Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Jak PRL tuszował katastrofy katastrofy

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

W wypadku dwóch autokarów w Wilczym Jarze na Żywiecczyźnie zginęło 30 osób. Mało kto się o tym dowiedział

Pawłem Zyzakiem

@RY1@i02/2013/249/i02.2013.249.000001500.807.jpg@RY2@

Paweł Ulatowski

Paweł Zyzak, historyk i publicysta, autor m.in. kontrowersyjnej biografii "Lech Wałęsa - idea i historia" oraz monografii "Tajemnica Wilczego Jaru" poświęconej katastrofie dwóch autokarów na Żywiecczyźnie, która wydarzyła się 15 listopada 1978 r.

Rankiem 15 listopada 1978 r. do Jeziora Żywieckiego niedaleko Oczkowa, w miejscu zwanym Wilczym Jarem, spadają z mostu dwa autokary wiozące górników. W odstępie zaledwie kilkunastu minut. Ginie 30 osób. To największa w tym czasie katastrofa drogowa w Polsce. Co było jej przyczyną?

Śledztwo poprowadzono tak, by za wszelką cenę udowodnić, że doprowadziła do niej oblodzona jezdnia. Winą obarczono dwóch kierowców autobusów: Józefa Adamka i Bolesława Zonia. Nie wzięto pod uwagę żadnych innych wersji. Akta sprawy dopasowywano do wersji ustalonej w gabinetach władzy.

Ponoć do wypadku przyczyniła się milicyjna nyska, którą na oblodzonym asfalcie - by uniknąć zderzenia - musiał ominąć jeden z autokarów. Taka legenda przewija się w opowieściach o tej katastrofie. Sprawdzał ją pan?

W odróżnieniu od prokuratorów sprawdzałem różne wersje dotyczące katastrofy w Wilczym Jarze. Ustaliłem, że opowieść o nysce powstała tuż po wypadku. Stworzyli ją górnicy, którzy przyjechali kopalniakami (to autokary wiozące górników - red.) na miejsce katastrofy krótko po tym, jak pierwszy z dwóch autobusów wpadł do jeziora.

Ale opowieść o nysce pojawia się cały czas - na internetowych forach, w artykułach o katastrofie...

To dlatego, że ta katastrofa nigdy nie została w pełni wyjaśniona. Śledztwo prokuratorskie skupiło się na warunkach pogodowych i stanie technicznym autokarów, tuszując rzeczywistą, pierwotną przyczynę nieszczęścia. Nie przekraczając kompetencji naukowca, mogę powiedzieć, że na moście najprawdopodobniej doszło do zderzenia autokaru z jakimś pojazdem, najpewniej radiowozem MO.

Jak tuszowano ten wypadek? Trudno ukryć śmierć 30 osób.

To katastrofa masowa, nie sposób było ją przemilczeć. W takich przypadkach władze partyjne i administracyjne stosowały sprawdzony schemat działania. Przedstawienie tego mechanizmu było jednym z moich celów, kiedy zabierałem się do pracy nad książką o katastrofie w Wilczym Jarze. Chciałem stworzyć publikację, będącą naukową analizą postępowania władz wobec wielkich katastrof PRL.

Katastrof w Polsce Ludowej nie brakowało. W styczniu 1978 r. w Osiecznicy ciężarówka wojsk radzieckich wioząca element mostu przecięła na pół autobus PKS. Zginęło 15 osób. Albo tragedia, która wydarzyła się podczas defilady w Szczecinie w październiku 1962 r. - czołg wjechał w tłum, zabijając siedmioro dzieci. To były wypadki z politycznym podtekstem, niewygodne dla władz. Czy można je porównywać do sprawy z Wilczego Jaru?

Tak, bo wszystkie ta katastrofy potencjalnie groziły niekontrolowanym wybuchem niezadowolenia, prowokowały do pytań. Wiadomości o katastrofie w Szczecinie miały największe szanse przedostania się do szerszej opinii publicznej. Wypadek wydarzył się w czasie oficjalnych uroczystości, było mnóstwo świadków. W przypadku katastrof w Wilczym Jarze i Osiecznicy mogło zaś być inaczej. Katastrofa w Osiecznicy wydarzyła się po zmroku, ale na ruchliwej drodze. Informacje o niej, dzięki Radiu Wolna Europa, dotarły jednak na Zachód. Najłatwiej było zdławić pogłoski o katastrofie autokarów w Oczkowie. Katastrofa była specyficzna. Wydarzyła się w górach, na lokalnej drodze, przed świtem, kiedy ruch był niewielki. Jednak we wszystkich tych przypadkach władza stosowała podobny modus operandi.

Na czym on polegał?

Szybko powoływano zespół rządowy składający się z ministrów i wiceministrów, który ustalał oficjalną wersję wydarzeń. Na miejscu wypadku z marszu do działań przystępowała Służba Bezpieczeństwa. Wchodziła w kompetencje MO, ustalała razem z drogówką, co się wydarzyło, pomagała zabezpieczać teren, wstępnie indagowała świadków oraz domniemanych sprawców, jeśli ci przeżyli. Później odwiedzała rodziny ofiar, ponownie świadków, urzędników powiązanych ze sprawą, dbając cały czas, by śledztwo nie wyskoczyło z właściwych torów. Zdarzało się, że SB tworzyła własnych świadków, których zadanie polegało na dezinformowaniu przez rozprzestrzenianie plotek lub podważanie wiarygodności świadków i domniemanych sprawców.

A dziennikarze, którzy opisywali katastrofy? Ich też nakierowywano?

Media w takich sytuacjach miały bardzo ważną rolę do odegrania. Kiedy w prasie krajowej pojawiała się - enigmatyczna i krótka - wiadomość o wypadku, natychmiast zestawiano ją z informacją o jeszcze większej katastrofie na Zachodzie lub w krajach Trzeciego Świata. Tragedię w Wilczym Jarze "Trybuna Ludu" przykryła katastrofą lotniczą na Sri Lance, w której zginęło 199 osób. Następnie media ogólnokrajowe odcinano od informowania o wypadku, zajmowały się nim wyłącznie gazety lokalne. Tam z kolei publikowano doniesienia zatwierdzone na szczeblu politycznym. Opisując przyczyny katastrofy, kładziono nacisk na jakąś usterkę, na brak czujności operatora, kierowcy, maszynisty, na warunki pogodowe. Podkreślano, że władze zabezpieczyły byt rodzin ofiar i zatroszczyły się o rannych.

Urzędnicy czy ministrowie ponosili konsekwencje?

Nie. Winni musieli być maluczcy. Kierowcy, piloci, motorniczy, dyspozytorzy ruchu. Z punktu widzenia władz najlepiej, jeśli zginęli w katastrofie, bo wówczas łatwiej było pokierować śledztwem. Ustalenia milicji i prokuratorów musiały być zgodne z przekazem wytworzonym na szczeblu rządowym oraz transmitowanym przez media. W tymże przekazie dyrektorzy zakładów, okręgów, władze partyjne, ministrowie byli poza jakimikolwiek podejrzeniami oraz jakąkolwiek odpowiedzialnością.

Mówi pan o zabezpieczeniu politycznym katastrofy, o wpływaniu na świadków i rodziny ofiar. Dlaczego władzom centralnym miałoby zależeć na tuszowaniu katastrofy z Wilczego Jaru? Sprawy przecież lokalnej.

To nie była wyłącznie sprawa lokalna. Należy na nią spojrzeć na tle wydarzeń i procesów społecznych z drugiej połowy lat 70. Był to okres wyjątkowo podatny na bunty, mogące doprowadzić do rewolty na wielką skalę. Meldunki SB mówią o rosnącym niezadowoleniu społecznym, o niepokojach wynikających z fatalnej sytuacji ekonomicznej kraju. Władza wiedziała, że prędzej czy później ludzie wyjdą na ulice, zwłaszcza że wydarzenia 1976 r. przyniosły tylko doraźne rozwiązania ekonomiczne. Każda taka katastrofa jak tragedia w Wilczym Jarze mogła bunt przyspieszyć.

Rozmawiał pan z rodzinami ofiar. Czy SB wpływała na ich zeznania?

Starali się to czynić pracownicy wydziału kryminalnego MO, prowadzący śledztwo. Funkcjonariusze SB interesowali się śledztwem, lecz przede wszystkim tym, co z niego wyłączono - między innymi plotką o milicyjnej nysce. Jedną z osób, które SB nachodziła, był Marian Adamek, starszy brat Józefa, kierowcy pierwszego autobusu.

W książce nie przytacza pan jednak dokumentów Służby Bezpieczeństwa...

W archiwach Instytutu Pamięci Narodowej nie znalazłem akt SB dotyczących sprawy Wilczego Jaru. Nie wiadomo, co się z nimi stało. Być może komuś zależało, by się już nie odnalazły. Musimy jednak pamiętać, że policja polityczna nie zajmowała się wyjaśnianiem katastrof. Stanowiła oczy i uszy partii, chroniła jej interesy i interesy reżimu. Dlatego jeśli w przyszłości znajdą się dokumenty dotyczące tej tragedii, najpewniej nie opowiedzą nam w szczegółach o jej przebiegu.

@RY1@i02/2013/249/i02.2013.249.000001500.808.jpg@RY2@

@RY1@i02/2013/249/i02.2013.249.000001500.809.jpg@RY2@

@RY1@i02/2013/249/i02.2013.249.000001500.810.jpg@RY2@

@RY1@i02/2013/249/i02.2013.249.000001500.811.jpg@RY2@

@RY1@i02/2013/249/i02.2013.249.000001500.812.jpg@RY2@

Składnica akt Komendy powiatowej policji w żywcu

Archiwalne milicyjne zdjęcia z katastrofy w Wilczym Jarze

Więcej zdjęć na

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.