Dziennik Gazeta Prawana logo

Likwidacja sądów dzieli nawet koalicję

14 marca 2012

Zniesienie ponad stu mniejszych sądów to zła decyzja - twierdzą sędziowie i przedstawiciele lokalnych społeczności. Plany resortu nie podobają się nawet rządowemu koalicjantowi

Ostatni głos negujący potrzebę znoszenia sądów rejonowych, w których zatrudnionych jest do 14 sędziów, pochodzi od Krajowej Rady Sądownictwa. Jest to głos bardzo zdecydowany. Członkowie rady, podobnie jak Stowarzyszenie Sędziów Polskich Iustitia, I prezes Sądu Najwyższego oraz rzecznik praw obywatelskich podkreślają bezcelowość takiego posunięcia i negatywne konsekwencje, jakie może spowodować.

Ale to nie wszystko - KRS wskazuje na obowiązujący od 4,5 roku przepis prawa o ustroju sądów powszechnych, który umożliwia racjonalne rozmieszczenie kadry orzeczniczej w sądach. Tyle że przepis ten nie był do tej pory efektywnie wykorzystywany. To spowodowało, że w niektórych sądach jest zbyt dużo etatów sędziowskich w stosunku do liczby wpływających spraw. Mowa o art. 56 par. 2 u.s.p., na podstawie którego w razie zwolnienia się stanowiska sędziowskiego minister może przydzielić je do innego sądu, uwzględniając potrzebę racjonalnego wykorzystania kadr oraz potrzeby wynikające z obciążenia zadaniami sądów.

I właśnie posługując się tym instrumentem, minister sprawiedliwości mógłby - bez konieczności podejmowania tak radykalnych kroków, jak zniesienie mniejszych jednostek - stopniowo doprowadzić do racjonalnego rozmieszczenia kadry orzeczniczej. Niestety, jak wskazuje KRS, kolejni ministrowie nie korzystali z tej możliwości. Dlatego też zdaniem członków rady za obecny stan rzeczy odpowiedzialne są również władze resortu.

Inny pomysł niż ministerialny na odciążenie niektórych sądów od pracy ma także PSL. Posłowie złożyli już nawet do Sejmu odpowiedni projekt nowelizacji u.s.p. Zgodnie z nim prezes sądu okręgowego mógłby delegować sędziego sądu rejonowego do pełnienia obowiązków w innym sądzie rejonowym na maksymalny okres sześciu miesięcy.

Warunki są dwa - zgodę na to musiałoby wydać kolegium sądu okręgowego, a sąd rejonowy, do którego sędzia byłby oddelegowany, musiałby znajdować się w obszarze właściwości tego samego sądu okręgowego. Dzięki temu - jak twierdzą ludowcy - można by było prowadzić elastyczną politykę kadrową bez ingerowania w istniejącą strukturę organizacyjną sądu.

@RY1@i02/2012/052/i02.2012.052.07000040a.805.jpg@RY2@

materiały prasowe

Piotr Maziarz, sędzią Sądu Rejonowego w Bochni

Ministerstwo Sprawiedliwości uważając, iż sądownictwo polskie jest zbyt rozdrobnione, chce od 1 lipca 2012 roku zniesienia sądów rejonowych, które liczą do 12 (włącznie) sędziów. Tak więc spośród 321 sądów rejonowych likwidacji ulegnie aż 116.

Tymczasem jeżeli po uwagę weźmiemy, że na terenie Polski, która ma 312 tys. km kw., działa obecnie 321 sądów rejonowych, okazuje się że przeciętnie jeden sąd rejonowy już teraz obsługuje u nas 974 km kw. i przypada na niego ok. 120 tys. osób. Dla porównania w Niemczech, skąd polskie prawodawstwo nieustannie czerpie wzory rozwiązań, istnieje 687 sądów lokalnych (Amtsgerichte - sądy o znaczniej węższych kompetencjach niż polskie sądy rejonowe, a poza tym nieobejmujące sądownictwa pracy), a biorąc pod uwagę, że powierzchnia Niemiec liczy 357 tys. km kw., to jeden sąd obejmuje średnio tylko 519 km kw. Wniosek? Statystyczny obywatel Polski ma dwa razy dalej do sądu niż obywatel Niemiec, a obaj są członkami Unii Europejskiej.

Warto jeszcze dodać, że przepisy wspólnotowe nakazują, aby nie tylko państwa, jako członkowie tej organizacji, nie miały pozycji drugorzędnej, ale narzucają również podobne traktowanie obywateli przez wszystkie państwa członkowskie.

Jeszcze bardziej niepokojące wnioski nasuwają się przy porównaniu sytuacji obywateli Polski i Austrii. W tym kraju istnieje 141 sądów rejonowych, a liczy on ok. 84 tys. km kw. Na jeden sąd przypada więc ok. 595 km kw. i 57 tys. ludności. Z kolei w Czechach funkcjonuje 86 sądów obwodowych, a kraj ten liczy 78,8 km kw. Na jeden sąd przypada więc 917 km. kw. i 118 tys. ludności. Przykładowo wskażę, iż przeznaczony do likwidacji Sąd Rejonowy w Bochni obsługuje teren powiatu bocheńskiego liczącego 649 km kw. z ludnością 101 tys. osób. W porównaniu do sądów w Czechach, Austrii i Niemczech wskazana jednostka jest sądem średniej wielkości i obejmuje liczbę ludności blisko dwukrotnie większą niż przeciętny sąd austryiacki.

Przypatrzmy się jeszcze sądom stołecznym. W Warszawie liczącej 1,7 mln ludności jest 7 sądów rejonowych (średnio 242,8 tys. ludności na jeden sąd), w Pradze liczącej 1,2 mln ludności istnieje 10 sądów obwodowych (średnio 120 tys. ludności na sąd). Blisko dwa razy mniejsze sądy niż w Warszawie są także w Wiedniu liczącym 1,7 mln, gdzie istnieje 12 sądów rejonowych (średnio 141 tys. ludności na 1 sąd). Wniosek? Nasi sąsiedzi, mający dobrze działające sądownictwo, bowiem wystrzegają się gigantomanii przy tworzeniu jednostek Temidy i nie potworzyli takich molochów sądowych, jak te istniejące już w Polsce. Zapewne również dlatego ich największe sądy dobrze działają. Natomiast w Polsce najsprawniej funkcjonują sądy niewielkie, co robi więc Ministerstwo Sprawiedliwości ? Ano chce je znieść. I na nic się zdają protesty społeczności lokalnych i władz samorządowych. Władze centralne i tak wiedzą lepiej, co potrzebne jest ludziom, toteż rychło powiększą dwa razy sądy prowincjonalne, a to że jednocześnie zepsują sprawne jednostki na prowincji, które w ostatnich latach milionowymi nakładami przystosowano do samodzielnego funkcjonowania, wydaje nic nie znaczyć. Naprawdę trudno zrozumieć ideę łączenia dwóch średnich sądów na prowincji w aspekcie poprawy stanu sądownictwa wielkomiejskiego. Na razie logiki tych zmian nie widać, ale może kiedyś zobaczymy, o co tak naprawdę chodzi?

Ostatnio przeanalizowałem też uzasadnienie rozporządzenia ministra sprawiedliwości w sprawie likwidacji sądów. Wylicza się w nim wszelkie możliwe oszczędności, ale wydatki ogranicza tylko do wymiany szyldów i pieczęci. Pomija się np. kwestię rzeczywistych kosztów ekonomicznych forsowanych rozwiązań.

I tak wejście w życie od 1 stycznia 2013 roku nowych regulacji ustawy o ustroju sądów powszechnych dotyczących obowiązku powołania dyrektora sądu, w każdym sądzie rejonowym, w którym jest 15 sędziów, sprawi, że planowana reorganizacja (połączenie kadry sędziowskiej), wymusi konieczność powołania co najmniej w 29 dyrektorów sądów. Koszt tych czynności w uzasadnieniu został pominięty. Tymczasem z mojej analizy wynika, że wyniesie on rocznie 1 mln 740 tys. zł (licząc, że wynagrodzenie jednego dyrektora wynosić będzie co najmniej 5000 zł miesięcznie). Wynagrodzenia te z biegiem czasu wzrosną i w perspektywie najbliższych lat przekroczą 2 mln rocznie.

Zwiększą się też koszty organizacyjne (wysyłki akt, pism i rozmów telefonicznych pomiędzy centralą i wydziałami zamiejscowymi). W Bochni wzrost tych kosztów wyniesienie rocznie 17 094 zł. Aby nie być oskarżonym o hamowanie reform, dodam tylko, iż sąd w Bochni należy do największych z listy sądów przeznaczonym do zlikwidowania. Przeciętny sąd z tej listy jest mniejszy, tak więc wydatki z tego tytułu będą (szacunkowo) o połowę mniejsze. Jednak jakby na to nie patrzeć łączna kwota, jaką pochłoną w ciągu roku wydatki organizacyjne w skali kraju, wyniesie ok. 991 452 zł. Dodając te pieniądze do pensji dyrektorskich suma wydatków nieuwzględnionych w uzasadnieniu ministra Gowina wyniesie co najmniej 1 mln 839 tys. zł. Zatem rocznie jest to prawie 2 mln zł, które resort nie uwzględnia w swych wyliczeniach. Koszty zakończenia działalności samodzielnego sądu i utworzenia nowej struktury wyniosą natomiast ok. 13 100 zł. (wydatki te mają charakter jednorazowy). Oszczędności z tytułu dodatków funkcyjnych prezesa (wiceprezesa) rocznie wyniosą 7416 zł.

Jednocześnie w odniesieniu do utworzonej organizacji powstaną nowe koszty, a w szczególności z tytułu:

zatrudnienia dyrektora w wysokości 60 tys. zł rocznie,

zwiększenia kosztów organizacyjnych związanych z obiegiem dokumentów i akt pomiędzy siedzibą sądu a wydziałami zamiejscowymi w kwocie ok. 1174,50 zł miesięcznie. Rocznie jest to suma 14 094 zł.

powiększenia kosztów usług telekomunikacyjnych o ok. 250 zł miesięcznie, co w skali roku da ok. 3000 zł.

Wprowadzenie w życie przepisów likwidujących sądy o obsadzie do 12 stanowisk sędziowskich w odniesieniu do Sądu Rejonowego w Bochni spowoduje dodatkowe koszty wynoszące szacunkowo 70 tys. rocznie. I gdzie tu oszczędności?

Resort zapomina, że nie można marginalizować prawa obywatela do sądu w ujęciu geograficznym. Sądy działają przecież na rzecz społeczności lokalnej. Ich istnienie wpływa też na poczucie bezpieczeństwa

@RY1@i02/2012/052/i02.2012.052.07000040a.806.jpg@RY2@

wojciech Górski

Waldemar Żurek, członek Krajowej Rady Sądownictwa

Oceniając propozycje Ministerstwa Sprawiedliwości, trzeba rozpocząć od zapisów konstytucyjnych. Artykuł 180 konstytucji jednoznacznie określa, iż przeniesienie sędziego do innej siedziby lub na inne stanowisko wbrew jego woli może nastąpić jedynie na mocy orzeczenia sądu i tylko w przypadkach określonych w ustawie. Natomiast w razie zmiany ustroju sądów lub zmiany granic okręgów sądowych wolno sędziego przenosić do innego sądu lub w stan spoczynku z pozostawieniem mu pełnego uposażenia. Artykuł 20 ustawy o ustroju sądów powszechnych wskazuje, że minister sprawiedliwości po zasięgnięciu opinii Krajowej Rady Sądownictwa w drodze rozporządzenia może między innymi tworzyć i znosić sądy oraz ustalać ich siedziby i obszary właściwości. Pozostawienie tak ważnych decyzji w ręku ministra, które są aktem podstawowym, jest rozwiązaniem nie tylko złym, ale też wątpliwym konstytucyjnie.

Niestety każdy minister, zwłaszcza resortu sprawiedliwości, chce przeprowadzić głębokie reformy i pozostawić coś po sobie, nie patrząc, że sądownictwo to system naczyń połączonych. Pamiętam już tworzenie wydziałów cywilno-karnych, potem grodzkich czy sądów 24-godzinnych. Wszystkie te pomysły z upływem czasu, niestety niezwykle krótkiego jak na perspektywę tworzenia struktur państwa, zostały wrzucone do kosza. Nikt niestety nie policzył, jakie środki zostały utopione w tych pomysłach. Teraz minister chce zlikwidować 1/3 sądów rejonowych pod hasłem usprawnienia pracy. Ale regułą wynikającą z u.s.p. jest, że sędzia powinien mieszkać w miejscu swojego sądu. I w większości sędziowie tak mieszkają. Jeżeli zatem z sądu stworzy się wydział, a potem sędziego przeniesie się do wydziału oddalonego o 50 lub czy 100 km, a takie przypadki mogą być całkiem realne, to i tak trzeba będzie zapłacić mu koszty przejazdu. Nikt już nie policzy jego straty czasu na dojazdy.

