SLD to nie dziad proszalny
Jeśli Tusk nie stanie w prezydenckie szranki, to Cimoszewicz znajdzie się oko w oko z koniecznością poważnej weryfikacji decyzji o niekandydowaniu. Byłby co najmniej niefrasobliwy, gdyby odrzucił taką możliwość - przekonuje Leszek Miller
Wróciłem z innego powodu. Pod kierownictwem Napieralskiego Sojusz przestał być partią koncesjonowaną. W związku z tym próby robienia czegoś poza czy w kontrze do SLD to strata ludzi i czasu. Poza tym układ czterech partii parlamentarnych w państwie to żadna efemeryda.
Tak. A mówiąc precyzyjniej: na jakiego stać SLD.
Cimoszewicz mógłby wystartować, gdyby miał pewność, że może wygrać.
On nie chce startować dla samego udziału. Nie musi potwierdzać swojej pozycji, przypominać ludziom o sobie. Interesuje go rywalizacja zwycięska. A ponieważ uważa, że przegra z Donaldem Tuskiem, tym samym nie ma powodu, by uczestniczył w tym wyścigu. Sytuacja zmieniłaby się, gdyby obecny premier zrezygnował z walki o prezydenturę.
Jeśli Tusk nie stanie w szranki, to Cimoszewicz znajdzie się oko w oko z koniecznością poważnej weryfikacji decyzji o niekandydowaniu. Bo jeśli nie ma Tuska w grze, to przed Cimoszewiczem otwierają się szanse na wygraną. Byłby co najmniej niefrasobliwy, gdyby odrzucił taką możliwość.
Nie. Dlatego że SLD nie może bez końca ustawiać się w pozycji dziada proszalnego. I chodzić po prośbie: może pani wystartuje? To do Jolanty Kwaśniewskiej. A może pan? To do Cimoszewicza. Poważna partia polityczna musi mieć swojego kandydata. Tu zresztą się z Cimoszewiczem nie zgadzam, kiedy mówi, że SLD może spasować. Kampania prezydencka to również okazja do zaprezentowania partii. I w tym sensie Sojusz nie mógł tych wyborów przejść bokiem.
Sądzę, że wystartuje, bo inaczej zniszczy swoją karierę. Premier Tusk przypomina człowieka, który stoi zimą na stoku i widzi, że pędzi na niego rosnąca z każdą chwilą kula śniegowa. Ta kula to różne kłopoty, ale przede wszystkim deficyt budżetowy i dług publiczny. Nigdy dotąd nie zdarzyło się, by z roku na rok deficyt budżetowy rósł o sto procent, z 27 do 55 mld złotych, a dług publiczny przekroczył połowę całego PKB, tak jak to jest obecnie. Jeśli do tego dołożymy coraz bardziej napiętą sytuację w samej Platformie, to ten człowiek na stoku ma dwa wyjścia: albo uciekać w dół przed tą kulą, i to bez powodzenia, albo zrobić zręczny unik. To drugie rozwiązanie oznacza skok do Pałacu Prezydenckiego. 2010 to ostatni rok, w którym to będzie jeszcze możliwe.
To absurd! Polska polityka jest jedną z nielicznych na świecie, gdzie można przedstawić nawet najbardziej niedorzeczny scenariusz i będzie on traktowany poważnie.
W mediach nie ma takiego sojuszu, ale wróćmy do wariantu Tusk prezydentem, a Cimoszewicz premierem. Chciałbym zobaczyć polityków PO, którzy byliby gotowi poprzeć takie rozwiązanie. W Platformie jest wielu poważnych kandydatów na urząd premiera i każdy z nich jest w stanie zablokować taką księżycową koncepcję.
Szef zwycięskiego w wyborach ugrupowania. Jeśli PO wygra wybory, to przyszłym premierem powinien być przewodniczący Platformy.
Nie, bo siła rażenia obecnych komisji jest inna niż tej pierwszej. Ale na pewno spowoduje spore spustoszenie.
Tak, oczywiście. Najgorsze dla Tuska jest podejrzenie o przeciek. Zresztą ta afera jest coraz mniej hazardowa, a coraz bardziej przeciekowa. Gdyby potwierdziło się, że informacja o śledztwie przeniknęła do ludzi objętych działalnością operacyjną CBA od samego premiera albo z jego najściślejszego otoczenia, to byłby niesłychany skandal i wypadek bez precedensu. Jak dotąd w tej sprawie są tylko poszlaki, ale warto pamiętać, że w podobnym przypadku na podstawie poszlak, bez żadnych twardych dowodów sąd skazał na karę więzienia wiceministra MSWiA.
