Dziennik Gazeta Prawana logo

Cztery osoby na 10 zachorują na nowotwór

25 lutego 2021

Marcin Wojciech Czech: Chodzi o to, żeby zreformować system tak, by można było wcześniej potwierdzić, że pacjent ma nowotwór i wcześniej zacząć go leczyć

Fot. mat. prasowe

Marcin Wojciech Czech, lekarz, specjalista zarządzania i urzędnik państwowy, profesor zwyczajny, doktor nauk medycznych, doktor habilitowany nauk ekonomicznych, w latach 2017–2019 podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia

Jaki wpływ mają nowotwory na system opieki zdrowotnej i gospodarkę naszego kraju?

Wymiar ekonomiczny można rozpatrywać na kilku różnych poziomach. Poziom ogólny wskazuje, jak choroby nowotworowe en bloc wpływają na to, co się dzieje w gospodarce. Tu ważne są dwa zjawiska. Pierwszy to absenteizm, czyli czasowy bądź trwały brak produktywności jednostek, które zachorowały na chorobę nowotworową, a które są w wieku produkcyjnym. Drugi to prezenteizm, charakteryzujący się tym, że osoby z nowotworem są co prawda w pracy, ale przez to, że są chore, nie są w stu procentach wydolne. Pracują gorzej, często przebywają na zwolnieniach lekarskich. Te dwa zjawiska wiążą się z kosztami pośrednimi, które z kolei kładą się cieniem na całą gospodarkę, na produktywność populacji. Słowem na to, co ludzie są w stanie wytworzyć jako część produktu krajowego brutto. Nowotwory znajdują się na drugim miejscu, po chorobach układu sercowo-naczyniowego, jeśli chodzi o chorobowość i zapadalność Co więcej, w ich przypadku obserwujemy tendencję wzrostową.

To oznacza, że w przyszłości nowotwory znajdą się na pierwszym miejscu chorób, przez które ludzie będą umierać?

Jest jeszcze trochę czasu, ale jak dowodzą dane z raportów, cztery osoby na 10 w Unii Europejskiej zachorują w jakimś stadium swojego życia na nowotwór.

Wymiar ekonomiczny wiąże się też z problemami demograficznymi Europy, ze starzeniem społeczeństwa.

Jak najbardziej. Oprócz chorób nowotworowych, które w hematoonkologii dotyczą dzieci, młodych kobiet w wieku rozrodczym, to większość nowotworów, jak rak stercza, rak płuca, rak piersi dotyczy osób w wieku starszym, ale często jeszcze w wieku produkcyjnym. A nawet jeśli dotyczy to osób w wieku poprodukcyjnym, to bardzo często są to osoby, które będą wymagały opieki. Mamy do czynienia ze zjawiskiem, szczególnie w krajach, które nie mają jeszcze bardzo rozwiniętego systemu opieki instytucjonalnej, a Polska do tych krajów należy, gdzie takimi ludźmi opiekuje się rodzina. Wówczas członkowie rodziny również nie mogą prowadzić swojego życia zawodowego w pełnej skali. Rezygnują z pracy, by opiekować się chorym członkiem rodziny. To jest zresztą cały łańcuszek: jeśli chorują dziadkowie, to nie mogą opiekować się wnukami, w związku z czym znów osoba w wieku produkcyjnym jest przesuwana do tej części opiekuńczej. Zatem, jeśli chodzi o koszty pośrednie i wpływ na gospodarkę, to jest on olbrzymi. To jest ten pierwszy poziom, na którym należy rozpatrywać choroby nowotworowe. Drugim poziomem są koszty choroby, czyli ile kosztuje nas diagnostyka, leczenie, hospitalizacja, związane z konkretnym nowotworem. Na podstawie danych z NFZ można obliczyć, jakie kwoty poświęcamy w naszym systemie na to, żeby leczyć choroby nowotworowe.

Nie może być tak, że człowiek przez trzy tygodnie czeka na rozpoznanie histopatologiczne, a wcześniej miesiąc na biopsję. Przecież mógłby już zacząć być leczony dwa i pół miesiąca wcześniej

Jakie to kwoty?

Liczone w miliardach, jeśli nie dziesiątkach miliardów złotych. To jest więc ten drugi poziom, który możemy rozpatrywać, do którego też wchodzi element zarządzania systemem. Chodzi tu o podejmowanie jak najlepszych decyzji o tym, jak diagnozować, kiedy diagnozować, jakie są ścieżki pacjenta, jaką terapię otrzyma i kiedy. Albo że chory objęty jest prewencją pierwotną, co uproszczeniu oznacza, że kobiety chodzą do ginekologia i robią cytologię, a mężczyźni badają gruczoł krokowy, dzięki czemu wcześnie można u nich rozpoznać raka prostaty.

Lekarze często zwracają uwagę, że chory musi czekać, aż wejdzie w bardziej zaawansowane stadium choroby, aby można mu było podać nowoczesną terapię, choć podanie jej pacjentowi w lżejszym stanie przyniosłoby więcej korzyści.

Zaraz do tego wrócę, bo to w zasadzie dotyczy całego systemu. Kolejnym etapem jest to, jak leczyć najbardziej efektywnie, jeśli mamy już rozpoznanie. Wszystko trzeba rozpatrywać kompleksowo i zacząć od wspomnianej profilaktyki pierwotnej: na przykład od diety, wysiłku fizycznego, niewystawiania się na słońce przy czerniaku, niechodzenia na solarium, od braku ryzykownych zachowań seksualnych przy nowotworach układu moczowo-płciowego itd. Gdy mamy podejrzenie wystąpienia choroby, wchodzimy w etap diagnostyki osób podejrzanych o choroby nowotworowe. Nie może być tak, że człowiek przez trzy tygodnie czeka na rozpoznanie histopatologiczne, a wcześniej miesiąc na biopsję. Przecież mógłby już zacząć być leczony dwa i pół miesiąca wcześniej. Ten timing, opieka koordynowana, karty DiLO, brak kolejek, brak konieczności skierowania – wszystkie te elementy są nastawione na to, żeby zreformować system tak, by można było wcześniej potwierdzić, że pacjent ma nowotwór i wcześniej zacząć go leczyć. Ludzie zaś niektóre badania zmuszeni są wykonywać prywatnie, gubią się w systemie, a nie powinno tak być. Oczywiście, wiem z czego to wynika. Są tego konkretne przyczyny.

Z czego?

Mało jest anomapatologów, są kiepsko wynagradzani, ich praca jest źle zorganizowana. Dlatego jest, jak jest. W Niemczech na przykład chory od razu poddawany jest badaniom. Zawsze zadawałem sobie pytanie, dlaczego w Polsce się czeka.

Teraz taką przyczyną jest pandemia?

W pandemii jest jeszcze gorzej! Ludzie boją się pójść do szpitala. Aczkolwiek choć onkologia nie jest jeszcze tak bardzo dotknięta, to mamy do czynienia z takim zjawiskiem, że część chorych zwleka z diagnozą, zwleka z leczeniem. Mówi się o długu zdrowotnym, który jeszcze narośnie i spowoduje, że ci chorzy będą bardziej zaawansowani w chorobie, kiedy trafią do leczenia, więc sytuacja może ulec pogorszeniu.

Wracając do pani pytania – kiedy już chory ma do czynienia z leczeniem, to zasadniczo składa się ono z trzech metod, których opłacalność też można obliczyć. Jest to: leczenie chirurgiczne – czyli jeśli mamy zmianę, to ją wycinamy, np. czerniaka skóry czy nowotwór kości – resekcja nieraz połączona z protezoplastyką. Mamy radioterapię, czyli naświetlanie – w uproszczeniu zabija szybko mnożące się komórki. No i mamy farmakoterapię, która składa się z chemioterapii, immunoterapii, a przyszłością onkologii najprawdopodobniej jest terapia genowa i komórkowa. Chemioterapia jest już dość tania, więc nie ma tutaj wielkiego problemu, choć są i nowe chemioterapeutyczne leki, które są droższe. Mamy immunoterapię, która niejako odblokowuje mechanizmy naszego układu immunologicznego. Jest zwykle bezpieczniejsza niż chemioterapia. Z kolei terapia genowa to na razie melodia przyszłości, przynajmniej w Polsce, ale jeszcze chwila i będzie dostępna. Mam też na myśli np. terapię CAR-T…

…o których coraz więcej się mówi.

Jesteśmy w stanie tak zorganizować terapię, żeby – na co zwróciła pani uwagę – już na wcześniejszych etapach, a nie w zaawansowanym stadium choroby, mogła być stosowana. Wówczas rokowanie dla takiego pacjenta znacznie nam się polepsza; możemy skutecznie przedłużyć jego życie. Tu w istocie pojawia się zadanie dla farmakoekonomistów, żeby ocenili opłacalność tych wszystkich linii terapeutycznych.

Komisja ekonomiczna stara się wynegocjować niskie ceny, żeby one były do przyjęcia przez budżet państwa; producenci starają się być w miarę elastyczni na tyle, na ile ich centrale pozwalają, żeby obniżyć ceny.

Jest taka idealna ścieżka, w której chorzy będą świetnie leczeni, a budżet nie ucierpi?

Tak próbujemy robić. Komisja ekonomiczna stara się wynegocjować niskie ceny, żeby one były do przyjęcia przez budżet państwa; producenci starają się być w miarę elastyczni na tyle, na ile ich centrale pozwalają, żeby obniżyć ceny. Szukamy też subpopulacji, które najbardziej skorzystają na pewnym leczeniu, żebyśmy mieli największą opłacalność tych działań. Prawda jest też taka, że mamy relatywnie nieproporcjonalnie wysokie ceny, mimo że są one jednymi z najniższych w Europie, bo jednak jesteśmy biedniejsi niż inne kraje. Tymczasem inne interwencje w naszym systemie zdrowia są wielokrotnie tańsze. Krótko mówiąc, nasz system ochrony zdrowia działa na poziomie 100 mld zł, a niemiecki na poziomie kilkukrotnie wyższym.

Który z nowotworów w Polsce generuje najwyższe koszty?

Jest on pochodną częstości zachorowań, długości trwania, tego, jak długo jest leczony, jak poważnie chore są osoby z tym nowotworem. Szukałbym tu tych nowotworów, które nie zabijają od razu, takich jak rak trzustki, który ma złe rokowanie, chociaż ostatnio coraz lepsze. Szukałbym wśród nowotworów, które przebiegają w sposób przewlekły, a jednak postępują. Takimi rozpowszechnionymi są nowotwory piersi, płuc, pewnie rak prostaty. Koszty będą też zależeć od tego, w jaki sposób one będą leczone.

Z ekonomicznym zagrożeniem w kontekście nowotworów – choć paradoksalnie to brzmi – wiąże się też postęp technologiczny. Jest kosztowny i koszty będą rosły. Jak sobie z tym radzić przy budżetowych ograniczeniach?

Możemy sobie pozwolić na nowoczesne rozwiązania, ale nie na wszystkie. Z drugiej strony na rynku jest konkurencja, ona dotyczy też leków biologicznych, czyli takich, które działają w immunoonkologii, a wtedy ceny spadają i większe populacje mogą być leczone, a budżety średnio bogatych krajów, do których Polska należy, już na to stać. Obyśmy mieli jak najlepszą sytuację gospodarczą, żebyśmy byli w stanie za to zapłacić. Ważny tu jest rozsądek, pójście krok do tyłu, jeśli chodzi o ambicje biznesowe przemysłu farmaceutycznego. Jeśli zaś chodzi o najnowocześniejsze terapie genowe czy komórkowe, to w moim przekonaniu musi dojść również do legislacyjnych rozwiązań, które pomogą nam finansować te terapie w taki sposób, że będą one oceniane w dłuższym horyzoncie czasowym. Być może ich koszty zostaną rozłożone w czasie. Powinniśmy też mieć możliwość tego, co już istnieje w różnego typu instrumentach działania ryzyka, czyli wynagradzania tylko za sukces terapeutyczny. Państwo płaciłoby wyłącznie za pozytywny efekt leczenia – za to, że chory będzie zdrowiał, albo wyzdrowieje w określonym czasie, albo nie będzie miał postępu choroby. Za tych, którzy nie odnieśliby sukcesu terapeutycznego, płatnik by nie zapłacił. To wszystko jest do wypracowania. Wszyscy udziałowcy tego systemu muszą ze sobą rozmawiać, bo sytuacja na świecie jest dynamiczna, jeśli chodzi o nowe terapie. Decydenci muszą być wystarczająco wykształceni, żeby to zrozumieć. Po to, żeby jak najracjonalniej wydawać pieniądze.

Rozmawiała Marta Czerwińska

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.