Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Z mamą w studiu

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Jamie Woon ma 28 lat, niesamowity głos i pisze świetne piosenki, czego dowodem jego debiutancka płyta "Mirrorwriting". W sobotę zagra w Warszawie

Jamie Woon: Nie, ta szkoła nie wyrabia kontaktów w show-biznesie. Na przykład dostajesz na zajęciach takie zadania: musisz stworzyć zespół z wybranymi kolegami z klasy i w ciągu semestru napisać razem z nimi siedem piosenek. W zależności od zainteresowań możesz też pracować nad wizerunkiem, tańcem, głosem, piosenkami, produkcją. Pamiętam, że niektórym już wtedy wydawało się, że są wielkimi gwiazdami pop.

Byłem jednym z pierwszych roczników, więc żadnej z nich niestety nie spotkałem. Nikt z moich znajomych nie zrobił większej kariery. Udało się tylko Amy Winehouse, ale ona była o rok niżej i chyba ostatecznie nie zrobiła dyplomu. Miała przecież zbyt dużo innych problemów. Za to poprosiła mnie kiedyś, żebym wystąpił przed nią na koncercie jako support.

Prawie cała moja rodzina zajmuje się muzyką, ale szczególnie dzięki niej moje dzieciństwo było wyjątkowe. Uwielbiałem, kiedy śpiewała mi kołysanki albo razem muzykowaliśmy. Zabierała mnie w trasy koncertowe i czasem na nagrania. Dorabiała sobie jako wokalistką sesyjna, więc jako gówniarz mogłem kręcić się po studiu, spotykać różne gwiazdy i podglądać, jak realizator dźwięku siedzi sobie przy wielkim stole i kręci gałkami.

Była zadowolona, bo nie mogła doczekać się mojej pierwszej płyty. To przecież jej zawdzięczam swoją wszechstronność i szerokie zainteresowania muzyczne. Tak jak ona chcę być przede wszystkim pieśniarzem i najważniejsze są dla mnie dobre piosenki. Zresztą zaprosiłem ją, żeby zaśpiewała w chórkach w kilku utworach.

Nie oszukujmy się, co dzisiaj może dać wytwórnia? Może wcisnąć twoje piosenki do radia i zająć się marketingiem. A mój pierwszy singiel "Wayfaring Stranger" pięć lat temu puszczali nawet prezenterzy w BBC. Miałem też menedżera, który ogarniał sprawy organizacyjne. To on pewnego dnia rzucił: - Słuchaj Jamie, puszczę twoje piosenki kilku ważnym ludziom w Londynie i zobaczymy, co będzie.

Okazało się, że dobrze znają moją muzykę, bo od pewnego czasu mówiło się o mnie na mieście. Kontrakt został jasno sformułowany: ja jestem artystą i przynoszę im muzykę, a oni są wydawcami i zajmują się biznesem. Ich problem, jak ją sprzedają. To było na początku 2009 roku, dostałem od nich dodatkowe dwa lata na zebranie materiału i budżet nagraniowy. Dzięki temu płyta "Mirrorwriting" brzmi inaczej niż dema - ma nowocześniejszą produkcję, jest bardziej różnorodna i również popowa. Mogłem nawet sam zatrudnić ludzi do pomocy, m.in. Buriala, więc jestem z niej w pełni zadowolony.

@RY1@i02/2011/069/i02.2011.069.196.031b.001.jpg@RY2@

Jacek Skolimowski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.