Niewolnik własnego sukcesu?
Takiego "Wesela" jak to, które w Katowicach przygotował Radosław Rychcik, jeszcze nie widzieliście. Tyle że wcale nie jest to komplement. Przynajmniej nie w pełni
Przyznaję: lubię teatr Radosława Rychcika. Za jego efektowność, spektakularność, ostry rysunek bohaterów i za to jeszcze, że nie udaje czegoś więcej niż to, czym jest. Bezczelną niekiedy grą konwencjami, myleniem popkulturowych tropów, wodzeniem widzów za nosy i zwodzeniem ich na manowce. Nie wszystkie jego przedstawienia tak samo przypadały mi do gustu. Najpierw świetny debiutancki "Versus. W gęstwinie miast" Brechta, ale chwilę później do bólu manieryczne "Fragmenty dyskursu miłosnego" według Barthes’a. Dziwaczny, chłopięco niedojrzały "Hamlet" Szekspira, a potem ostrych jak nóż "Dwunastu gniewnych ludzi" na motywach scenariusza słynnego filmu Lumeta. "Samotność pól bawełnianych" Koltesa zamieniona w przejmujący rockowy koncert oraz niezborna i nieznośna "Pani Bovary", która z powieścią Flauberta nie miała poza bohaterką niczego wspólnego. Jeszcze pretensjonalny "Diabeł" osnuty wokół "Twin Peaks" Lyncha oraz nużące i przegadane "Niebezpieczne związki" inspirowane książką de Laclos. I nie tak dawno świetny, rozedrgany "Utalentowany pan Ripley" inspirowany kryminałem Highsmith. Dużo przedstawień, różnorodne fascynacje. Czasem trafione w punkt, innym razem boleśnie chybione. Niemniej wydaje mi się Rychcik twórcą nieprzewidywalnym, stąd z zainteresowaniem przyjmuję jego kolejne projekty. Bo nigdy nie wiem, co mnie czeka. Sympatyczne uczucie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.