Jak pandemia minireformę budżetową sprawiła
W tym tygodniu będziemy świadkami rzadko obserwowanego zjawiska: na jednym posiedzeniu Sejm zajmie się dwoma budżetami, tegorocznym i przyszłorocznym. To zapewne przypadek, ale urasta do rangi symbolu. Tyle lat dyskusji, starań ministrów i wice ministrów finansów, by budżetową perspektywę rozciągnąć dłużej, niż na jeden rok, a tu proszę: zamieszanie, jakie wywołał wybuch pandemii, wprowadziło dobrą zmianę tylnymi drzwiami. Owszem, mamy coroczne wieloletnie plany finansowe państwa, ale – powiedzmy sobie szczerze – są one raczej zarysem tego, co się może dziać w budżetach i nie mają mocy zobowiązującej.
Pandemiczna minireforma budżetowa nie polega jednak głównie na tym, że dwa budżety będą (są) procedowane jednocześnie, a na tym, że tegoroczny plan dochodów i wydatków mocno się zazębia z przyszłorocznym. Wystarczyło wyłączyć regułę wydatkową na ten rok (efekt ogłoszenia stanu epidemicznego), by rząd kreatywnie podszedł do tzw. zarządzania saldem budżetu i zaczął układać wydatki jak puzzle, przesuwając je między 2020 i 2021 r.
Rację mają ci ekonomiści, którzy odradzają wyliczanie osobno tegorocznego i przyszłorocznego deficytu, bo to nie ma większego sensu. Z dużym prawdopodobieństwem już nowelizacją ustawy na 2020 r. rząd będzie prefinansował niemałą część nakładów, które zostaną zrealizowane dopiero w 2021 r. Przykład: pieniądze na 13. i 14. emeryturę. Fundusz Solidarnościowy dostanie je w tym roku, ale wykorzysta dopiero w przyszłym. Już dziś wiadomo, że także w przypadku niektórych wydatków na inwestycje w tym roku „zostanie wszczęta jedynie procedura”, a faktycznie pieniądze do gospodarki trafią dopiero w roku przyszłym.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.