Ponadto co ze stronami? Mam wrażeniem, że nikogo nie obchodzi, że chcąc poskarżyć się np. na złą pracę wydziału, trzeba będzie pojechać kilkadziesiąt kilometrów, by spotkać się z prezesem, który i tak następnie będzie musiał zwrócić się do wydziału zamiejscowego o przesłanie mu akt. Pomijam już efekt czegoś, co nazywa się zarządzaniem kadrą. Jeśli w sądzie pracuje 14 sędziów, to jest jeszcze personel administracyjny. Znamy maksymę, że "pańskie oko konia tuczy". Kto będzie pilnował w kilku dużych wydziałach dyscypliny pracy czy codziennego porządku? A pracownicy sądowi będą przecież podlegać dyrektorowi sądu, który będzie rezydował w sądzie macierzystym, czyli... daleko. A może będziemy mieli prezesów objazdowych, którzy pół tygodnia będą objeżdżać swoje odległe wydziały, a resztę pracy poświęcą sądowi właściwemu?

Ponadto wydziały zamiejscowe, oddalone od sądu macierzystego o kilkadziesiąt kilometrów, mogą stać się narzędziem do przerzucania sędziów niepokornych. Tworzenie takiej możliwości jest obejściem konstytucji. Obywatel musi mieć gwarancję, że sędzia nie boi się nacisków ani ministra, ani własnego prezesa, że sędzia rozpoznając ich indywidualną sprawę, nie będzie poddany jakimkolwiek naciskom, nawet aksamitnym. To podstawowy atrybut niezawisłości sędziego. Wszyscy wiemy, że natura ludzka jest ułomna i nawet jeśli stworzymy możliwość straszaka, to będzie to wykorzystywane. A czasem nie jest konieczne przeniesienie, wystarczy miła rozmowa w cztery oczy: Jak będziesz taki mądry, to przeniesiemy cię do naszych wydziałów na rubieży.

W środowiskach lokalnych powstaje także obawa, że to początki likwidacji sądów, bo przecież wydział jeszcze łatwiej zlikwidować niż sąd.

Po takiej likwidacji wszystkie sprawy przejdą do molochów w dużych miastach, które już ledwo dyszą. Potem i tak trzeba będzie tworzyć nowe wydziały, dzielić istniejące, tworzyć sekcje, nowe stanowiska funkcyjne. Dzisiaj nikt już tego nie liczy, ale ta reforma będzie generowała koszty, które wyda pewnie następca obecnego ministra.

Nikt oczywiście nie policzy, że zostawi się wyremontowane, przystosowane typowo do pracy sądu, piękne często budynki po to, by wynajmować za ogromne pieniądze nowe lokale w dużych miastach. A strony? A kogo to obchodzi, że zwolniony z pracy, matka dochodząca alimentów czy osoba starsza będą musieli dojechać do sądu kilkadziesiąt kilometrów. To oni za to zapłacą. Jaka liczba z nich zrezygnuje z drogi sądowej? A co z prawem obywatela do sądu ? Pusty zapis? Nie dziwmy się, że małe miejscowości bronią swoich sądów. Bogacące się państwo ma poprawiać jakość życia obywatela, a nie pogarszać. Ale zawsze zamiast iść do sądu, obywatele mogą iść pograć w piłkę na orlika. No, może to jakiś pomysł na ograniczenie kognicji! Przy sądach wreszcie tworzy się swego rodzaju elita społeczna małej miejscowości. To nie są tylko sędziowie i pracownicy sądu, to kancelarie, notariat, kuratorzy. Zamiast zatem chronić te mikrośrodowiska, krzewić kulturę prawną, zaczynamy zmierzać w odwrotnym kierunku. Oczywiście trzeba zmierzać do ujednolicania obciążenia sądów w dużych i małych miastach, ale nie metodami likwidacji sądów. Rozumiem argumenty ministerstwa, że jak w małym sądzie nagle ktoś popada w długotrwałą chorobę czy idzie na urlop macierzyński, to załamuje się praca wydziału. Ale to nie tylko problem małych sądów. W dużym wydziale dużego miasta, gdy nagle dwóch sędziów przestaje orzekać i trzeba podzielić referaty liczące czasem po 500 - 600 spraw, to problem też jest ogromny. Zasada krótkiej kołdry dotyka wszystkich. Trzeba po prostu stworzyć na poziomie okręgu listę sędziów różnych specjalności, którzy dobrowolnie na nią wpisani, będą gasić pożary i ratować upadające wydziały. Można ich nagradzać dodatkami. Systemowe rozwiązanie tego problemu jest możliwe bez radykalnych rozwiązań, jakim będzie likwidacja sądów.

