Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Jedziemy na autopilocie

26 czerwca 2018

Gomułka: gdyby rząd był zdeterminowany, żeby już zacząć obniżać deficyt, wyraziłby to w kolejnej ustawie budżetowej. Ale mamy lata wyborcze, więc ustawy m.in. zwiększającej podatki nie będzie. Dlatego wychodzenie z kryzysu potrwa do 2012 r.

@RY1@i02/2010/056/i02.2010.056.000.0013.001.jpg@RY2@

Polska specyfika polega m.in. na tym, że w obiegu publicznym mamy dwa różne budżety, a co za tym idzie - dwa różne deficyty. Jeden budżet (i deficyt) odnosi się do całego sektora finansów publicznych (rząd, jednostki samorządu terytorialnego, FUS i inne fundusze publiczne). Drugi - tzw. budżet państwa - tylko do rządu. W przypadku tego pierwszego mamy dokument rządowy, program konwergencji 2009, przyjęty przez Radę Ministrów i przesłany Komisji Europejskiej. Minister finansów informuje w nim, że w ubiegłym roku cały deficyt sektora finansów publicznych wyniósł 97 mld zł, czyli 7,2 proc. PKB. Ustawa o budżecie państwa na rok bieżący mówi z kolei, że deficyt w tym roku ma wynieść 52,2 mld zł. I jak dotąd resort finansów to podtrzymuje. Problem w tym, że minister Rostowski z sektora rządowego wyłączył cały szereg wydatków, chociażby finansowanie budowy dróg. W dodatku polska definicja wydatków rządowych wyłącza z nich transfery do OFE. To spowodowało, że informacja o tym deficycie jest mało ciekawa. Z punktu widzenia ryzyka ekonomicznego liczy się bowiem deficyt całego sektora finansów publicznych. Ekonomiści i rynki do niego przede wszystkim przywiązują wagę.

Na bezpieczeństwo trzeba patrzeć przez pryzmat kosztów obsługi zadłużenia publicznego. I przez pryzmat ryzyka, że te koszty mogą bardzo wzrosnąć. Oczywiście duży deficyt znacznie podnosi dług publiczny w relacji do PKB. Były obawy, że w tym roku ta relacja może dojść do 55 proc. Wygląda jednak na to, że na skutek umocnienia się złotego do tego nie dojdzie.

A dokładnie, że nie przekroczymy 53 proc. To jest możliwe, jeśli złoty będzie się umacniał i jeżeli wpływy z prywatyzacji będą duże. Jednak ekonomiści są wciąż mocno zaniepokojeni i widzą ryzyko, że w przyszłym roku bariera 55 proc. może zostać przełamana. Z tym wiązałyby się daleko idące konsekwencje. Pamiętajmy, że mamy ustawę o finansach publicznych. A ta mówi, że w takiej sytuacji rząd jest zobligowany do przedstawienia bardzo rygorystycznego budżetu w następnym roku. Ale nawet gdyby rząd zdecydował się na zmianę tej ustawy albo na przedefiniowanie długu publicznego, tak żeby nie doszło do przekroczenia tzw. progu sanacyjnego, to i tak pojawiłby się problem z oceną rynkową ryzyka. Rynki finansowe mogłyby zareagować niedobrze.

Po czterech latach deficytu właśnie na poziomie około 7 proc. PKB i osiągnięciu relacji długu do PKB w wysokości prawie 70 proc. doszło tam do dużego wzrostu kosztów obsługi długu publicznego. To zmusiło węgierski rząd i parlament do drastycznego obniżania wydatków. Albo więc natkniemy się na pułap 55 proc. PKB, a z czasem na konstytucyjny pułap 60 proc., co wymusi na nas radykalne zmiany w oparciu o obowiązujące prawo, albo też zostaniemy ukarani za rozrzutność przez rynki finansowe. W przypadku Węgier rynki były i tak dość cierpliwe. Gdyby tamtejszy przykład uznać za modelową sytuację dla nas, to z deficytem około 7 proc. PKB całego sektora już w zeszłym roku weszliśmy na węgierską drogę. W tym roku dalej nią idziemy. I według programu rządowego w roku 2011 będzie podobnie.

Progi są potrzebne. Są po to, by zwiększyć wiarygodność polityki gospodarczej kraju. Jeżeli teraz zaczęlibyśmy przy nich majstrować, automatycznie nasza wiarygodność by spadła, co skutkowałoby wzrostem kosztu obsługi długu publicznego.

Tak. Co więcej, Węgry prowadziły przez kilka lat bardzo ekspansywną politykę fiskalną, z dużymi deficytami. O skutkach tego już mówiłem. Gdyby dalej porównywać nas z Węgrami, to mamy jeszcze trzy lata do kryzysu.

To dobra analogia. Wtedy mieliśmy wzrost gospodarczy na poziomie 1 - 2 proc. przez dwa lata. I silny wzrost deficytu sektora finansów publicznych. Jednak wtedy nie mieliśmy wcześniejszego obniżenia dochodów w budżecie. Czyli teraz sytuacja jest trudniejsza, bo obniżyliśmy składkę rentową i podatek PIT, wprowadziliśmy becikowe. W sumie te działania obniżyły dochody budżetu lub podniosły wydatki w granicach 3 proc. PKB. Poprzedni rząd podjął te działania, a obecny je kontynuował. Efekt tego jest taki, że zmniejszanie deficytów budżetowych w następnych latach będzie mocno utrudnione. Tym bardziej że według prognozy rządowej tempo wzrostu gospodarczego będzie w latach 2010 - 2012 niższe od tak zwanego normalnego tempa wzrostu.

Średnia za ostatnie niemal dwadzieścia lat po przejściu na nowy system ekonomiczny w Polsce to około 4,5 proc. Teraz rząd mówi o 3 proc. w 2010 r. A w ustawie budżetowej zakłada wręcz mniej niż 2 proc. W grę wchodzi więc tempo na poziomie 1,5 - 3 proc. Osobiście zakładam, że w tym roku tempo wzrostu będzie na poziomie 2,5 proc. I dopiero w przyszłym roku wyniesie około 4 proc.

Tak. I dopiero w kolejnych latach: 2012, 2013 i 2014, jeżeli nie wydarzy się nowy kryzys światowy, powinniśmy mieć znaczne, choć przejściowe, przyspieszenie tempa wzrostu, do poziomu 5 - 7 proc.

Jeśli chodzi o 2012 r., to na razie mamy czysto papierowe zamierzenia ministra finansów. Pan Rostowski mówi, że rząd zmniejszy deficyt o 3 pkt proc. PKB między 2011 a 2012 r. Te potencjalne działania zostały, choć niebezpośrednio, opisane we wspomnianym już dokumencie o konwergencji.

Problem polega na tym, że to nie ten rząd i nie ten parlament będą te proponowane pomysły realizować. Za kilka miesięcy minister finansów przedstawi projekt budżetu na przyszły rok. Gdyby więc rząd był zdeterminowany, by już teraz zacząć działać i obniżać deficyt, to mógłby zaproponować znaczące działania już na rok przyszły.

Możliwości jest sporo, choćby te proponowane na 2012 r.

Przede wszystkim ani w tym, ani w przyszłym roku nie spodziewam się inicjatyw ustawodawczych zwiększających podatki lub zmniejszających wydatki. Bo mamy lata wyborcze. Od mniej więcej roku powtarzam, i to się jak na razie sprawdza, że lecimy na automatycznym pilocie obowiązujących ustaw, których zmieniać nikt nie zamierza.

Wychodzimy z kryzysu, to raczej pewne. Pytanie tylko, jak szybko to się nam uda. Bo tegoroczne tempo na poziomie 2,5 proc. ciągle oznacza dość silne spowolnienie. Jeśli sprawdzi się scenariusz 4 proc. w roku przyszłym, to już będzie wyraźna poprawa. Ciągle jednak stopa bezrobocia będzie dość wysoka i nie zmaleje. Dopiero od 2012 r. bezrobocie zacznie wyraźniej spadać. Wtedy też będziemy mieli rozkręcającą się szybko koniunkturę i prawdopodobnie początek trzyletniego boomu gospodarczego. Co do giełdy, to rzeczywiście już mamy bardzo silne odbicie indeksów w stosunku do tych minimalnych ze szczytu kryzysu. Z grubsza rzecz ujmując, jesteśmy z tymi indeksami gdzieś pośrodku drogi: od poziomów minimalnych do nowych, maksymalnych.

@RY1@i02/2010/056/i02.2010.056.000.0013.002.jpg@RY2@

Fot. Piotr Waniorek/Forum

prof. Stanisław Gomułka, ekonomista, były podsekretarz stanu w resorcie finansów, były doradca prezesa NBP

*, ekonomista, były podsekretarz stanu w resorcie finansów, były doradca prezesa NBP

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.