"Słupy" z zarządów polskich firm coraz częściej mówią po ukraińsku. I znikają bez śladu
Inwestorzy ustanawiają prezesami spółek obywateli zza wschodniej granicy. Dla wielu w razie bankructwa to sposób na ucieczkę przed wierzycielami
Andrij przyjechał z Charkowa do Polski zaledwie na dzień. W jednym celu: aby zostać prezesem zarządu nowo utworzonej spółki. Wszelkie formalności załatwił z prawnikiem reprezentującym drogą kancelarię. Na końcu podpisał jeszcze 30 kartek in blanco. Za te czynności miał otrzymać 3 tys. zł. Drugiego dnia wrócił na Ukrainę. Tymczasem spółka, którą rzekomo zarządzał, zaczęła urządzać nielegalne gry hazardowe na automatach. Andrij był zatem tzw. słupem - osobą fizyczną użytą przez przestępców podczas dokonywania oszustw gospodarczych. Dotychczas zazwyczaj słupami zostawali głównie Polacy, często bezdomni, osoby uzależnione od używek bądź pochodzące z nizin społecznych. Wielu z nich nie otrzymywało nawet obiecanego wynagrodzenia, więc decydowali się na zeznawanie przeciwko swoim spółkom. Jak udało nam się jednak ustalić, dziś coraz częściej w rolę słupów wcielają się obywatele zza wschodniej granicy, przede wszystkim z Ukrainy. Funkcję prezesa piastują pozornie, bo spółką zarządza w ich imieniu pełnomocnik lub prokurent.
Skorzystaj z PROMOCJI NA PIERWSZY MIESIĄC.
Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich treści:
wyjaśnień ekspertów, raportów i pogłębionych analiz oraz narzędzi dla specjalistów.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z PROMOCJI NA PIERWSZY MIESIĄC.
Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich treści:
wyjaśnień ekspertów, raportów i pogłębionych analiz oraz narzędzi dla specjalistów.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.