Daj biznesowi kopniaka
Kickstarter to miejsce dla przedsiębiorców odtrąconych przez tradycyjny system finansowania
Nie podoba ci się ostatnio żadna muzyka, bo nie gustujesz w czarnym hip-hopie okraszonym prostym rytmem techno i jeszcze bardziej prostackim refrenem? Nie widziałeś w kinie interesującego filmu, bo niemal każda produkcja ma scenariusz godny "Avatara"? A książka, oczywiście kolejny seryjny bestseller zza oceanu, zdążyła znudzić już po szybkim przejrzeniu spisu treści? Nie jesteś osamotniony. Ale taki stan rzeczy nie musi trwać: daj szansę Kickstarterowi.
- Cholera, nie wystarczyło mi jednak pieniędzy. Potrzebuję jeszcze 5 tys. dol. na opłacenie postprodukcji. Jeśli chcecie zobaczyć mój film, nie pozostańcie obojętni - napisała na Kickstarterze młoda reżyserka Marie. Internauci nie pozostali i dotacje do niej płyną. Po dolarze, po kilka, czasem nawet kilkadziesiąt. Suma stale się zwiększa i Marie, jeszcze debiutantka w świecie filmu, powoli może zyskiwać pewność, że zdoła dokończyć ambitny projekt.
Pewnie każdy z nas miał podobną myśl: gdybym miał pieniądze, mógłbym zrealizować rewolucyjny pomysł. Tylko nie mam. Bank z pewnością nie da mi kredytu, ryzyko zbyt wielkie, żadnych inwestorów nie znam, a nawet gdybym miał do nich dojścia i tak nie zdołałbym ich do siebie przekonać. Kompletna beznadzieja. Jednak obecnie taka konstatacja nie musi oznaczać końca ledwie co rozpoczętego flirtu z biznesem. Na ratunek przychodzi nam wszystkim crowdfunding oraz jego najbardziej znane internetowe ucieleśnienie: Kickstarter.
Idea crowdfundingu jest prosta: masz pomysł, a nie masz pieniędzy, więc poproś o nie cały świat. I nieważne, czy chodzi tylko o drobne 5 tys. dol., czy o pełny milion. Jeśli twój projekt jest przekonujący, jeśli dasz gwarancję realizacji, z pewnością możesz liczyć na zainteresowanie, które przełoży się na fundusze. - Kickstarter to odmienna od innych, bo bezpośrednia, platforma komunikacji między ludźmi chcącymi coś zrobić i jednocześnie odtrąconymi przez tradycyjny system finansowania a potencjalnymi inwestorami, czyli nami wszystkimi. Czy to nie piękne?! Możemy dać komuś porządnego kopniaka ("kick" to po angielsku kopniak - red.) do przedsiębiorczości - mówił w wywiadzie Perry Chen, jeden z trójki założycieli portalu i do dziś jego najbardziej znana twarz.
Na pomysł stworzenia firmy wpadł w 2002 r., gdy mieszkał w Nowym Orleanie. Pewnego razu zamarzyło mu się zorganizowanie dobrego muzycznego koncertu. Już pierwsza przeszkoda, na którą natrafił, zmusiła go do porzucenia całego projektu: koszt wynajęcia sali na jeden wieczór przekroczył 20 tys. dol. Oczywiście tak wielkich pieniędzy nie miał. Bo i skąd? Niedawno skończył zarządzanie i jeszcze nie zdążył dorobić się oszczędności. Ale to wtedy pomyślał, że fajnie byłoby poprosić o finansową pomoc w internecie - kupiona cegiełka byłaby jednocześnie biletem na koncert (a on nieco by na tym wszystkim zarobił). Szybko zdał sobie sprawę, że byłby to też dobry pomysł na całkiem poważny biznes. Ale w 2002 r. nikt przy zdrowych zmysłach nie dałby nawet złamanego dolara na kolejne e-przedsięwzięcie, bo świat wciąż lizał wielomiliardowe rany po pęknięciu pierwszej bańki internetowej.
Jednak już w 2009 r. sytuacja była dalece odmienna: dawno zapomniano o stratach i bankructwach, za to każdy miał przed oczami zysk, bo na fali wznoszącej była cała plejada nowych gwiazd sieci: Facebook, Twitter, Zynga czy Groupon (choć czas mocno zweryfikował ich ambitne plany). I tak na biznesowej scenie pojawił się również Kickstarter, bo znalazły się osoby oraz fundusze gotowe zainwestować w jego rozruch.
Zasady rządzące portalem da się opisać w kilku zdaniach. Jeśli potrzebujesz pieniędzy, dajesz ogłoszenie: musisz tylko podać konkretny cel zbiórki, jej wysokość i czas trwania. Gdy zbierzesz pieniądze w określonym terminie, przystępujesz do działania. Tylko musisz przekazać na konto Kickstartera 4-5 proc. zebranych funduszy. Jeśli nie uda ci się pozyskać wymaganej sumy, zebrane pieniądze wracają do ofiarodawców.
Początek działania serwisu był dość leniwy, bo konieczne było oswojenie się z mechanizmami jego działania. Ale w końcu i on doczekał się szansy: porządnego kopniaka dały Kickstarterowi gry komputerowe. Już od dobrych kilku lat dojrzali fani wideorozrywki skarżą się, że nowe produkcje - seryjnie wypuszczane przez wielkie koncerny - są nijakie. Głośno marzyli o tym, by ktoś znowu wyprodukował grę jak za dawnych czasów, gdy robili je pasjonaci nienastawieni wyłącznie na zysk. A najlepiej, gdyby ktoś stworzył kolejną część kultowej gry przygodowej "Fallout", która skalą skomplikowania dorównywałaby dwóm pierwszym częściom. Ich głosy usłyszał jeden z twórców oryginalnych "Falloutów", który stwierdził, że na stworzenie takiej gry potrzebuje okrągły milion dolarów. Maszyna Kickstartera została puszczona w ruch. Milion dolarów udało się zebrać w ciągu zaledwie 43 godzin. A ponieważ zbiórka trwała nadal, to twórcy projektu "Westland 2" dysponują budżetem sporo ponad 2 mln dol. Sukces zbiórki sprawił, że o Kickstarterze stało się po prostu głośno. Skoro z powodzeniem mogą z niego korzystać twórcy gier, dlaczego nie filmowcy? I dziś aż 10 proc. filmów pokazywanych na największym w USA festiwalu kina niezależnego w Sundance ma kickstarterowe korzenie.
Dziś firma otrzymuje aż ok. 200 propozycji przeprowadzenia zbiórek dziennie. I każda jest analizowana, by zminimalizować groźbę wyłudzenia czy defraudacji. Na razie się udaje, bo serwis nie zaliczył żadnej poważniejszej wpadki. - Internauci muszą jednak cały czas pamiętać, że nie jesteśmy sklepem: my nie sprzedajemy konkretnego towaru, jedynie obietnicę jego stworzenia - mówi Perry Chen.
Kickstarterowi udało się coś jeszcze: w odróżnieniu od innych nieco już wyblakłych gwiazd sieci wciąż daje sobie nieźle radę. Wynika to w dużej części z odmiennego podejścia jego twórców do biznesu. Nie szukają dużych inwestorów, nie są więc zmuszani do walki o jak największe zyski. Oczywiście może się to zmienić, ale na razie twardo obstają przy swoim. - Nie myślimy o sprzedaniu firmy, nawet nie rozważamy wejścia na giełdę. Po co nam to wszystko? Chcemy, by Kickstarter pozostał małą firmą - deklaruje Chen.
@RY1@i02/2013/018/i02.2013.018.00000270a.803.jpg@RY2@
materiały prasowe
Nie myślimy ani o sprzedaniu firmy z wielkim zyskiem, ani o wejściu z nią na giełdę. Chcemy, by Kickstarter pozostał małą firmą - mówi Perry Chen
Piotr Czarnowski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu