Wadliwie sformułowane przepisy prawa dają gwarancję wadliwego ich stosowania w praktyce
Niektórzy legislatorzy sądzą, że kiedy żywcem przepiszą unijną dyrektywę, to pozbędą się kłopotu. Tymczasem nie tędy droga
Język prawa powinien być zrozumiały dla wszystkich. Oczywiste więc jest, że konstytucja, ustawy i rozporządzenia, z których wynikają prawa i obowiązki obywateli, muszą być napisane nie tylko precyzyjnie, lecz także czytelnie. Każde słowo aktu prawnego powinno też coś znaczyć. Wszystko to zostało zresztą spisane w obowiązującym od dziesięciu lat rozporządzeniu prezesa Rady Ministrów w sprawie zasad techniki prawodawczej (Dz.U. z 2002 r. nr 100, poz. 908).
Prawo zamiast szczeżui
Chwilami można jednak odnieść wrażenie, że rozporządzenie sobie, a obfita twórczość legislacyjna sobie.
- Przecież załącznik do rozporządzenia zatytułowany "Zasady techniki prawodawczej" obowiązuje w zasadzie tylko agendy rządowe. Inni twórcy przepisów prawa stosują te wskazówki tylko o tyle, o ile uznają je za rozsądne. Poza tym rozporządzenie nie przewiduje żadnych sankcji za złamanie przewidzianych w nim reguł - przypomina prof. Maciej Zieliński, prawnik zasiadający w Radzie Języka Polskiego.
- Nie sądzę zresztą, żeby karanie legislatorów miało sens - dodaje profesor. - Poza tym nie można pomijać drugiej strony tego zagadnienia, a mianowicie adresatów norm prawnych. Oni również muszą być przygotowani do rozumienia przepisów. O języku tekstów prawnych powinno się mówić już w szkole średniej. Nawet gdyby miało się to odbywać kosztem przyswajania wiedzy o szczeżujach i pratchawcach. Tymczasem prawo i zasady legislacji wykładane są dopiero na uniwersytetach, a szeroka publiczność ciągle sądzi, że obowiązki mają wyłącznie twórcy przepisów i dlatego muszą je redagować tak, żeby wszyscy bez wyjątku je rozumieli. Uważam, że nie ma w tym racji, ponieważ język prawny może być bliski naturalnemu tylko na tyle, na ile da się wyeliminować wieloznaczność języka naturalnego - mówi profesor Zieliński.
Europejska samica owcy
Co zatem mają zrobić ci, którzy zadali sobie trud dowiedzenia się, jakie wskazówki dla legislatorów wydał premier, i sądzą, że prawo zawsze powinno być czytelne i nie musi śmieszyć? A mimo tego codziennie dowiadują się z nowych ustaw i rozporządzeń czegoś, czego nie byliby w stanie ot tak wymyślić, mówiąc lub pisząc to samo poprawnie po polsku.
Biorąc pierwsze z brzegu rozporządzenie dowiadujemy się, ile wynosi dotacja z funduszy unijnych "w przypadku płatności do samic gatunku bydło domowe (Bos taurus) i do samic gatunku owca domowa (Ovis aries), o których mowa w art. 7 ust. 2b pkt 2 ustawy z dnia 26 stycznia 2007 r. o płatnościach w ramach systemów wsparcia bezpośredniego". Pominąwszy więc kwestię podkreślenia - jak w każdym zresztą akcie prawnym - że pochodzi on z dnia, a nie z nocy, mamy dowód na to, że Unia dopłaca do hodowli krów i jałówek, a nie do byków i wołów. Jeżeli zaś chodzi o owce, to pieniądze zapewne należą się tylko za maciorki, a nie za barany czy skopy, skoro konieczne są przy obliczaniu dotacji podstawy zootechniki. Zapewne jednak nie można było sobie z tym poradzić zwyczajnie, skoro od ośmiu z górą lat króluje kalka z angielskiego i nikt nie wymusza tłumaczenia ani na naturalny, ani na prawny język polski.
- Zgadzam się, że praktyka towarzysząca implementacji prawa Unii do polskiego porządku prawnego jest wadliwa, a przeciwdziałanie temu zjawisku niedostateczne - przyznaje Maciej Berek, prezes Rządowego Centrum Legislacji.
Okazuje się jednak, że poza wiedzą i staraniem legislatorów potrzebne jest zrozumienie problemu ze strony urzędników odpowiadających merytorycznie w ministerstwach za poszczególne dziedziny. Konieczne jest również współdziałanie prawników, którzy oceniają zgodność polskich przepisów z prawem UE, a także tych z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, którzy sprawdzają poziom wykonania prawa Unii.
- Przyznaję, że prawo wspólnotowe trzeba przekładać na krajowy język prawny, używając właściwych mu pojęć i instytucji, ale to jest o wiele trudniejsze niż automatyczna działalność translatorska. Jednocześnie zła praktyka tak silnie się już utrwaliła, że często nie jesteśmy w stanie skutecznie z nią walczyć - dodaje prezes RCL.
Dostojeństwo bez sensu
- Dla mnie grzech główny twórców prawa wynika z potrzeby używania żargonu po to, by nadać dostojeństwa pisanemu aktowi, a pośrednio i twórcy. Wszak tajemnicą poliszynela jest, że każdy ambitny poseł tak bardzo chce się zasłużyć dla środowiska, z którego pochodzi, że gotów jest na każde poświęcenie systemu prawa. Skutek tego jest taki, że co akt, to nowy, śmiało zaprojektowany aparat pojęciowy. I tylko adresaci są potem bezradni - uważa Mariusz Korpalski, poznański radca prawny.
Prosty przykład: definicja działalności gospodarczej. Inaczej mówi o niej kodeks cywilny, inaczej ustawa o swobodzie działalności gospodarczej, inaczej ordynacja podatkowa. Własne definicje tegoż pojęcia zawierają również ustawy o podatku od towarów i usług, o podatku dochodowym od osób fizycznych i o systemie ubezpieczeń społecznych. Tymczasem z opisu zasad techniki prawodawczej wynika wyraźnie, że w ustawie należy posługiwać się określeniami, które zostały użyte w ustawie podstawowej dla danej dziedziny spraw, w szczególności w ustawie określanej jako kodeks lub prawo. Poza tym do oznaczenia jednakowych pojęć używa się jednakowych określeń.
Tyle rozporządzenie. W praktyce zaś po latach stosowania każdego niejasnego prawa bez wykładni dokonanej np. przez siedmiu sędziów Sądu Najwyższego lub przez całą izbę Naczelnego Sądu Administracyjnego ani rusz.
- Może się jednak zdarzyć, że taka uchwała nie trafi w intencje prawodawców. Wtedy koło się zamyka. Pojawiają się kolejne zmiany ustawy i zmiany do zmian - mówi Małgorzata Niezgódka-Medek, sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego, członek władz Polskiego Towarzystwa Legislacji. - Zasada jest bowiem prosta. Wadliwe przepisy dają gwarancję wadliwego ich stosowania, a w następnej kolejności rozbieżne orzecznictwo - uważa sędzia.
Dobromiła Niedzielska-Jakubczyk
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu