Wielkie udawanie
"Moja pierwsza śmierć w Wenecji" w Teatrze Dramatycznym jest tylko smutną karykaturą opowiadania Tomasza Manna
Otwieram program inscenizacji Tomasza Cyza, zerkam na esej Jana Gondowicza i w mgnieniu oka znajduję w nim takie zdania: "Historia, jaką przedstawia Justyna Bargielska, toczy się właśnie na styku estetyki i erotyki, wzruszenia i kuszenia. I kończy się jakby na niczym, choć co się miało stać, to się stało". Mocne sformułowania przenoszące debiutancki dramat autorki "Obsoletek" w rewiry wysokie i wyrafinowane, gdzie młoda pisarka może spotkać się z Mannem. Ryzykowne to, bo pisane, delikatnie mówiąc, na wyrost. Rozumiem, że teatr i jego szef literacki stoją murem za wystawianym na własnej scenie dziełem. Jednak konfrontacja z jego ostatecznym kształtem może być bolesna dla wszystkich. Wpierw zdezorientowany, a potem poirytowany widz stwierdzi bowiem, że obietnice podyktowane dobrym samopoczuciem stojących za spektaklem twórców niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. No i poczuje się oszukany. Przywołaniem Manna, i śmiercią, i Wenecją w tytule, postaciami mającymi stanowić echa bohaterów słynnej krótkiej formy, genialnie potem przełożonej na filmowy ekran przez Luchino Viscontiego.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.