Równolegle
W "Przypadku według Krzysztofa Kieślowskiego" brzmią echa słynnego filmu, ale spektakl jest dziełem autonomicznym - próbą odpowiedzi na pytanie, czy jest w nas chęć sprostania wyzwaniu postawionemu przez wielkiego reżysera
Wiem, że nie jestem sam z przeświadczeniem, że "Przypadek" Krzysztofa Kieślowskiego to coś więcej niż film. Nie umiem powiedzieć, ile razy go oglądałem, bo do historii Witka Długosza wracam regularnie, mniej więcej co kilka miesięcy. I ze zdumieniem stwierdzam zawsze, że film Kieślowskiego nie postarzał się nawet o jotę, wciąż działa szaleńczy bieg bohatera po peronie dworca Łódź Fabryczna, a wcześniej moneta przydeptywana przez przypadkowego pijaka. Gdy oglądałem "Przypadek" po raz pierwszy w roku 1988, miałem szesnaście lat i bardzo chciałem być jak Bogusław Linda w roli Witka. Dziś bez żadnego trudu rozumiem siebie sprzed lat. Dał Kieślowski w "Przypadku" paradygmat przyzwoitości, który stał się myślą założycielską i dla mojego pokolenia. W jednej z najbardziej przejmujących scen bohater dzwonił do umierającego ojca i w słuchawce słyszał tylko "Nic nie musisz". Trudno zapomnieć to zdanie, podobnie jak modlitwę Witka: "Proszę Cię Boże, żebyś był".
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.