To mało powiedziane. To projekt anachroniczny i niedemokratyczny, który czerpie natchnienie z konstytucji kwietniowej 1935 roku. Jego celem jest wzmocnienie siły państwa w stosunku do obywatela, likwidacja niezawisłości i niezależności wymiaru sprawiedliwości, usunięcie zasady trójpodziału i kontroli władz. W demokratycznym państwie prawa to są rzeczy nie do pomyślenia.
Mogę mówić tylko za siebie. Sądzę, że jeśli już zmieniać, to w kierunku osłabienia pozycji prezydenta, który powinien być wybierany przez Zgromadzenie Narodowe. Jego funkcja powinna zostać sprowadzona do czysto ceremonialnej.
Niepotrzebnie ubiega się o ten mandat. W każdej talii są asy i walety, a Nałęcz to walet. Asem jest Szmajdziński. Bo to on ma szansę być w drugiej turze.
Jedno i drugie. Lech Kaczyński będzie miał szalone kłopoty ze znalezieniem się w drugiej turze. Dlatego przy dobrej kampanii Szmajdziński ma duże szanse.
To mrzonki. Nie ma już dziś kampanii pozytywnych. Na całym świecie demokracja parlamentarna zamieniła się w demokrację medialną. Nie liczy się program, tylko umiejętność sprzedania własnego towaru w jak najładniejszym opakowaniu i utrącenie konkurentów każdymi metodami.
Przydałoby się. Jeśli już SLD ponosi koszty za tzw. medialną koalicję z PiS, to powinien mieć z tego jakieś korzyści. Ale prawdziwa koalicja z PiS? Nie do zaakceptowania. Chyba że Prawo i Sprawiedliwość odrzuci swoje obecne kierownictwo i uchwali nowy program stojący na gruncie III RP.
To nic nowego. Sojusz i ja osobiście też tak działaliśmy. Katarzyna Piekarska była ulubienicą profesora Geremka. Ja ją ściągnąłem do SLD i do MSWiA. Internowany w stanie wojennym nieżyjący już Andrzej Bączkowski był moim następcą w Ministerstwie Pracy w rządzie SLD. Andrzej Celiński podobnie. Transfery są czymś zwyczajnym.
W tamtych czasach takie słowa jak "reformator", "beton" coś znaczyły. Dzisiaj nie znaczą już nic. Nawiasem mówiąc, w partiach politycznych za dużo jest plasteliny i rozmemłania, a za mało betonu. Za dużo buduje się na ruchomych piaskach, a za mało na trwałych fundamentach.
Najwięcej zależy od samego kandydata, ale na pewno Kwaśniewski, ze swoją popularnością, może bardzo pomóc.
To pytanie, na co Kwaśniewski jest gotowy? Czy jeździć po całej Polsce, czy tylko od czasu do czasu pokazać się razem w telewizji? Na całym świecie kandydaci lubią pokazywać się z politykami albo celebrytami. Guenter Grass latami pełnił taką rolę dla SPD i wszyscy socjaldemokratyczni kanclerze z jego twarzy korzystali. W kampaniach amerykańskich każdy z kandydatów na prezydenta ma swoich aktorów, pisarzy, polityków. Szmajdziński będzie miał Kwaśniewskiego.
Dlaczego nie? Kampanie wyborcze stały się rodzajem medialnego show. Politycy, nawet jeśli tego nie lubią, muszą się z tym pogodzić. Gdy byłem premierem, moja żona ani razu nie zgodziła się, by choć jedna kamera, jeden dziennikarz wszedł do naszego domu. Bo dom to azyl. Ale kilka lat później z rozbawieniem oglądałem w telewizji premiera Marcinkiewicza, który w domu w fartuszku lepił pierogi.
To człowiek, który jest w polityce od wielu lat. Gdyby coś było w jego życiorysie, dawno temu zostałoby wywleczone. Jego przeciwnikom trudno będzie znaleźć na niego haka. Chyba że go sami spreparują.
@RY1@i02/2010/014/i02.2010.014.000.0012.001.jpg@RY2@
Miller: wystawienie Szmajdzińskiego to nie falstart
Fot. Marcin Kaliński
były premier i szef MSWiA, dawniej lider SLD, po rozstaniu z partią właśnie do niej wraca
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu