Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Decentralizacja, głupcze

20 maja 2019
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Pomysłów na różnorodność jest wiele. Czemu więc nie spróbować oddać władzy samorządom?

fot. Paweł Piotrowski/Agencja Gazeta

Kilkanaście lat temu napisałem felieton pt.: „TWM, czyli Teraz Właśnie My” („Gazeta Wyborcza” z 28 sierpnia 2002 r.), opublikowany też w książce „Setką na sześćdziesiątkę”. Sam nie wiem, czy to wymyśliłem, czy było to następstwem słynnego TKM, niemniej jednak już wtedy roztaczałem wizję idealnego samorządowca. Nie muszę się po tych kilkunastu latach (choć najpierw napisałem kilku, ale to kilkanaście) wstydzić zawartych tam sformułowań. Ale dla tych, którzy nie mają do tekstu dostępu, przypominam fragment: „Idealny samorządowiec powinien posiadać: wizję, przekonanie innych do swoich pomysłów, konkretne programy (projekty). (…) Wizja to pewien pomysł na zrobienie kroku do przodu, na to, by po czterech latach, które szybko miną, można było dostrzec, że zrobiło się coś rzeczywistego. Jednak nie wystarczy mieć tylko wizję, należy do niej przekonać wyborców, aby mogli oni kontrolować przedwyborcze obietnice. (…) Przyszli samorządowcy muszą zdawać sobie sprawę, że rozpoczęła się konkurencja miast, gmin, powiatów, regionów między sobą, a powinna skończyć się polityka w samorządach”. Na końcu postawiłem pytanie: „Bo czy droga może mieć barwy polityczne?”. Nie sądziłem, że po pierwsze, przyjdzie mi wracać do czegoś, co napisałem jeszcze przed wejściem Polski do UE, a po drugie, że słowa te nie straciły na znaczeniu.

Impulsem do sięgnięcia do cytowanego tekstu stała się sytuacja, w jakiej Polska i Polacy znaleźli się pod koniec drugiej dekady XXI w., i pojawiające się recepty na zmiany. Trudna sytuacja dotyczy pęknięcia, wyrwy, która pojawiła się w naszym społeczeństwie, Polski pękniętej dokładnie na pół. Nie interesuje mnie historyczne podłoże tego stanu rzeczy (nie zajmuję się też polityką, która ma z tym stanem związek), ale raczej to, jak z takiej, wydaje się patowej, sytuacji można wyjść. Czy jest to w ogóle możliwe? Intuicyjnie pewnie czujemy, że te dwa wrogie sobie obozy, z częścią społeczeństwa, która znalazła się w środku tego rowu zantagonizowanych plemion, mogą trwać w nieskończoność. Trudno sobie wyobrazić jakieś proste rozwiązania, które mogłyby ten stan zmienić. A tu niespodzianka. Ponad rok temu powstało stowarzyszenie Inkubator Umowy Społecznej (IUS), które postawiło sobie za cel „opracowanie nowych rozwiązań ustrojowych, które stałyby się podstawą trwałego porozumienia Polaków o różnych poglądach i sympatiach politycznych”. Kropka. Po roku działania stowarzyszenia, które nie jest żadnym think tankiem, do którego nie mogą należeć członkowie partii politycznych, a którego członkowie przecież mają swoje poglądy od lewa do prawa, można dostrzec efekty jego prac. Już sam skrót nazwy stowarzyszenia predystynuje go do tego, aby poświęcić mu trochę miejsca w DGP. Użyte przypadkowo bądź nie, ale dla nas, prawników, ius to słowo bardzo ważne. Bo przecież ius to prawo (także ustawa, zasada prawna) i wszystko, co może się z tym słowem wiązać (m.in. cogens, dispositivum, publicum, personarum, canonicum itd.). W kontekście problemu, który dziś poruszam, najważniejszy jest związek słów „ius” i „commune”.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.