To ekonomia podyktuje datę odejścia od węgla i stanie się to szybciej niż myślimy
Rząd planuje utrzymać wydobycie węgla w Polsce do 2049 r., a w 2030 r. produkować z tego surowca nawet 56 proc. energii elektrycznej. Czy w dobie rosnących kosztów spalania czarnego paliwa jest to realne? Czy denialistyczna narracja związków górniczych nie doprowadzi w końcu do nagłego załamania sektora węglowego, w którym nie będzie już czasu na rekwalifikację i odtworzenie miejsc pracy? Niewątpliwie dla klimatu, bezpieczeństwa energetycznego i samych górników lepsze byłoby spojrzenie na zagadnienie transformacji w sposób bardziej pragmatyczny
Eksperci Instratu pokazują niezmiennie, że energetyka węglowa nie ma szans bycia opłacalną nie tylko w długiej perspektywie czasowej, ale już teraz. Oceniamy, że już w 2020 r. ok. 45 proc. polskich bloków węglowych miało problemy z wypracowaniem dodatniej marży zmiennej, czyli każda godzina wyprodukowanej energii kosztowała je więcej, niż przynosiła przychodów. W tym roku sytuacja wygląda jeszcze gorzej – od początku stycznia ceny uprawnień do emisji CO2 wzrosły z ok. 30 euro za tonę do ponad 40 euro za tonę, a to przełoży się na dalszy spadek opłacalności produkcji energii z węgla. Nawet historycznie najbardziej konserwatywne PGE przyznaje, że obecnie wiele bloków klasy 200 MW notuje straty na marży zmiennej sięgające 60–80 zł za MWh. Bloki te utrzymują się dziś wyłącznie dzięki kontraktom mocowym. Jednakże już w 2025 r. wiele z tych kontraktów wygaśnie. Czy za cztery lata czeka nas więc fala wyłączeń i kilkugigawatowa dziura w bilansie mocy?
Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów nieekonomiczności branży węglowej są rozbierane właśnie elementy konstrukcyjne elektrowni Ostrołęka C. Już w 2018 r. Instrat ostrzegał, że inwestycja najprawdopodobniej przyniesie skarbowi państwa miliardowe straty. Dlaczego więc wyrzuciliśmy w błoto ponad 1 mld zł na rozpoczęcie budowy?
Niewiele lepszy los może czekać właśnie uruchamiany blok w Turowie. Jednostka miała realizować kontrakt rynku mocy do 2035 r., mimo że w 2026 r. Kopalni Turów wygasa obecna koncesja na wydobycie węgla. Szanse na jej przedłużenie są minimalne, bo już obecną koncesję nasi sąsiedzi – Czesi i Niemcy, zaskarżyli do Komisji Europejskiej. Ta uznała skargę za zasadną, a spór przeniósł się obecnie do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej i wątpliwe jest, by jego wynik był dla Polski korzystny.
Czy nowy blok w Turowie miałby jednak szansę być opłacalnym? Zgorzelecki Klaster Energii w analizie z 2020 r. wskazywał, że pod względem finansowym, społecznym i klimatycznym, korzystniejszym rozwiązaniem byłoby zastąpienie elektrowni węglowej odnawialnymi źródłami energii i stworzenie w kopalni wielkiej elektrowni szczytowo-pompowej.
Z modeli Instratu wynika, że nawet przy umiarkowanie ambitnym tempie rozwoju odnawialnych źródeł energii (OZE), już pod koniec lat dwudziestych większość bloków węglowych będzie uruchamiana jedynie sporadycznie, co uniemożliwi im generację jakichkolwiek przychodów. To samo dotyczy planowanych przez rząd inwestycji w bloki gazowe, które, aby uzyskać długoterminową rentowność, będą musiały nastawić się na spalanie zielonego wodoru zamiast gazu ziemnego.
Argumentacją ekonomiczną wydaje się kierować koncern ZEPAK, który już zapowiada zamknięcie ostatnich bloków węglowych do 2030 r. i zastąpienie ich odnawialnymi źródłami energii. Rozważa się nawet scenariusz przyspieszony, w którym ostatni blok zostałby zamknięty do końca 2024 r. Z obliczeń Instratu wynika, że przyniosłoby to korzyści finansowe spółce, przyspieszyłoby redukcję emisji CO2, a także obniżyłoby cenę energii w całym kraju w perspektywie roku 2030.
Nawet w kręgach rządowych mówi się o tym, że większy udział OZE w gospodarce byłby korzystny ekonomicznie. Analitycy Polskiego Instytutu Ekonomicznego ocenili, że scenariusz dekarbonizacji jest tańszy niż węglowe status quo. Czy znajdzie to wreszcie odbicie w negocjacjach rządu prowadzonych ze związkami górniczymi i Komisją Europejską, w których Polska na razie jawi się jako chcąca utrzymać wysoki udział węgla za wszelką cenę – kosztem klimatu, ludzi i skarbu państwa?
W całej dyskusji zapomina się o roli sektora prywatnego, prosumentów, spółdzielni energetycznych. Chętnych aby inwestować w OZE w Polsce nie brakuje, a o obszary pod morskie farmy wiatrowe czy duże elektrownie słoneczne toczy się wręcz bitwa. Przeszkodą w transformacji polskiej energetyki nie są więc wcale pieniądze, a raczej opór polityczny i biurokracja – ustawa antywiatrakowa, opóźnienia w uchwaleniu ustawy offshore, nowelizacji ustawy o OZE czy też realizacji programów takich jak „Czyste powietrze”. Debata publiczna na temat przyszłości energetyki odbywa się też w wyjątkowo nieprzejrzystych warunkach. Polityka Energetyczna Polski 2040 uchwalona w lutym, przez kilka tygodni nie była publikowana, zmuszając komentatorów do bazowania na przeciekach. Podobne niejasności dotyczą planów restrukturyzacji górnictwa i energetyki, które wciąż nie zostały upublicznione.
Niewątpliwie ekonomia jest współodpowiedzialna za degradację środowiska i kryzys klimatyczny, z którymi się obecnie mierzymy. Paradoksalnie jednak, w przypadku polskiej energetyki węglowej, może ona stać się remedium zmuszającym rząd i spółki węglowe do transformacji w tempie szybszym, niż są gotowi otwarcie przyznać.
Ceny certyfikatów EUA [EUR/tCO2]
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.