Polskie morze? Na emeryturze. Tak jak avensis
Zamiast pisać te słowa, miałem leżeć na którejś z nadbałtyckich plaż, sączyć chłodne piwko, zaznawać świętego spokoju i zajadać się smażoną flądrą. Ale okazało się, że to całkowicie bez sensu. Że jedynym efektem, jaki przyniesie realizacja tego planu, będzie ból głowy i portfela. Z kilku powodów. Po pierwsze, choć spod mojego domu aż na molo w Sopocie prowadzi autostrada, to na przejechanie nią w szczycie sezonu musiałbym poświęcić 7-8 godzin. A w tyle to można dolecieć do Nowego Jorku. Po drugie, święty spokój. Łatwiej o niego na wyprzedaży klapek w Lidlu niż w Łebie czy we Władysławowie. Mój znajomy był w Kołobrzegu i opowiadał, że codziennie chodził ustawić swój namiot, 200 m bieżących parawanu, parasol, dmuchany zamek i sześć leżaków już o 5 rano. A i tak mógł się pobudować "dopiero" w drugiej linii od brzegu. Raz przyszedł o ósmej i wylądował za wydmą - w lesie. Gdy ruszył orzeźwić się w morzu, po prostu zgubił się w labiryncie utkanym z materiału i odnalazł się dopiero po sześciu godzinach. W Karlskronie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.