Jak nie rozmawiać o szkole, czyli pozorna troska o dobrostan uczniów
W sobotę mieliśmy usłyszeć od premiera, co się stanie ze szkołami w kontekście epidemii. Nie usłyszeliśmy, bo w rządzie trwa dyskusja, co z tym fantem zrobić.
Jej fundament dotyczy tego, jak roznosi się choroba i jaka jest w tym rola normalnie działającej edukacji. Z naszych rozmów z urzędnikami wynika, że różnice między ich stanowiskami są poważne. Z jednej strony słyszymy, że wzrost przypadków choroby to efekt powakacyjnego nawrotu aktywności zawodowej, ale głównie życia towarzyskiego, wesel czy innych uroczystości w restauracjach, barach a nawet domówek. ‒ Mamy informacje o takich przypadkach, że w jednej sali jest przyjęcie weselne, a w drugiej tuż obok „impreza rodzinna”, na której bawi się reszta gości. I tak przepisy są obchodzone ‒ mówi jeden z naszych rządowych rozmówców. Stąd zaostrzenia dotyczące właśnie tego typu imprez. Ale już np. jeden ze współautorów modeli epidemii dr Franciszek Rakowski z UW mówi nam, że za obecny wzrost odpowiada powrót dzieci i młodzieży do szkół. Ich model matematyczny wskazywał, że po powrocie do szkół na przełomie września i października liczba dziennie wykrywanych przypadków koronawirusa będzie wynosiła kilka tysięcy. To się potwierdziło. Jednak precyzyjnych danych ‒ za ile przypadków „odpowiadają” szkoły ‒ nie ma. ‒ Danymi o zakażeniach w szkołach dysponuje MEN ‒ przekonuje nas resort zdrowia. MEN mówi, że z informacji uzyskanych od Głównego Inspektora Sanitarnego wynika, że szkoły nie są głównym źródłem zakażenia, stanowią jedynie 2 proc. wszystkich zakażeń. To jednak niewiele daje – bowiem sama liczba zakażeń w szkołach niewiele da. Istotna jest informacja, jaki odsetek przypadków koronawirusa ma swój początek w placówce edukacyjnej. Jak mówią nasi rozmówcy ‒ liczba ognisk może być niewielka, ale jest odpowiedzialna za rozprzestrzenianie się w społeczeństwie. Każde dziecko przychodzi do domu, w którym mieszka zwykle kilka osób. I nie chodzi tylko o przypadki zachorowań wśród dzieci, bo tych jest mało, ale o głównie bezobjawowe przekazywanie wirusa, który potem rozchodzi się już w rodzinach. ‒ Gdyby to imprezy rodzinne były jego głównym źródłem, to wysokie wzrosty zachorowań byłyby już w wakacje, tymczasem doszło do nich kilkanaście dni po początku roku szkolnego ‒ podkreśla nasz rozmówca.
Matematycy przygotowujący modele rozwoju epidemii przekonują, że w celu zahamowania rozprzestrzeniania się wirusa powinno się zamknąć szkoły na jakiś czas przynajmniej w czerwonych powiatach. W rządzie są na tapecie także inne pomysły na rozwiązanie szkolne ‒ np. odesłanie na naukę zdalną dzieci ze starszych klas, a zostawienia nauki stacjonarnej dla nauczania początkowego.
Z naszych rozmów wynika, że jest kilka przeszkód, żeby taką decyzję podjąć. Jedna to obawa o pogorszenie jakości nauczania podczas edukacji zdalnej. Część szkół nie jest przygotowana na taki model prowadzenia zajęć (przez wakacje rząd, kuratoria, samorządy czy same szkoły nie zrobiły dużo, by przygotować się do tego procesu). Drugim powodem jest gospodarka. Widać, że rząd robi obecnie wszystko, by osłabić negatywne skutki epidemii, a masowe zamykanie szkół musiałoby mieć takie efekty. Między innymi z tego powodu, że część rodziców musiałaby zostać z dziećmi w domu. A to oznacza, że oczekiwaliby wypłat zasiłków, co stanowiłoby poważne obciążenie dla budżetu ZUS. Rządzący mówią też o tym, że pozbawienie dzieci rytmu szkolnego przełożyłoby się bardzo negatywnie na ich stan psychiczny.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.