Cieciolandia

Coraz więcej cieciolandii, coraz mniej ochrony – tak sama o sobie mówi branża. Ludzie zarabiają po 2–2,5 zł za godzinę. Doszło do tego, że ochroniarze pilnujący osiedli mają ksywkę „szambonurki”, bo czyszczą śmietniki, żeby dorobić

Mężczyzna, niewysoki, szczupły, lat 40. Nazwijmy go Maciej Nowak. Do branży ochroniarskiej przystał 15 lat temu. Zdał egzamin państwowy, który uczynił go pracownikiem licencjonowanym I stopnia, dostał uprawnienia do posługiwania się bronią dokumentowane tzw. czerwoną książeczką. Ożenił się, odziecił, mieszka w dziurze między Łowiczem a Strykowem. Na początku jeszcze nie było tak źle, ale ok. 2008 r., razem z kryzysem, siadło i w branży. W Łodzi, do której ma bliżej, nie jest w stanie zarobić na utrzymanie. To dojeżdża do Warszawy. Nie stać go na wynajęcie pokoju, więc chodzi z pracy do pracy, z biurowca do biurowca. Tam trochę sobie pośpi, wykąpie się, nawet ugotuje. Jak ma dłuższą przerwę między szychtami, prześpi się w szatni którejś z firm, dla których pracuje. Na zlecenie, rzecz jasna. Do domu jeździ średnio raz na dwa tygodnie, na weekend. Jak ma dobry miesiąc, zarobi ok. 2 tys. Jak gorszy – wyciągnie najniższą krajową.
DO GÓRY