Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Społeczeństwo

Młodzi o głodzie

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Niechęć pracodawców do absolwentów to choroba całej Europy, ale u nas ma wyjątkowo ostry przebieg. Co czwarty młody Polak po nieudanych próbach trafia do rejestru bezrobotnych. Pierwszej pracy szuka średnio 6,6 miesiąca

Unia narzeka, że się starzeje, ale na młodych nie ma pomysłu. Stopa bezrobocia wśród nich zawsze była dwukrotnie wyższa niż przeciętna, teraz jest jeszcze gorzej. W marcu 2010 r. bezrobocie w UE (dane Eurostatu) wynosiło 9,6 proc., ale wśród młodzieży aż 20,6 proc. U nas ogólnie jest nieco lepiej, stopa bezrobocia wynosiła w tym czasie 9,1 proc. Ale wśród młodych było gorzej - 23, 6 proc., a wśród absolwentów aż 25 proc. W końcu 2009 r. w urzędach pracy zarejestrowanych było 426 tys. bezrobotnych, którzy nie ukończyli 25 roku życia. To prawie 40 proc. więcej niż rok wcześniej.

Frustracji młodych może się już nie dać rozładować. Jaki pomysł na siebie może mieć absolwent zasadniczej szkoły zawodowej, skoro po jej ukończeniu pracy nie znajdzie co drugi (49,3 proc.)? W nieco lepszej sytuacji, według informacji Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, są absolwenci szkół policealnych i średnich zawodowych - start w dorosłe życie od bezrobocia rozpoczyna 32,9 proc. Ukończenie uczelni wyższej też nie chroni od bezrobocia. Do urzędów pracy trafia 18,2 proc. absolwentów. Przekonanie, że dyplom jest gwarancją pracy, można już między bajki włożyć. Kto i co za to odpowiada?

Kto weźmie teologa?

Winowajcą numer 1 od lat pozostaje zły system kształcenia, zupełnie niedostosowany do potrzeb rynku pracy. Oferta edukacyjna, w przeciwieństwie do rynku pracy, zmienia się ociężale. Można odnieść wrażenie, że ani szefowie szkół czy uczelni, ani też młodzi, którzy się do nich zgłaszają, nie zaglądają wcześniej nawet na internetowe strony MPiPS, na których zamieszcza się listy zarówno zawodów, po których pracę znaleźć najtrudniej, jak i ofert najdłużej czekających na chętnych.

Można tu znaleźć informacje zaskakujące. Na przykład, że w urzędach pracy zarejestrowało się aż 562 matematyków, podczas gdy ofertę pracy zgłoszono zaledwie dla jednego.

Kogo pracodawcy szukają? Najwięcej ofert napływa z administracji publicznej oraz resortu obrony narodowej. To co piąte zgłoszone zapotrzebowanie. Kolejna zaskakująca wiadomość - potrzeba wielu robotników gospodarczych, pracowników biurowych i administracyjnych, telemarketerów. Pocieszające jest to, że wybór kierunku studiów ma obecnie dla pracodawców coraz mniejsze znaczenie. Z najnowszych badań urzędu pracy w Warszawie wynika, że ważniejsze jest doświadczenie zawodowe absolwentów. To, że szukają swojej pierwszej pracy, nie oznacza wcale, że mają go nie mieć.

Aleksandra Opara zajmuje się rekrutacją pracowników dla Marsa (międzynarodowy koncern, w naszym kraju produkuje słodycze oraz karmę dla zwierząt), sama kończyła stosunki międzynarodowe oraz iberystykę. Specjalistą od sprzedaży jest w korporacji teolog, za markę batoników odpowiada filozof.

Spośród kilkunastu osób, które w ostatnich miesiącach znalazły pierwszą stałą pracę w Marsie, większość zetknęła się z tą lub podobną firmą na letnich praktykach studenckich. Studenci Wydziału Dróg i Mostów na Politechnice Krakowskiej zdobywają doświadczenie w firmach budujących autostrady. Nie mają kłopotów ze znalezieniem pierwszej pracy. - Nie trafiają też do nas absolwenci Politechniki Warszawskiej oraz SGH - zauważa Urszula Murawska z warszawskiego urzędu pracy. Wybierając uczelnię, warto zwrócić uwagę, czy stwarza studentom możliwość dobrych praktyk zawodowych.

Absolwent bez zrozumienia

Do rejestru bezrobotnych trafiają również absolwenci, którzy zdobyli zawody, jakich rynek potrzebuje. Do Anny Kolczyńskiej, doradcy zawodowego, zgłaszają się elektrycy po technikach, ale bez uprawnień umożliwiających pracę w zawodzie. Szkoła daje dyplom, po uprawnienia trzeba się zgłosić na kurs do Stowarzyszenia Elektryków Polskich. Nikomu nie zależy, żeby te dwie rzeczy połączyć. - Często się zdarza, że absolwenci techników samochodowych nie zdobywają w trakcie nauki prawa jazdy - narzeka Kolczyńska. Za zdobycie umiejętności, które powinna gwarantować szkoła, płaci więc urząd pracy. - Gorzej, gdy trafia do niego absolwent wyższej uczelni, który nie potrafi przeczytać ze zrozumieniem i zrobić analizy zwykłego dokumentu - narzeka Czesława Ostrowska, wiceminister pracy i polityki społecznej.

Unii Europejskiej bardzo zależy, by absolwenci nie startowali w dorosłe życie jako bezrobotni, więc na osiągnięcie tego celu nie żałuje pieniędzy. Powiatowe urzędy pracy na aktywizację zawodową absolwentów jeszcze nigdy nie miały tak ogromnych środków. Ponieważ pracodawcy zgodnie twierdzą, że szkoły nie przygotowują młodych do pracy, więc państwo wydaje rocznie setki milionów złotych, żeby zrobili to sami pracodawcy. - Bezrobotny absolwent, rejestrując się w urzędzie pracy, ma dużą szansę na staż - wyjaśnia wiceminister Ostrowska. Państwo płaci mu równowartość 120 proc. zasiłku dla bezrobotnych (około 900 zł) oraz opłaca za niego składki na ZUS. Zadaniem absolwenta i urzędu pracy jest znaleźć takiego pracodawcę, który zechce go zatrudnić za darmo. I przekonać w czasie tych kilku miesięcy, że warto go potem zostawić i zacząć mu płacić. Staż uzyskuje połowa bezrobotnych absolwentów, połowie tej połowy udaje się dostać po nim normalne zatrudnienie.

Byle do Warszawy

Z badań Departamentu Analiz Strategicznych Kancelarii Prezesa Rady Ministrów dowiadujemy się, że największe szanse na znalezienie pierwszej pracy są w Warszawie. W ostatnich dziesięciu latach tutaj właśnie znalazło ją aż 18 proc. zatrudnionych po raz pierwszy. Nie boją się też młodych: Kraków, Wrocław, Poznań, Łódź i Katowice. Poza dużymi miastami o pierwszą pracę jest naprawdę trudno.

Aspiracje finansowe absolwentów jednak się nie zmniejszyły - wynika z doświadczeń Urszuli Murawskiej z Urzędu Pracy m.st. Warszawy. - Wielu z nich ciągle oczekuje na początek czterech tysięcy, fury i komóry - mówi. Zderzenie z rzeczywistością przeważnie jest przykre. Średnia pierwsza płaca w stolicy (tutaj są najwyższe pensje) to 2100 zł, ale w Białymstoku już tylko 1400 zł. Aż 10 proc. zatrudnionych po raz pierwszy dostaje jednak mniej niż 900 zł. Ostatni kryzys spowodował, że najbardziej po kieszeni dostają właśnie młodzi, zaczynający pracę w 2008 i 2009 r.

Irlandia czy Hiszpania?

W młodych narasta więc frustracja. Dr Maciej Duszczyk z Instytutu Polityki Społecznej UW najbardziej obawia się powielenia w Polsce scenariusza hiszpańskiego. - Już 20 proc. młodych Hiszpanów kończy edukację na podstawówce - zauważa. Nie chcą się uczyć dalej, skoro dyplomy nie są już gwarancją zatrudnienia. Przed kilkoma laty ci najbardziej sfrustrowani decydowali się na emigrację zarobkową. - Kryzys nie zniechęcił ich do wyjazdów, uczynił jednak ostrożniejszymi - twierdzi dr Duszczyk. Już nie pędzą do Londynu czy Dublina po lekturze ogłoszenia w gazecie, obiecującego tam pracę, ale starają się znaleźć za granicą jakiś punkt zaczepienia. Młodzi z wielu rzeczy mogą zrezygnować, na pewno jednak muszą mieć pracę.

Joanna Solska © Polityka sp. z o.o. S.K.A. 1991-2014

(skróty pochodzą od redakcji)

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.