Co wreszcie mamy powiedzieć tym małym sądom, które świetnie pracują? Wiem, że są także sądy, które mają wpływ i liczbę załatwień w przeliczeniu na jednego sędziego porównywalną do sądów wielkomiejskich. I za tę ich pracę, pracę często zespołu, sędziów, prezesa, asystentów, sekretariatów, mają zostać zlikwidowani? I dlaczego ta magiczna liczba 14? A może 8, a może 10, a może 15? Dochodzą także głosy, że prezesi sądów, z którymi prowadzi się konsultacje i którzy są przeciwni likwidacji małych sądów, mają komunikowane, że decyzja o likwidacji już zapadła, mają tylko przygotować racjonalne plany podziałów i przyłączeń. Zapewne z uzasadnienia projektu będzie wynikało, że to właściwie na oddolne wnioski prezesów likwidujemy te jednostki. Krajowa Rada Sądownictwa ma opiniować ten projekt. Co ma znaczyć ta opinia, skoro przedstawiciele resortu mówią - i tak zlikwidujemy.

Nie brońmy małych czy dużych sądów - brońmy zdrowego rozsądku.

Krokodyle łzy, jakie roni resort, mówiąc o dysproporcji w obciążeniach sądów, czasem mnie rozbawiają. Przecież to resort od lat odpowiada za rozdział etatów

@RY1@i02/2012/052/i02.2012.052.07000040a.807.jpg@RY2@

wojciech Górski

Grzegorz Wałejko, podsekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości

Wprowadzana reforma wymiaru sprawiedliwości jest pierwszą od wielu lat próbą kompleksowej zmiany sposobu funkcjonowania sądownictwa w Polsce. Dotychczasowe działania miały charakter incydentalny i zbyt rzadko opierały się na rzetelnych analizach. Uczestnicząc w debacie nad reorganizacją, zauważam ślady dawnego jednostkowego podejścia do tej kwestii - tymczasem stanowi ona część składową pewnej całości i tak powinna być recenzowana.

Sprzeciwy wyrażane wobec planów reorganizacji są bardzo często bezpodstawne. Ministerstwu Sprawiedliwości zarzuca się, że chce pozbawić obywateli dostępu do sądów. Padają nawet argumenty prawnoporównawcze. To dobry kierunek dla prowadzenia analizy, aczkolwiek wnioski zapewne nie zadowolą protestujących. Europejska Konwencja Praw Człowieka i Podstawowych Wolności w artykule 6 stanowi, że każdy ma prawo do sprawiedliwego i publicznego rozpatrzenia jego sprawy w rozsądnym terminie przez niezawisły i bezstronny sąd. Co to oznacza w praktyce? Rada Europy operuje w zakresie struktury sądów pojęciem efektywnego dostępu do lokacji sądu.

Tymczasem międzynarodowe badania w zakresie dostępu do sądu zawsze wyróżniają sąd jako jednostkę (np. sąd rejonowy w mieście X) i lokację sądu rozumianą geograficznie. Lokacja sądu to nic innego jak tylko miejsce, w którym obywatel może załatwić swoją sprawę (czyli sąd rejonowy w mieście X wydział zamiejscowy w mieście Y). W Polsce nie zostanie zlikwidowany żaden sąd, jedyna zmiana to powstanie wydziałów zamiejscowych w miejsce niektórych sądów rejonowych.

Nasuwa się zatem pytanie, przeciwko czemu protestują przeciwnicy reorganizacji struktury sądów powszechnych. Przecież obywatele nie utracą możliwości załatwienia swojej sprawy. Co więcej, załatwią ją pod tym samym adresem, co dotychczas.

Dostęp do sądu jest zresztą motywem przewodnim proponowanej reformy. Chodzi tu przecież nie tylko o czas potrzebny na dostanie się do budynku sądu. Obywatel przychodzi do sądu ze swoją sprawą i oczekuje przede wszystkim sprawnego jej załatwienia. Przy czym chciałbym zaznaczyć, że sprawnego w tym przypadku oznacza dwie cechy - sprawiedliwego i szybkiego.

