Między groteską a traumą
"Lilla Weneda" w inscenizacji Michała Zadary broni się jako pastisz w stylu Tarantino, ale przepada, gdy próbuje analizować polski wojenny kompleks nie do wyleczenia
Dwa miesiące temu na tej samej scenie oglądaliśmy "Fantazego", teraz dostajemy dopełnienie dyptyku Juliusza Słowackiego - "Lillę Wenedę". Reżyser ten sam, Michał Zadara, w obsadzie jak poprzednio Barbara Wysocka i Paulina Holtz. W "Fantazym" mieliśmy jednak zamach na superprodukcję, dramat wystawiony z jedynie kosmetycznymi skrótami, w konwencji przerysowanej XIX-wiecznej rekonstrukcji, co chyba nie było zamiarem autorów widowiska. Nowy spektakl skalę ma znacznie skromniejszą, reżyser przenosi opowieść o dwóch prastarych rodach znad Gopła gdzieś do wieku XX w czas Wielkiej Wojny. Szuka w niej aluzji do współczesności, raz po raz puszcza oko do widowni. Jakby na chwilę zapomniał o swych deklaracjach formułowanych we wspólnym programie do dyptyku w Powszechnym. Mówił tam, że chce być tylko lektorem klasyki, że interesuje go świat romantyków, a nie nasz dzisiejszy. Cóż, artysta ma prawo do zmiany strategii, nikt nie każe mu otwierać dwóch sztuk jednego autora tym samym kluczem. Inna rzecz, że "Fantazy" i "Lilla Weneda" Zadary różnią się znacząco. Skonstatowałem to bez przykrości, bo na poprzednim spektaklu, przyznaję, z trudem wytrzymałem.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.