Bielszy odcień bieli
"Biały cień" Noaza Deshego to wzorcowy przykład na to, jak nakręcić film, żeby zostać zauważonym i docenionym na świecie
Ten film powinien być dla młodych polskich reżyserów pozycją obowiązkową. Choćby nie wiem jak zachwycano się u nas "Bogami", "Jackiem Strongiem" czy "Pod Mocnym Aniołem", nie potrzeba żadnego mędrca czy analityka mechanizmów zachodzących w kinie, żeby stwierdzić, że - przy całej sympatii dla tych projektów - są to tytuły skazane na lokalność, bez większych szans na sukces międzynarodowy. Coś na ten temat wiedzą Małgorzata Szumowska, Tomasz Wasilewski, Anna Kazejak, Xawery Żuławski czy Kasia Rosłaniec, a ze starszego pokolenia Skolimowski czy Pawlikowski, którzy uparcie szukają własnego stylu, nie zadowala ich narracyjna solenność. Słusznie, jeżeli mierzy się wyżej, trzeba mieć świadomość, że styl zerowy nawet w najlepszym wykonaniu nie ma już szansy na podbicie europejskich czy światowych rynków. Trzeba inaczej kombinować - i wcale nie chodzi o awangardę, szalony eksperyment. "Biały cień" Deshego przy całym nonkonformizmie formalnym, w dużym stopniu zresztą pozorowanym, bazuje na chwytliwym, gazetowym, medialnym temacie. Bardzo dobrze: inaczej nigdy byśmy ani o "Białym cieniu", ani o Deshem nie usłyszeli.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.