Sprawiedliwość, która przychodzi po zbyt długim czasie, nie jest już bowiem sprawiedliwością. Strony postępowań często skarżą się na zbyt długie terminy oczekiwania na sprawę w dużych miastach. Tutaj przeciwnicy reformy używają argumentu o braku zaległości w małych sądach. Czy zatem uprawnione jest wyciągnięcie wniosku, że małe sądy nie mają zaległości, bo sędziowie pracują tam ciężej niż w dużych jednostkach? Na pewno nie. Wszyscy sędziowie wiedzą, że służba w wymiarze sprawiedliwości wymaga wielu poświęceń i bardzo ciężkiej pracy a nie od miejsca wykonywania zawodu. Problem leży zupełnie w innym miejscu. Nierównomierne obłożenie pracą, zbyt mało kadry wspomagającej, archaiczne metody zarządzania czy brak przełożenia wysokich nakładów na realną poprawę sprawności postępowań - czy nie taka jest powszechna diagnoza polskiego sądownictwa. Dlaczego więc pojawia się tak zaciekła krytyka reform zmieniających ten stan rzeczy?

Istotą, a zarazem celem reorganizacji jest zwiększenie efektywności i wyrównanie skali obciążenia sądów pracą. Nie oznacza to, że sprawy w małych sądach będą trwać dłużej - reforma wspomoże duże jednostki i przyczyni się do przyspieszenia postępowań. Co ważne, decyzja o optymalnej wielkości sądów została podjęta na podstawie szczegółowych analiz przeprowadzonych w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Zmiana struktury sądów powszechnych wprowadzona razem z innymi reformami przyniesie realne skutki, które obywatele odczują już niedługo. Warto przy tym podkreślić, że reorganizacja nie jest dokonywana dla oszczędności. Sprawiedliwość to nie miejsce na oszczędności. Celem zmian jest efektywne wykorzystywanie zasobów w dłuższym okresie - proces ten jest to możliwe do oceny i już dziś przygotowujemy się do tego zadania. Jest to jednakże o wiele bardziej skomplikowane niż podsumowanie kosztów tablic, pieczęci czy druków.

Zmiana struktury jest, co wielokrotnie już podkreślano, wyłącznie częścią składową większej reformy. Nie zmienia to faktu, że ta część jest szczególna - oddziałuje bowiem bezpośrednio na społeczeństwo. Dlatego też przeprowadzono serię konsultacji (niektóre wciąż trwają), m.in z samorządowcami z miast w których powstaną wydziały zamiejscowe sądów rejonowych. W toku tych spotkań zwrócono uwagę na kilka kwestii kluczowych, w wyniku których zmodyfikowaliśmy projekt zmian.

Reforma dotknie też częściowo sędziów. Niektórzy z nich, oprócz orzekania w swoich dotychczasowych sądach, będą pracować w ościennych miejscowościach. Zapewniam jednak, że kwestia ta została bardzo szczegółowo zbadana. Chciałbym jeszcze raz podkreślic, że celem Ministerstwa Sprawiedliwości nie jest utrudnianie pracy sędziom. Wręcz przeciwnie - uważamy, że ogrom obowiązków przez nich wykonywanych uzasadnia wprowadzanie dodatkowych narzędzi wspomagających ich pracę. Myślę tu o profesjonalnej kadrze wspomagającej, managerskim zarządzaniu sądem czy też nowoczesnych rozwiązaniach informatycznych.

Efektem końcowym reformy sądów powszechnych ma być znaczące usprawnienie funkcjonowania polskiego wymiaru sprawiedliwości. Przede wszystkim poprzez zwiększenie sprawności postępowań. Dla pracowników wymiaru sprawiedliwości oznaczać to będzie lepsze warunki pracy i większą z niej satysfakcję, dla obywateli - szybkie i sprawiedliwe załatwianie ich spraw.

Dotychczasowe działania miały charakter incydentalny i zbyt rzadko opierały się na rzetelnych analizach.

Uczestnicząc w debacie nad reorganizacją sądów, zauważam ślady dawnego jednostkowego podejścia do tej kwestii - tymczasem stanowi ona część składową pewnej całości i tak powinna być recenzowana

Małgorzata Kryszkiewicz

malgorzata.kryszkiewicz@infor.pl

Pozostało 91% treści
Ten artykuł przeczytasz tylko z aktywną subskrypcją Premium.
Skorzystaj z PROMOCJI NA PIERWSZY MIESIĄC.

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich treści:
wyjaśnień ekspertów, raportów i pogłębionych analiz oraz narzędzi dla specjalistów.

Możesz anulować w dowolnym momencie.
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.