Bez rewolucji w nauczaniu studentów
Ryszard Droba - Uczelnie mają kształcić zgodnie z potrzebami rynku pracy. Problem w tym, że ani pracodawcy, ani tym bardziej uczelnie nie wiedzą do końca, jakie będą one w przyszłości
Już od września rozpoczynamy pracę nad nowymi programami nauczania. Musimy dopasować je do efektów wyznaczonych przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW), które powinien osiągnąć student danego kierunku w trakcie kształcenia.
Dzięki temu kształcenie ma nie tylko pozwalać na zdobycie wiedzy, ale także umiejętności i kompetencji społecznych. Ale to od szkół wyższych będzie zależeć, czy tak się rzeczywiście stanie. Może się okazać, że część z nich, zamiast skorzystać z tej możliwości, wprowadzi zmiany jedynie na papierze. Dla tych, które podchodzą do tego poważnie, jest to szansa na wyeliminowanie z treści kształcenia zbędnych informacji.
Tylko po części się z tym zgodzę. Po pierwsze autonomię w układaniu własnych programów zyskają jedynie te wydziały, które mają uprawnienia do nadawania stopnia doktora habilitowanego. W przypadku naszego uniwersytetu, który kształci na 20 kierunkach studiów, tylko trzy są prowadzone przez jednostki, które mają takie uprawnienia. To znacznie zawęża nasze możliwości.
Możliwe będą dwie drogi. Albo skorzystają z wzorcowych modeli nauczania tworzonych przez ministerstwo, co oznacza, że uczelnia rezygnuje z układania własnych programów i wpisuje się w te uniwersalne narzucone przez resort, albo otworzy własny kierunek studiów. Ale do tego będzie potrzebowała zgody ministerstwa i dwóch pozytywnych opinii Polskiej Komisji Akredytacyjnej (PKA). Jedna będzie dotyczyła sprawdzenia proponowanych programów nauczania, a druga tego, czy spełnia warunki potrzebne do prowadzenia tego kierunku, m.in. np. to, czy dysponuje odpowiednią kadrą. Zwiększa to uprawnienia ministra i ogranicza autonomię uczelni.
Obecnie uczelnia akademicka nie potrzebuje zgody ministra na otwarcie kierunku. Nie ma też takich trudności przy tworzeniu unikatowych studiów. Do tej pory szkoła wyższa występowała do ministra o utworzenie unikatowego kierunku. Wniosek opiniowała Rada Główna Szkolnictwa Wyższego. Powstało ich ponad 70. Nie spotkałem się z sytuacją, w której minister odrzuciłby wniosek uczelni. Od 1 października minister nabędzie nowe kompetencje, a droga uzyskania prawa do prowadzenia takich studiów dla niektórych szkół się wydłuży.
Mogą powstawać fantazyjne kierunki.
Celem reformy szkolnictwa wyższego jest to, aby uczelnie prowadziły kształcenie, które odpowiada na zapotrzebowanie rynku pracy. Problem w tym, że ani rynek pracy nie wie, jakich specjalistów będzie potrzebował za kilka lat, ani uczelnie. Dlatego też może być tak, że szkoły będą tworzyły kierunki na potrzeby profesorów, a nie rynku.
Raczej teraz uczelnie nie mają motywacji, aby poprawiać jakość kształcenia. To wiązałoby się z podniesieniem poprzeczki i wymagań zarówno od kandydatów na studia, których jest coraz mniej (również przez to, że nie zdało 25 proc. maturzystów) jak i od studentów.
Tak. Obecnie jest 467 szkół wyższych. To jest zdecydowanie za dużo. Ministerstwo nie ma możliwości, by administracyjnie je zlikwidować. Dlatego takim regulatorem mogą stać się pieniądze. W efekcie do wybranych placówek resort będzie mógł kierować więcej środków kosztem innych. Pytanie tylko, według jakiego klucza będzie to robił i ile uczelni przetrwa taką politykę finansową.
@RY1@i02/2011/141/i02.2011.141.183.007b.001.jpg@RY2@
Fot. Artur Chmielewski
Ryszard Droba, prorektor do spraw dydaktyki i wychowania Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego w Siedlcach
ROZMAWIAŁA URSZULA MIROWSKA-ŁOSKOT
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu