Osobliwa lekkość istnienia
TEATR STU "Inne rozkosze" ogląda się z ulgą. Seans utkany z delikatności i cienkich żartów, pełen erotycznych niedopowiedzeń. Słowem - czysta przyjemność
Wszystko zaczyna się od poszukiwania pulpetów wołowych. Były w potężnym słoju, zatopione w sosie. Zniknęły. Nie wiadomo, czy zgarnęła je gdzieś cierpiąca na demencję babcia Oma, a może zostały pożarte pokątnie i bezprawnie przez któregoś z domowników. Dość na tym, że do szukania zabiera się sam Kohoutek, po części może dlatego, aby odsunąć od siebie podejrzenie. Tomasz Schimscheiner zamienia tę sekwencję w mistrzowską perełkę sytuacyjnego humoru. Przychodzi mu na myśl, że mięsiwo mogli ukryć widzowie z pierwszych rzędów, dlatego wścibsko zagląda między nich, paniom przestawia torebki. Przy tym nie ma prolog widowiska Artura "Barona" Więcka w sobie niczego, co zburzyłoby dobre samopoczucie publiczności. To nie jest agresywna interakcja, przy której ludzie patrzą po sobie albo odwracają wzrok, aby nie dostać się w łapy aktorów. "Inne rozkosze" w STU to przedstawienie, które od pierwszej sceny roztacza swoją dziwną, trochę niedzisiejszą aurę. Delikatności, ironii i humoru, pod którymi czai się gorycz, żal za czasem, co przepływa przez palce, życiem, które upływa niepostrzeżenie, a coraz szybciej.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.