Handel, technologia, praca. Oby Polska była drugą Japonią
Wróciłem do Japonii po 20 latach. Wtedy przez ponad rok pracowałem jako informatyk w firmie zajmującej się grafiką, m.in. zajmowaliśmy się modelowaniem dna morskiego na zlecenie jednego z japońskich ministerstw. Minęło ponad 20 lat, siedzę w restauracji serwującej wykwintne dania razem z dwoma kolegami z dawnej firmy. Jeden został dyrektorem i zajmuje się programami wspierającymi ruch satelitów, drugi jest inżynierem opracowującym oprogramowanie w robotyce przemysłowej. Jakoś się dogadujemy po japońsku, jednak nie zapomniałem wszystkiego. Obaj ciężko pracują. Takahashi, który został dyrektorem (po japońsku bucho), ma średnio pięć dni wolnego rocznie. Pytam ich, jak to możliwe, że na świecie pisze się o trwającym od 20 lat kryzysie w Japonii, a ja widzę, że pociągi są zatłoczone bardziej niż kiedyś, a w sklepach z elektroniką i ubraniami niemiłosierny tłok. Oni obaj zarabiają bardzo dobrze i nie widzą żadnego kryzysu. Zamawiamy kolejne sashimi i piwo. Wszystkie pokoje w restauracji są pełne, na matach ryżowych siedzą sarariman, czyli pracujący na etacie mężczyźni ubrani w czarne garnitury, którzy wyszli do restauracji po pracy. Już kilka razy zdarzyło się, że kiedy próbowaliśmy zjeść kolację w dzień powszedni, to kelnerzy mówili nam "gomen nasai (przepraszam), ale nie ma miejsca". Liczba restauracji w Tokio jest niesamowita, a mimo to często wieczorem nie ma wolnych stolików. Taki to kryzys.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.