwone. I powstaje problem ze zrozumieniem tego, co naprawdę widzimy. Czy to biała kartka, czy może kolorowe plamki. Mapa nie powie tego, co wyjazd w teren.
A Greenspan to kartka czy plamki?
Greenspan opowiada w tej książce o przyczynach kryzysu 2008 r. Nie jest to jednak pierwsza lepsza opowieść pierwszego lepszego obserwatora. W końcu ten facet był przez prawie 20 lat szefem Fed. W kręgach gospodarczych otaczał go kult podobny to estymy, którą cieszył się w Polsce Jan Paweł II. I generalnie dorobek Greenspana należy uznać raczej za pozytywny. Ogólnie uważa się, że w okresie kadencji Greenspana USA przeżywały okres swojego największego w historii dobrobytu.
Jest pan dla niego łaskawy. Bo nie brak głosów, że były szef Fed należy do głównych winowajców kryzysu 2008 r.
Zgadzam się z tym tylko częściowo. Utwierdza mnie w tym zresztą lektura tej książki. Greenspan ma dwie wielkie zasługi. Pierwsza, gdy na początku urzędowania stworzył doktrynę, że w razie ostrego kryzysu bank centralny powinien zaopatrzyć w płynność sektor finansowy. Drugą zasługą jest utrzymywanie przez długi czas niskich stóp procentowych. I to pomimo bicia na alarm przez przerażonych groźbą inflacjii neoliberalnych jastrzębi.
Czy to właśnie nie te niskie stopy doprowadziły do napompowania bańki na rynku nieruchomości?
Owszem. Ale co Greenspan miał zrobić? Przekłuć bańkę kilka lat wcześniej ostrymi podwyżkami stóp? Mordując koniunkturę kredytobiorców i wpędzając świat w recesję? Gdyby był ortodoksyjnym monetarystą i nieodrodnym uczniem Miltona Friedmana - jak mu to wielu zarzuca - tak by pewnie postąpił. Ale on nie był dogmatykiem.
Zaraz się okaże, że Greenspan był keynesistą?
Na to był za blisko przedkryzysowego głównego nurtu.
A nie jest tak, że dogmatycznie wierzył w wolny rynek?
To też jest sprawa złożona. Z jednej strony Greenspan całym sercem wspierał rozmontowywanie rozgraniczenia między bankowością oszczędnościową a inwestycyjną. I to się stało właśnie w latach 90., gdy on był absolutnym guru. Na tym polu jego odpowiedzialność jest ewidentna.
Jak to "z jednej strony"? On nieraz powtarzał, że rynek ma zawsze rację. Że jak mu zaufamy, nie będzie kryzysów.
Z lektury tej książki odnoszę raczej wrażenie, że Greenspan używał argumentu o nieomylności rynku jako swojej polisy ubezpieczeniowej. Proszę sobie wyobrazić szefa Fed, który jest pod ciągłą presją. Z jednej strony polityków, od których zależy przecież jego los. Z drugiej - potężnego lobby finansowego. Dla niego było wygodnie zasłaniać się rynkiem i mówić o obiektywnych prawach rządzących gospodarką. To mu dawało pewien margines wolności. Konieczny do prowadzenia pragmatycznej polityki, którą uważał za słuszną. To rynek miał dyktować politykę finansową, a nie naciski poszczególnych lobby czy ambicje polityków.
Ale przecież Fed jest instytucją niezależną.
Tak, ale pewne życzenia prezydentów nie mogły być przez niego ignorowane. Jak prośba Billa Clintona, aby umożliwić branie kredytów hipotecznych osobom mniej zarabiającym. A pamięta pan hasło prezydenta George’a W. Busha z 2002 r.? Przecież mówił, że każdy Amerykanin powinien być właścicielem swojego domu.
A co pana raziło w tej książce?
Jego twierdzenie, że kryzys czy - używając języka Greenspana - tsunami były gromem z jasnego nieba. Raziło mnie twierdzenie, że każdy dolar wydany na świadczenia socjalne to dolar mniej na inwestycje - przy znacznym wykorzystaniu mocy produkcyjnych to dolar dodany do popytu. Zaskoczyła mnie jego wiara, że zderegulowany system finansowy posiada cechy samoregulujące. Zastanawia mnie jego twierdzenie, że system finansowy był właściwy, tylko zabezpieczenia alarmowe nie zadziałały. I na tym jego zdaniem należy się skupić w przyszłości.
@RY1@i02/2014/241/i02.2014.241.00000280b.802.jpg@RY2@
wojtek górski
Maciej Tymowski wyjechał z Polski w 1964 r., przez wiele lat pracował w Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju (UNCTAD), po 1989 r. pełnił obowiązki szefa biura ONZ w Polsce, następnie stał na czele polskiego oddziału koncernu budowlano-przemysłowego Sika. Obecnie szefuje własnej firmie doradztwa technologicznego Protym
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu