Więcej luzu dla Greków, mniej narzekania na złe banki
W opowieści o przyczynach ostatniego kryzysu konkurują ze sobą dwie narracje. Obie równie nieprawdziwe
Janem Toporowskim
Co pan ostatnio przeczytał?
Niedawno skończyłem książkę "Europe on the Brink. Debt Crisis and Dissent in the European Periphery" (Europa na krawędzi. Kryzys zadłużeniowy i opór w peryferyjnej Europie). Przeczytałem ją i odczułem pewne znużenie.
Znużenie?
To jest zbiorowa praca napisana pod kierunkiem Tony’ego Phillipsa - wojującego krytyka polityki zaciskania pasa. Phillips sam napisał rozdział o Irlandii, są tutaj również teksty młodych ekonomistek i moich własnych doktorantek: Mariany Mortaguy o Portugalii i Christiny Laskaridis o Grecji. Mam jednak wrażenie, że ich interpretacja kryzysu jest przeznaczona wyłącznie dla tych, którzy się z nim już zgadzają. A nie dla człowieka myślącego.
Dlaczego?
Kryzys zadłużeniowy w Europie trwa od dobrych 5 lat. Ale nadal rozmowa o nim jest bardzo dogmatyczna. Mamy więc dominującą w mediach opowieść o żyjących ponad stan południowcach - Grekach, Portugalczykach czy Włochach, którzy powinni się wreszcie wziąć za siebie. Tę narrację krytykują autorzy tacy jak Phillips. Słusznie zarzucając jej operowanie narodowymi stereotypami i ślepą wiarę w sens polityki oszczędzania za wszelką cenę. Jednak Phillips i inni zbyt łatwo popadają w inną skrajność. Twierdzą, że w ich książce nastąpi wreszcie oddzielenie faktów od mitów. A potem sami budują mity o złym sektorze finansowym, który zagnał narody w pułapkę długu. Ten mit martwi mnie nie mniej niż wychwalanie austerity. Bo jako finansista o keynesowskim podejściu wiem, jak ważna jest płynność sektora bankowego dla całej gospodarki. I jak niebezpiecznym zjawiskiem jest przekonanie ludzi, że dług to coś z gruntu złego. A do tego się niestety sprowadzają obie konkurujące ze sobą opowieści.
Dziwi się pan? To jest wojna na narracje.
Ale żadna z nich nigdy nie zwycięży ostatecznie. Bo żadna nie jest do końca prawdziwa. Zarówno opowieść o "leniwych Grekach i pracowitych Niemcach", jak i przekonanie, że to polityka austerity jest praprzyczyną obecnych kłopotów Południa.
To co jest przyczyną?
Po pierwsze wadliwa konstrukcja unii monetarnej, która miała przynieść stabilność i wzrost, ale się z tej obietnicy nie wywiązała. Po drugie realne problemy strukturalne wielu krajów. Słabość sektora prywatnego w Portugalii czy Grecji. Jego nadmierna koncentracja na pogoni za krótkoterminowym zyskiem. Ale również słabość państwa niepotrafiącego zadbać tam w należyty sposób o łagodzenie wahań koniunktury.
A widać w tej książce jakieś nowe, świeże myśli dotyczące sposobów wyjścia z kryzysu zadłużeniowego?
Bardzo mocnym rozdziałem jest opowieść Roberta Lavagniego, argentyńskiego ekonomisty i ministra gospodarki z czasów wychodzenia jego kraju z kryzysu po bankructwie 2001 r. Lavagni jest zbyt wytrawnym politykiem, by dawać rady Grekom czy Portugalczykom. On zwraca tylko uwagę, jak ważne jest w takich przypadkach codzienne zarządzanie kryzysowe. To właśnie zarządzania kryzysowego brakuje dziś krajom Południa. Tamtejsze rządy powinny to robić, ale są ubezwłasnowolnione przez wywierającą na nie presję Brukselę. Trojka czy eksperci MFW nie mają z kolei mandatu i politycznego wyczucia. Ich propozycje są technokratyczne i zazwyczaj skupiają się na jakimś detalu. Nic dziwnego, że niczego nie rozwiązują.
W Grecji wkrótce przedterminowe wybory parlamentarne.
I rząd, który się po nich wyłoni, musi dostać od Europy odpowiednio dużo luzu, by zaproponować jakąś formę zarządzania kryzysowego. To będzie dużo lepsze niż ciągłe bezproduktywne rozważania o wyjściu lub pozostaniu w strefie euro.
@RY1@i02/2015/005/i02.2015.005.00000280a.802.jpg@RY2@
wojtek górski
Jan Toporowski profesor ekonomii i finansów Uniwersytetu Londyńskiego
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu